piątek, 23 sierpnia 2019

Desperacja utraconej miłości - opowiadanie, cześć 2.

                                                (Pierwsza cześć powieści)
https://myslimlodegopolaka-pangie.blogspot.com/2017/03/desperacja-utraconej-miosci-opowiadanie.html


__________________________________________________________________________

Drugą część opowieści z życia wziętej pt: "desperacja utraconej miłości" moi Czytelnicy, zacznę od faktu, że gdy obraz Czarnej Maddony był zasuwany, byłem jakoś dziwnie spokojny i ufny, choć przede mną teoretycznie szykowała się samotna noc pełna wrażeń - w obcym mieście którego nie znam, w którym nikomu nie ufam, a przede wszystkim - na dworze długo nie wytrzymam z uwagi na arktyczny mróz, którego żadne kurtki zatrzymać nie były w stanie. Muszę przyznać, że mimo tych prognoz napełniła mnie iście wręcz - nieskazitelna ufność w Panu, z perspektywy czasu uważam, że nieprzypadkowa, a co najważniejsze - całkowicie słuszna.
Dlaczego słuszna? Ano dlatego, że na końcu celebracji, jak obraz został już zasunięty, z ogłoszenia "parafialnego" usłyszałem, że właśnie wyjątkowo tym dniu (właściwie to nocy) jedynym terminie w miesiącu, Jasna Góra jest otwarta niemal do bladego świtu!, albowiem swoje czuwanie z modlitwami odbywa wspólnota odnowy w Duchu świętym "Kana" o ile pamięć mnie nie myli. Czyż to przypadek, jak myślicie? 


Ja tam w przypadki nie wierzę, za to już wiedziałem co będę robił tej nocy. 
W istocie, to moje plany się nie zmieniły, bo tego właśnie oczekiwałem, choć bladego pojęcia nie miałem jak by to się miało odbywać. Odpowiedź uzyskałem błyskawicznie, tak - to jest właśnie cudowna noc oraz moc - żywego Ducha Świętego! - budowałem się w wewnętrznie, napełniając optymizmem. Swoistym cudem już trzeba było nazwać, że klasztor akurat tej nocy pozostał otwarty.
Czuwanie zaś odbywało się w salce tuż obok nawy głównej klasztoru. Ludzi sporo w różnym wieku - Ci młodzi i nieco starsi, kapłani domykający ostatnie sprawy przed czuwaniem, a pod ołtarzem nieco jakby pozłacanym - schola z gitarami, fletami i bębnami kontrastująca z widokiem najświętszego sakramentu. 

Przypomniały mi się wówczas czasy oazowe, nasze czuwania podczas rekolekcji oraz uświadomiło mi, że tej nocy zasnąć nie będzie się dało podczas modlitwy. 
Zrozumiałem również w ułamku chwili, że tego tak bardzo chciałem i lepiej trafić nie mogłem!
Wypraszać swe intencje w tym właśnie miejscu, było istnym pokrzepieniem w swej rozpaczy oraz swoistym zaszczytem biorąc pod uwagę, jak ważne to miejsce dla naszego całego Polskiego narodu. 

Bez cienia zawahania szybko zająłem jedno z ostatnich miejsc w kaplicy, na końcu świątyni. Potrzebowałem się totalnie odizolować od reszty uczestników, albowiem dla mnie miała być to modlitwa bardzo osobista. Miała, bo nie minęło z 15 minut czuwania, jak przysiadł się do mnie pewien "nieproszony" koleś...
- Można? - zapytał.
- Proszę bardzo - odpowiedziałem, nie do końca szczerze, bo przecież chciałem się modlić sam.  
Dlaczego wybrał akurat moją ławkę, gdy dookoła było tak dużo wolnych miejsc, pozostanie pytaniem retorycznym. Oczywiście posunąłem się uprzejme, zrobiwszy mojemu nowemu sąsiadowi dostatek miejsca, a wierzcie mi - że swoim wielgaśnym brzuchem potrzebował go naprawdę sporo. 
Był mężczyzną grubo po 40-stce, o nieco ciemnej karnacji, ubrany skromnie, choć schludnie. Biorąc pod uwagę jego wygląd, pomyślałem sobie, że jest cyganem tzn: Romem, który korzystając z okazji nocnego czuwania, zapragnie się zaczaić na moje kosztowności. 
- Jak masz na imię młody człowieku? - zapytał. 
- Grzechu - odparłem
- Jak to Grzechu? Żadnego Grzechu, grzechy zatruwają nas! - opierniczył mnie, choć szeptem bo w tle trwała modlitwa. 
- Rozumiem, że jesteś Grzegorz, tak? 
- Tak jestem Grzegorz.
- Jacek miło mi.     
- No siemasz - odpowiedziałem, ale z wyraźnym zażenowaniem. 

Jacek się jedynie delikatnie uśmiechnął, lecz ja obiecałem sobie, że za plus minus 15 minut, ucieknę z tego miejsca, bo typ ewidentnie wydawał mi się podejrzany i to nie tylko z zachowania ale i wyglądu - przypominał Roma, o których różne opinię słyszałem. 
Jako, że byłem w końcu na czuwaniu, w Kościele, zdawałem sobie jednak sprawę, że mogę się mylić w swych wątpliwościach co jego osoby, więc żeby "uciec" z klasą, miałem wyjść na papierosa, na zewnątrz. Jak wrócę, to zajmę miejsce już inne, najlepiej dla niego niewidoczne...

Minął jednak jakiś czas, tymczasem ja modlę się pogrążony w skupieniu nad najświętszym sakramentem. Czas na czuwaniu mija niczym pociąg ekspresowy, siedzę w klasie "rozpacz", a świat nie jest kolorowy. Jedynie piękna nadzieja, wypełnia mój umysł i tak w "koło macieja". 

Na chwilę się jednak oderwałem. Spojrzałem na zegarek. Minęło już ponad pół godziny, czyli przegapiłem planowaną wcześniej akcje, co wszakże wcale nie oznacza się poddałem. 
Najwyższy czas na realizację; wychodzę, grzecznie oznajmiając memu sąsiadowi, iż idę tylko do ubikacji, bo nie omieszkał zapytać, czy to już koniec moich modlitw. 

- Szybko wracaj, bo zaraz Pan Jezus będzie adorowany osobiście, będziemy klęczeć indywidualnie, kapłan nad nami będzie modlił. Grzesiu, wracaj prędko! - powiedział Jacek, z wyraźną, jakby to ująć - troską. 
 - Spoko, zaraz wrócę, załatwię się, zapale i jestem z powrotem - odpowiedziałem mu, po czym sąsiad się uspokoił.

Opuściłem świątynię, zgodnie z mym planem. Przy okazji, zadzwoniłem do mamy, opowiedziałem o zaistniałej sytuacji i nocnym czuwaniu. Matula nie zdążyła nawet odpowiedzieć mi swego matczynego "uważaj na siebie synu" jak spoglądam - a tu wychodzi Jacek po mnie - tak dobrze myślicie; na dwór za mną się udał, wołając mnie na adorację, bo błogosławieństwo przegapię!
Zatem z mego planu zmiany miejsca wyszły nici, prosto z dworu udałem się pod ołtarz na owe błogosławieństwo. Wróciwszy jednak na miejsce, nie tylko zapomniałem o mej ucieczce od nieco dziwnego sąsiada ale już tego nie potrzebowałem - pokój Boży wypełniał mą duszę...
Notabene, nawet nie wypadało mi od niego w takiej sytuacji uciec.

Podczas modlitw co jakiś czas urządzaliśmy sobie krótkie, cykliczne pogawędki, inicjowane zresztą przez Jacka.

- Oooo Kielc jesteś? No to Scyzoryk tak na Ciebie wołają - pamiętam jak skomentował me pochodzenie. 
Okazało się, że gość ten pochodził z miejscowości Turek w Mazowieckim. 
Jest członkiem wspólnoty Odnowy Duchu świętym, a na owe czuwanie przyjeżdza cyklicznie. Niestety był rozwodnikiem, prowadził też ponoć firmę trudniącą się bezpieczeństwem i higieną pracy. Jego działalność jednak zbankrutowała. Obecnie od kilku miesięcy pracuje na budowie, mieszka zaś z matką.
Podczas naszych rozmów, wzajemnego otwierania się na siebie, me wątpliwości co jego osoby nie tyle co ustały, a się uspokoiły. 
Powiem więcej - polubiłem tego gościa, autentycznie!  

Co do samego czuwania, to przyznam szczerze, że modlitwa w stylu wspólnoty "Kana" nie odpowiadała mi zbytnio, chociaż było wszystko czego chciałem. 
Błogosławieństwo, modlitwy indywidualne, a nawet kosz z intencjami. Nie muszę Was uświadamiać jaką intencję zaniosłem, bo jest to jednoznaczne, iż był to powrót Moniki, aczkolwiek co warto napisać, zawsze dodawałem "jeżeli to niemożliwe żeby wróciła, to przygotujcie mnie do tego. Ty tylko mnie poprowadź, Tobie powierzam mą drogę Panie mój"...
Przede wszystkim chciałem po prostu normalnie funkcjonować. 

Wracając do sposobu prowadzenia adoracji to, co nie zbyt przypadło mi do gustu: śpiewy i sposób wypowiadania modlitw albowiem był on bardzo uwielbiający Pana typu "Panie Ty jesteś najwyższy, Ty jesteś mega zwierciadłem dobroci, wychwalamy Cię ponad wszystko". Jest to naturalnie prawdą dla każdego chrześcijanina, nie mniej jednak wolę modlitwy bardziej z nastawieniem na indywidualną przyjaźń z Bogiem. 
Śpiewy w większości także były w podobnym tonie, inna sprawa, że mało pieśni znałem, z tych które się pojawiły. 

W końcu wskazówka mojego zegarka wskazywała godzinę 4, co oznaczało nieuchronny koniec czuwania. Nie mniej jednak ciemność na dworze dalej trwała co oczywiste, a ziąb o tej porze właśnie doskwierał najmocniej. Odległość do dworca to 2-3 kilometry. Wyszedłem z Kościoła wraz z Jackiem rzecz jasna, który nie omieszkał nie zapytać, co ja teraz pocznę. Odpowiedziałem, prawdę; za kilka godzin mam pociąg do Kielc, na co Jacek odrzekł: 

- Nigdzie nie jedziesz. Jesteś po całonocnym czuwaniu, jeszcze na dworcu zaśniesz i Cię okradną. Zapraszam do siebie.
- To znaczy niby gdzie? - zapytałem.
- Do pobliskiego domu pielgrzyma - odparł    

Cóż, oferta wydawała mi się kusząca, więc po krótkim zastanowieniu, zgodziłem się, no niech będzie...
Jak ma mnie ktoś okraść, to niech zrobi to już ten koleś, niż jakaś obca łajza na dworcu, a z uwagi na wczorajsze pobicie i tak nie będę w stanie się obronić w razie ataku - pomyślałem, niezwłocznie udając z moim nowym poznanym, sympatycznym znajomym, do wspomnianego już domu pielgrzyma.  
Pamiętam niczym dziś, taki szczegół; tuż przed wejściem, zapaliłem sobie jeszcze papierosa, jak mam to w zwyczaju.
Jak to rzadko bywa u osób religijnych; Jacek choć krytykował mój durny nałóg, to zarazem całkowicie go akceptował, co przez wzgląd na moją historię poznanych tzw: osób religijnych, trochę mnie w nim ujęło. Ujęło, bo czułem się całkowicie akceptowany. Nie był to człowiek, pokroju "dewoty", co było dla mnie ważne. 

W owym "motelu" zaś, w pokoju Jacka spoczywał także Adam - młody chłopak, mniej więcej w moim wieku. Wkrótce obudziliśmy go naszymi szeptami, było to około piątej. Krótkie przywitanie, skromny posiłek którym oczywiście poczęstował mnie Jacek, dla Adama był śniadaniem, bo chłopak ten nie zamierzał z powrotem pójść w przysłowiowe "kimono".
Pomimo mego wyczerpania, wyraźnego zmęczenia i niedospania, szybko również z Adamem nawiązałem interakcję i tak od słowa do słowa, a odkryłem co ten młody, zadbany, wydaje mi się, że atrakcyjny dla kobiet z wyglądu chłopak, porabia w domu pielgrzyma.    

Cóż, Adam przeżywał istne piekło, na które co gorsza nie ma żadnego wpływu.
Mianowicie; jego mama jest alkoholiczką, która mieszkając w melinie, robi niegodziwe rzeczy z różnymi bezdomnymi osobami. Śmieci w domu się ponoć przewalały. 
Ojciec nie żyje, a biedny Adam do tej pory mieszkał ze swoimi kobietami w ich domu rodzinnym - które znając jego sytuację, zostawiały go w iście rzeźniczy sposób, znacznie gorszy niż Monika mnie. Jedna po drugiej, z uwagi na brak perspektyw finansowych opuszczały Adama, choć z tego co mówił, jak wyglądał i co prezentował sobą - nie posiadał nałogów typu alkohol czy narkotyki. Powiem więcej - wydawał się bardzo ogarnięty.

Tym oto sposobem Adam już jako młody chłopak, wylądował na bruku i od blisko dwóch miesięcy mieszkał, zresztą nielegalnie - w domu pielgrzyma. 
Jedyne co posiadał to ubranie (bardzo schludne notabene) i dobry telefon, oraz co najważniejsze - ciężką, choć pewną pracę fizyczną, na budowie na której jak mówił, miał solidną pozycję u szefa, który jako jedyny w życiu mu pomagał w życiu - jak przynajmniej wynikało z naszych rozmów.  

Jacek natomiast, choć dyskutował z nami, zarządził jednak w końcu spanie; zostało mi blisko dwie godziny drzemki, albowiem zaplanował on dla nas, jakieś wycieczki i inne pierdoły, wówczas nawet nie wiedziałem jakie - oczy same mi się zamykały do snu w którym to pogrążyłem w jednej chwili. Tylko 2 godziny odpoczynku, po blisko dwóch nocach nie przespanych, awanturze z poprzedniego dnia ale jak mawia polskie, znane porzekadło: lepszy jednak rydz niż nic, prawda?
Po rychłym przebudzeniu czułem się bardziej niewyspany niż przedtem, ale wyjścia nie miałem - Jacek wywierał sporą presję na jakieś zwiedzenie czy coś... 
Dalej nie wiedziałem o co mu chodzi, powiem więcej - lekko mnie nawet drażnił jego pomysł, bo nie w głowie mi były jakieś wyprawy, a odpoczynek, sen! 
Jednak czyż miałem się nim kłócić, albo ich odrzucić? Ten dziwak się uparł na jakieś wycieczki! 

- Pustelnia, świetne miejsce, przed nami dalsze modlitwy, jak już tu jesteś, to wykorzystaj czas na sto procent! - mówił, organizując wyjazd. Choć myślenie przychodziło mi z trudem poprzez zmęczenie, to doszło do mnie, że w sumie to gość ma rację. 
O mej intencji nawet nie wspomnę, ale jaka pustelnia? Mam być pustelnikiem? 
Przecież zasnę i tam, choćby na tym mrozie…
Dla Adama zaś, była to raczej zwyczajna wycieczka, odskocznia od monotonii którą miał zagwarantowaną w swoim "mieszkaniu" czyli domu pielgrzyma, choć sam również nie miał pojęcia gdzie Jacek nas zabiera. Nie był on osobą ani religijną, ani nawet uduchowioną.

Złożyliśmy się na benzynę, oczywiście wyłączając Adama uwagi na jego sytuację i od razu zajechaliśmy do sklepu po jedzenie na wyprawę, na szczęście dla nas, niedziele handlowe wtedy nie obowiązywały.
Warto mi także wspomnieć, iż początkowo nieco przeraziło mnie auto Adama, albowiem był to stary, ze wczesnych lat 90, mocno pordzewiały Opel Corsa. 
Na dworze mróz, jezdnia oszroniona a więc śliska, zatem czy podróżując tym "rzęchem" nic nam się nie stanie? Kolejne wątpliwości nawarstwiały się w moim umyśle.
I jak sami i Wy widzicie Czytelnicy; niepewności dużo, forma też nienajlepsza albowiem wyspać mi się przecież nie dał, ten cały dzień był dla mnie jednym, wielkim znakiem zapytania, a może wręcz pewnego rodzaju niebezpieczeństwem. 
Pewności przecież stu procentowej nie miałem, kim są Ci goście, no bo jak można ją mieć, znając tych ludzi raptem po kilka godzin? Złodzieje i nie takie sztuczki znają, nie mniej jednak już siedziałem na tyłku w jego samochodzie. Co ma być to będzie... 

Podróż, zresztą wcale nie krótka, trwająca z godzinę upłynęła nam na rozmowach głównie o religii. Jacek posiadał dużą wiedzę na te tematy, spierał się, tłumaczył wiele Adamowi, albowiem ten, jako osoba dotychczas nie zgłębiająca tematu miał dużo wątpliwości. 
Adaś zaś, sprawiał wrażenie ciekawego, poszukującego Boga lecz zarazem traktował Jacka jak powiedzmy fanatyka religijnego, chyba nie do końca poważnie w tym temacie? Sam nie wiem. Każdy jednak temat jest dobry do rozmowy, ale ja się chciałem tylko wsłuchiwać, ponieważ po prostu siły nie miałem na wszelką dyskusję. 
Po za tym, jestem osobą wierzącą, poglądy miałem podobne, choć wiedzę nieporównywalnie mniejszą od naszego "kierownika" Jacka, który zbyt długo milczeć mi jednak nie pozwolił i męczył;

- Grzesiu, śpisz? Co nic nie mówisz? - cyklicznie przerywał moje czuwanie.

- A daj, że mu spokój, chłopak jest niewyspany, dziwisz się Grześkowi? - brał mnie w obronę Adam.

- Szkoda, tracić czas na sen, Pan Jezus na nas czeka - odpowiedział Jacek, który choć miał łagodne usposobienie, to tryskał pewnością siebie i taką rzekł bym ufnością. Wiedział co mówi, był pewny każdego zdania jakie wypowiedział, sprawiał wrażenie, że jest głębokiej wiary. 
Ogólnie mówiąc, budził moje zaufanie, Adama mimo wszystko chyba również.

Z każdą minutą poznawałem tego człowieka coraz bardziej, więc warto ten fragment tekstu poświęcić na jego krótką charakterystykę; był to człowiek po przejściach, nawrócony. Mówił o sobie; "jestem wielkim grzesznikiem, piłem dużo - byłem alkoholikiem, awanturowałem się z żoną, źle traktowałem syna". 
W całym tym wszystkim, tej jego religijności, uduchowieniu, nie był jednak takim typowym fanatykiem, nie pozostawał oderwany od rzeczywistości, znał życie z wielu perspektyw.

Ważne było to dla mnie, bo nie pochodził ze środowiska stricte Kościelnego, życie przy Panu Jezusie było jego dobrowolnie wybraną drogą, co przekładało się na to, że w pełni rozumiał moje problemy i rozterki. Wspierał mnie w sytuacji z Moniką, choć delikatnie nawoływał zarazem, do pogodzenia się z rozstaniem. Nie pozwolił nam za to używać wulgaryzmów, a z Adamem mieliśmy takową ochotę...

Miejsce docelowe osiągnięte; naszym oczom ukazała się niewielkich rozmiarów świątynia, poprzedzająca ją kamienna brama, a wokół placu jakieś drewniane, małe domki kryte gontem, nieco przypominające letniskowe. Wokół terenu znajdował się gęsty las, zapamiętałem też jakieś krzaki i jakby... koszary, albo coś na wzór koszar, tylko zimowa aura nie pozwoliła ukazać pełni piękna tego miejsca.

Tak właśnie ówcześnie zapamiętałem to niezwykłe, może nawet nieco dziwne miejsce, do dziś nie jestem przekonany, czy pamięć nieco nie zniekształciła mi obrazu tego miejsca.
Miejsca, którym była, uwaga: Pustelnia w Czatachowej. 

Był to obszar z dala od zgiełku cywilizacji, znany z wielu uzdrowień, które prowadzą księża - pustelnicy. Kapłani którzy dobrowolnie zdecydowali się na pobyt w Czatachowej zrzekli się życia w cywilizacji jaką znamy, a prowadzą życie w ascezie, mieszkając w niemal domkach letniskowych, zdani na obcowanie z przyrodą, żywiący się tylko tym, co sami sobie wyhodują bądź zasieją. Ich dzień oprócz hodowli np. swoich pszczół, wypełnia pełnia ciszy, bo nawet wszelkie rozmowy między pustelnikami są zakazane. 
Czas ich wypełniała tylko praca, medytacja i modlitwa. 
Zaryzykuję nawet refleksję, że wówczas wydawało mi się, że to chyba najprawdziwsza wspólnota Kościoła, albowiem kapłani tam przebywający zrzekli się niemal wszystkiego dla swego powołania. Jedno jest pewne: nie było to zwykłe miejsce. 



My natomiast, weszliśmy do Kościoła. Miał on drewniany, lecz bardzo skromny wystrój, wypełniony wiernymi niemal do ostatniego wolnego miejsca. Zgromadzeni w nim ludzie w różnym wieku, starsi i młodsi, a sięgając pamięcią to moją uwagę zwrócił mężczyzna młody, wysoki, taki bardzo dobrze zbudowany na tyle, że nie chciał bym się z nim zmierzyć fizycznie. Teoretycznie, wizerunek "pompy' nie bardzo pasuje do osoby rozmodlonej ale także i on modlił w takim charakterystycznym skupieniu i ufności, generalnie wszyscy zgromadzeni ludzie pozostawali skoncentrowani na modlitwie, spokojni oraz bardzo uprzejmi, a przede wszystkim rozmodleni. 
Duch Święty wypełniał to miejsce bez dwóch zdań, ciężko było o inne odczucie. Wychodzi kapłan, co oznacza, że Msza święta właśnie się rozpoczyna. 
Ksiądz także sprawiał wrażenie bardzo uduchowionego. Wygłosił piękne kazanie o pokorze, wypowiadając się z charakterystyczną dla niego charyzmą. To jednak, co najbardziej przykuło mą uwagę, to jego wzrok, to skupienie, swoiste wczucie gdy podnosił ciało i krew Jezusa - był to naprawdę „elektryzujący” w swym wyrazie widok, na tyle, że nie potrafię go dokładnie opisać.



Po Mszy mieliśmy modlitwę o uzdrowienie, podczas której ludzie doświadczali upadków w Duchu Świętym. Wówczas, obserwowałem to nieco zdumiony, albowiem nie wiedziałem co to takiego jak "Upadek w Duchu Świętym", wytłumaczyła mi to dopiero jedna wiernych, która gołym okiem zauważyła mój szok.
Co to za sekta? – przechodziła mi myśl i zmieszanie tym co tym, co ukazuje się moim zaspanym oczom.

W końcu jednak nadeszła i kolej na mnie. Kapłan prowadzący, położył ręce na mojej głowie, wówczas ogarnęło mnie jakieś niesamowite uczucie spokoju. 
Mówię Wam, znowu ciężko mi to wytłumaczyć, ale jakoś poczułem się jakiś taki lekki, tak bardzo kochany przez Boga... Wtedy nie myślałem o mojej sytuacji z Moniką, a znów ogarnęło mnie uczucie niesamowitej, nieskazitelnej, czystej ufności w Panu, takiej lekkości, miłości, pięknego poczucia że ktoś mnie kocha...
Niezapomniane do końca życia przeżycie, którego nigdy nie będę w stanie wymazać z pamięci.

Wyjątkowe uczucie ogarnęło także Adama, który nie był w stanie ukryć swego zdumienia. Wyraźnie owa sytuacja wpłynęła na jego postrzeganie wiary, albowiem w samochodzie rozmawialiśmy już tylko o tym niezwykłym dla nas doświadczeniu. 
Jacek zaś, nic nie odczuł podczas modlitwy wstawienniczej i zastanawiał się, czy jest tak zamknięty na łaskę Ducha Świętego? Jednocześnie przyjmował sytuację z pokorą i dalej czekał na znak od Pana Boga. 
Odjeżdzając z Czatachowej, za namową Jacka, zakupiłem jeszcze sól do egzorcyzmów, taka pamiątka na pewno nie zaszkodzi, a może pomoże, odgoni ode mnie jakieś złe moce? 
Cóż, jakby nie było, ową pamiątkę po dzisiejszy dzień noszę w swej torbie.  

Nasza wyprawa z upływem kolejnych godzin przebiegła w kierunku "Szlaków Orlich Gniazd" jak oczywiście kierowca Jacek zarządził. 
Tak sięgając w otchłanie pamięci, to na tuż przed ruinami zamku zapaliliśmy papierosa z Adamem, nucąc kawałek "Gdzieś na szczycie góry wszyscy razem spotkamy się" który dało się usłyszeć telefonicznego radia. 
Wspólnie spożyliśmy wcześniej przygotowane kanapki, klimat jaki nam towarzyszył był naprawdę przedni.
Chodziliśmy po okolicznych górach i dyskutowaliśmy nie tylko o historii która unosiła się między nami oraz średniowiecznymi zamkami, ale i ukradkiem o sporcie, albowiem Adaś śledził zmagania fighterów, podobnie do mnie. 
Jako Częstochowianin, Marcin Najman (bokser pochodzący z Częstochowy) w naszych rozmowach się naturalnie przewijał ale uwaga: Adam przypadkowo wspomniał również o niejakim Kamilu Bazelaku, a byliśmy wówczas w okolicach Zamku w Olsztynie. Krytykował ponoć butę tego zawodnika oraz jego posturę, ja zaś troszkę broniłem Kamila, choć sam znałem go tylko jako Strongmana oraz z jego medialnego konfliktu z Pudzianem i z walki na KSW. 
Adam za to opowiadał o niejakim medialnym sparingu bokserskim Bazelaka, ogólnie drwiąc z jego postawy, a ponoć miał okazje oglądać to na żywo. 
Cóż, jedno jest pewne: na brak tematów nie narzekaliśmy, a atmosfera była wyśmienita. 



Na dworze zapadał już zmrok, zimowa pora witała wieczorne godziny szarówki, co oznacza dla mnie nieuchronny powrót do Kielc, nazajutrz miałem do pracy na 6 rano, bo gdyby nie to, to został bym pewnie na jeszcze jeden dzień w Częstochowie. Autentycznie żal było mi wyjeżdżać.
Towarzysze wyprawy zawieźli mnie jednak na dworzec, nie czekałem w ogóle na pociąg, a wręcz ledwo co na niego zdążyłem i nieco oszołomiony spontanicznym, niezwykłym wieczorem wracałem do domu. Podróż jak podróż, podczas niej sporo się modliłem, lecz gdy byłem już w swoim mieście - Kielcach, odezwała się Monika! 
Czyżby moje modlitwy zdziałały cud? 

"Grzesiek, chce zamknąć pewien etap i zacząć nowy. Pokazałeś mi życie z innej perspektywy, ale teraz gdy już je znam, chce odejść do Pawła"... - brzmiał esemes od Moniki… 
Super się złożyło, modlitwy me zostały wysłuchane, odpowiedź taka jaką oczekiwałem; Poznała nowe życie przy mnie, które wykorzysta teraz u boku Pawełka.... No genialnie, pies ogrodnika! - myślałem rozczarowany, wracając do domu. 

W mieszkaniu z uwagi na esemesa od Moniki, pozostałem nie zbyt radosny rzecz jasna, ale też nie jakoś załamany - w przeciwieństwie do stanu z przed wyjazdu, lecz aby czymś zająć głowę postanowiłem zgłębić temat odwiedzonego zamku w Olsztynie oraz faktycznie przypatrzeć się postawie sportowej owego Bazelaka, polubiłem przy okazji jego profil i dokładnie od tej daty, zacząłem śledzić tego zawodnika w przestrzeni social medialnej. 

Z moimi poznanymi wtedy znajomymi natomiast długo miałem kontakt. 
Jacek mnie wspierał duchowo jeszcze przez jakiś czas, z Adamem kontakt utrzymywałem przez kilka miesięcy, zanim urwał się on przez moje zgubienie telefonu. 
Mam głęboką nadzieję, że jego kłopoty się skończyły i żyje gdzieś w świecie, szczęśliwy ze swoją żoną. Nie mogę także pominąć, jego wkładu w moje refleksje, bo jeśli ja narzekałem na swoją sytuację, to co miał powiedzieć Adaś; którego codzienność wyznaczała tylko piekielnie ciężka praca budowlana, 4 gołe ściany i łóżko, na co on sam, nie miał żadnego wpływu tak naprawdę? 

Nadszedł czas na podsumowanie powieści, a zatem: 
Pytacie się co ma wspólnego owa wyprawa z postacią niejakiego Pana Bazelaka?
Z pieśnią "Gdzieś na szczycie góry?" czy z zamkiem w Olsztynie? 

Otóż; pomimo, iż wyjazd nie sprawił mi teoretycznie docelowego rezultatu, albowiem Monika do mnie nie wróciła, pomimo moich desperackich modlitw, ale prawda jest taka, że tamta noc ukierunkowała moje przyszłe lata życia, nie tylko zaś zapisała się w pamięci jako niezwykła przygoda.  
Do stanu dobrej formy psychicznej, przywróciła mnie docelowo za niedługo poznana grupa; "Banda Świrów", której swoistym "hymnem" był właśnie kawałek Grubsona: 
"Na Szczycie Góry", dokładnie ten sam, który wtedy nuciliśmy na zamku w Olsztynie. 

To właśnie dzięki temu, że wówczas byliśmy na zamkach "Szlaku Orlich Gniazd" zainteresowałem się pobliskim dla mnie zamkiem w Chęcinach, w związku z tym za jakiś czas zacząłem prowadzić jego Fan Page na Facebooku, co jak się okazało zapoczątkowało moją pasję publicystyczną, później zaś mego bloga, a co za tym idzie - koronne pasję trwające po dzisiejszy dzień. 
Od tamtego też czasu, jak już wspomniałem zainteresowałem się postacią Kamila Bazelaka, co wkrótce zaowocowało blisko 5 letnią znajomością, długą przyjaźnią, której wspólne dzieło to zawodowe gale MMA i K1 federacji WLC, które zresztą ruszyły nawet rynek sportów walki w Kielcach, albowiem dostali szansę zawodnicy z mego miasta, którzy mogli by jej nigdy nie dostać. 

Na owy zamek w Olsztynie wróciłem jednak kilka lat później; właśnie wraz z „obgadywanym” wówczas tam Kamilem, już podczas podczas jego obozu Karate, na którym miałem przyjemność uczestniczyć, a Szlak Orlich Gniazd który ówcześnie zwiedzaliśmy, to także szczególne miejsce dla Kamila - wspominał mi o tym wielokrotnie, ba - w tym miejscu dość cudem uniknął śmierci, o czym też publicznie mówił. 
Będąc na tamtym zgrupowaniu byłem z nim w niemal doskonałych relacjach i dokładnie w tamtym miejscu, w którym rozmawiałem z Adamem o Kamilu, przez mój umysł tłoczyły się myśli:
Czy to przypadek, że w tym w miejscu, postanowiłem się przyjrzeć tejże osobie i z tą właśnie nią samą, powróciłem dokładnie w to samo miejsce? 
 "Gosiu, to miejsce jest jakieś niezwykłe, to tutaj wszystko się zaczęło" - powiedziałem do małżonki Kamila, na obozie Karate, spoglądając kątem oka w niebo. 
- Dla nas to też szczególne miejsce, Grzesiu... - odparła. 

Cóż, w dobie teraźniejszości i towarzyszących jej okoliczności można by wiele mówić o tej relacji, zdania byłyby pewnie podzielone, ale ja przez cały czas jej trwania byłem pewny, że Jezus wysłuchawszy modlitw w Częstochowie i Czatachowej chciał mi pokazać nowe perspektywy i doświadczenia  - i tak niewątpliwie się stało, za sprawą pewnych ludzi oraz pasji, wyłączając z tego jakieś "zarazki" - zawodu, awersji, czy też zranienia. 
Jakby nie było, co by też później się nie wydarzyło, ale tego zaprzeczyć po prostu nie mogę i nigdy tego nie zrobię.      


     
Morał z tej historii jest taki, że mimo, iż Bóg nie jest złotą rybką spełniającą życzenia, to dał mi odpowiedź błyskawicznie; Monika nie była dla mnie kobietą przeznaczoną, z czego dziś się naprawdę cieszę i sam rozumiem w 100%, ale owoc tamtej nocy, modlitwy zrozpaczonego Grzesia desperacją utraconej miłości, ten owoc on trwa po dzień dzisiejszy albowiem wyznaczył on moją drogę życia.
Jestem tego pewien na sto procent i będę to głosił na cały świat, że to Maryja wyprosiła u Jezusa, moje nowe inspiracje już na drugi dzień od mych próśb, które nie tylko błyskawicznie ogarnęły moją duszę psychicznie ale i wyznaczyły nowy etap w moim życiu.
Oto także prosiłem modląc się słowami "a jeśli to niemożliwe aby wróciła to ogarnij mnie" i to się właśnie wykonało, choć na minęło sporo czasu zanim to w pełni zauważyłem.

Wy także czytelnicy nigdy nie wątpicie w Bożą łaskę i moc, bo kochający nas Bóg udzieli odpowiedzi zawsze, choć niekoniecznie taką, jaka koniecznie oczekujemy, albowiem Bóg wie lepiej, co jest dla nas lepsze, a ma historia, choć rozpoczęta dość dramatycznie – zgubą Dziadka i pobiciem, to finalnie jest tego idealnym przykładem, w jaki sposób działa Boża miłość, łaska i moc, za którą dziękuję. Otwórzcie się na to i Wy bo skoro taką mameje jaką ja ówcześnie byłem Bóg podniósł, to kogo nie podniesie? 
Na końcu wypada mi napisać, to co Maryja powiedziała kiedyś w Medjugorie: 

Gdybyś wiedział jak bardzo Cię kocham - to płakał byś z radości.           


Pozdrawiam 
Pan Gie 






wtorek, 6 sierpnia 2019

Dawid Kostecki - przykład zmarnowanego czasu i talentu.


Półtora roku temu, może dwa wstecz, napisałem taki oto artykuł (widzicie poniżej) o Dawidzie Kosteckim...

Jak wiemy Dawid już teraz nie żyje i pomimo, że nie siedział za niewinność to szkoda mi tego chłopaka. Przyznam również iż nie rozumiem uzasadnienia służby więziennej odnośnie śmierci Dawida tzn: ponoć POWIESIŁ SIĘ NA PĘTLI Z PRZEŚCIERADŁA NA ŁÓŻKU LEŻĄC POD KOCEM....
Z punktu widzenia technicznego jak to możliwe, do tego biorąc pod uwagę warunki życia w celi, obecność w niej innych osadzonych? Cóż, moim zdaniem brzmi to dziwnie, ponadto Dawid miał żonę i dzieci które go wspierały.
Nie nam jednak teraz spekulować, ale osobiście żal mi go, bardzo szkoda nawet, bo do początku swego dość krótkiego życia miał pod górkę, nie posiadał żadnych wzorców moralnych, ale ostatecznie zgubiła Dawida zabawa w bycie gangsterem, sztywnym chłopakiem z ulicy.
Taki to niespełniony talent polskiego boksu który pół życia przesiedział w więzieniu, oczywiście z biegiem czasu i ludzie od niego się zaczynali się w końcu odwracać, kolegów "braci" już nie było jak kiedyś, a on sam stawał się powoli zapomniany, kisząc się na pryczy.
Niech ziemska podróż Dawida, stale kontrastująca między ringiem bokserskim i małą, szarą więzienną celą będzie przestrogą dla tych wszystkich pajaców, tak bardzo przeżywających swoją groźność, sztywność niczym rozwydrzona nastolatka swoje nowe pryszcze na dupie.
Historia zmarnowanego czasu na ziemi Kosteckiego, niech posłuży za przykład tym, którzy mają w głowie podobne kwestie jakimi Dawid się zajmował, mam na myśli te kwestie po za bokserskie rzecz jasna.
Będąc w branży sportów walki różne rzeczy o nim słyszałem, takie i inne.
Oczywiście cenię lojalność każdego człowieka, jej brak stanowczo potępiam, natomiast zasadą najprawdziwszą tak naprawdę jest to, co w jego przypadku widać najdobitniej, mianowicie: Zło Cię najpierw wykorzysta, a gdy już to zrobi, nie mając z Ciebie pożytku - to zawsze obróci się przeciwko Tobie...