poniedziałek, 20 marca 2017

Społeczne obłąkanie mózgowe.

W moim życiu tyle się ostatnio dzieje, że nie mam czasu coś nowego napisać - a myśli młodego Polaka (choć czy naprawdę jeszcze młodego? :D ) aż tłoczą się w moim umyśle, czekając aż zostaną przelane na kartkę papieru lub ekran mojego laptopa. Praca - jedna i druga, w kwietniu skończy się wielki post więc wrócę do "didziejowania" tak więc już 3 prace będą wypełniać moje ziemskie pielgrzymowanie, plus działalność partyjna, do tego książki, pomoc w organizacji przedsięwzięć, po drodze dochodzą jeszcze studia. Wszystkie te zajęcia (po za działalnością partyjną i książkami) dają mi niby pieniądze, albo mają mi je dać w przyszłości. Gdzie zatem znaleźć czas, na odrobinę "sztuki" w postaci moich "wypocin" na stronce myslimlodegopolaka.pl? Czasu za bardzo nie mam, choć niektórzy mawiają "jak się popieści to się zmieści" więc i jam popieszczę, to odrobinę przestrzeni czasowej znajdę na napisanie nowego tekstu na tę stronę, czyli moją autorską, choć czekają mi jeszcze zaległe teksty na inne stronki.
No właśnie. Ale po co? Pojawia się tutaj pytanie, pewnie często zadawane w myślach przez moich licznych znajomych - po co Ty to człowieku k...a mać robisz? Odpocznij, aby wstać rano do pracy i zarobić pieniądze. I tutaj drodzy czytelnicy, pojawia się definicja kogoś, kto nazywany jest powszechnie artystą, choć i za tego się nie uważam.

Jedno jest pewne - żyje na planecie której mieszkańców nie rozumiem, a mieszkańcy (większość) pewnie i nie rozumieją mnie. Cóż, mam coś chyba z defektu mózgowego, choć z drugiej strony patrząc, tej bardziej optymistycznej strony - może właśnie w tym wszystkim tkwi wyjątkowość i niezwykłość człowieka? Nawet jak tak, to na dłuższą metę marne to pocieszenie... Ale dla większości ludzi, bo dla mnie może nie ogromne, choć spore, a przedewszystkim... wyjątkowe pokrzepienie, bo jednak jestem inny do reszty, nie widać mnie w składzie szarych bezmózgich mas, którymi zasypywane są Polskie ulice. Dobrze, wróćmy do definicji artysty moi drodzy.


Artysta według mojej opinii to osoba, która marnuje czas na robienie mało pożytecznych rzeczy, które tak właściwie nic nie wnoszą do życia przeciętnego obywatela, albowiem nie są niezbędne do egzystencji. Mimo, iż wielu z Was powie, że nie wyobraża sobie życia bez muzyki, ale gdyby jej zabrakło dalej byśmy żyli i cieszyli się, tak samo jak bez poezji, obrazów czy choćby moich marnych wypocin w tym odległym zakamarku internetu. Mało tego, wszystkie te rzeczy o których piszę tworzone są najczęściej w bólu i wysiłku, i tylko niewielka garstka ludzi potrafi to docenić.

Jest to iście zagmatwana, dziwna ścieżka, albowiem dokąd ona prowadzi? Do życia we własnym świecie, którego i tak oprócz artysty nikt nie zrozumie w dobie powszechnej pogoni za pieniądzem, pracoholizmem? Nie łatwo również określić który artysta zasługuje na szeroko pojęty sukces, bo to kwestia gustu. No właśnie, przedstawia się nam kolejne pytanie - co możemy nazwać sukcesem w sztuce? Wiele ludzi sądzi, że to zarobione pieniądze za swoją twórczość, niestety ale do mamony większość spraw się sprowadza. Więc wtedy gdy zarabia, to artysta przemienia się - no właśnie w kogo? W określony zawód jak muzyk, pisarz, czy malarz? Mało jest to jednak trafne, bo przecież są artyści wybitni, którzy za życia nie dorobili się żadnych bogactw. Analogicznie istnieją zresztą i tacy którzy pomimo iż są słabi, sprzedają się świetnie. Sława? Paradoksalnie często osiągają ją Ci, którzy są zwykłymi pozerami, a z tworzeniem nie mają nic wspólnego.


Pozostaje satysfakcja artysty, ale ile ma ona wspólnego z odbiorem zewnętrznym oraz weryfikacją przez odbiorców? Ja sam mogę twierdzić, że napisałem świetny tekst, a większość ludzi mnie za niego "zjedzie", jeszcze inny zhehjtują, a następni ocenią marnie. Zdarzało się tak niejednokrotnie i nigdy nie powstrzymało to mnie od tworzenia. Ba - wręcz przeciwnie, jeszcze bardziej napędzało. Po za tym, czym ta satysfakcja różni się od zjedzenia pysznej pizzy przy dobrym filmie, czy choćby dobrego sexu? Wszakże, z sexem ma ona tyle wspólnego, że ustaje z momentem zakończenia. Czasami na drugi dzień od prezentacji danego materiału, już ona znika i nie ma po niej śladu, ale właśnie wtedy tymbardziej pcha, by jak w moim przypadku znowu odpalić lapka i wylać swoje przemyślenia, diagnozy, czy stworzyć dobry materiał na ciekawy temat. Nie zrozumcie mnie źle - wydać książkę to wspaniałe uczucie, nagrać płytę napewno też, tyle, że ta bezcenna satysfakcja - ona skubana raczej długo nie potrwa. Minie jakiś krótki czas, a dziwny głód satysfakcji zmusza do stworzenia czegoś na nowo. I tak w kółko... Wiele ludzi mawia "czas to pieniądz", pomijając czy zgadzam się z tą zasadą czy też nie, ale wynika z tego frazesu iż tak wiele swojego czasu zmarnowałem i to nie tylko na pisanie tekstów na różnorakie stronki. Pisałem też również wiersze, opowiadania dla dzieci i dorosłych, wywiady, reportaże, montowałem filmiki, a kiedyś nawet nagrałem kawałek. Dużo na tym nie zarobiłem, mogłem w tym czasie robić coś innego, a mimo to nigdy tworzenia nie zaniechałem, a wręcz odwrotnie - jeszcze bardziej się motywowałem. Artyści wydają również książki, ale najczęściej aby ich chłonne marzenie doczekało się realizacji, muszą inwestować w proces wydawniczy duże pieniądze, a co dopiero tu mówić o zarabianiu. 
Cóż, logiki, czy rozwiązania w tym nie ma próżno nam szukać.

Sytuację pogarsza również fakt, iż w moim wypadku, nie ogranicza się tylko do tworzenia, ale także czerpania z "dzieł" poszczególnych artystów, i to płacąc za to srogą cenę. Bo ile wydawałem kasiory na książki w swoim życiu, czy choćby w samym poprzednim miesiącu? Co innego mógłbym za tę ilość pieniędzy zakupić? Oj chyba jednak nie chcę wiedzieć, choć z obranej drogi nie zrezygnuję, z całym jej społecznym dziwactwem.

Pojawia się automatycznie pytanie: Czy artysta spełniony jest artystą skończonym? Zdania napewno są podzielone, choć ja uważam że jest w tym dużo prawdy, albowiem dostając za swoja sztukę kasę, dany artysta zaczyna robić coś bardziej dla pieniędzy, niż z tej niezdefiniowanej potrzeby duszy. Po za tym, robienie pasji dla pieniędzy ma prawie zawsze demoralizujący wpływ na artystę, który szybko przemienia się w "dziada", choć to już temat na inny tekst.
Ponadto, skoro sztuki nie da się zjeść, wypić, czy ubrać to może powinna być ona bezpłatna?
Hm, sztuki też nie da się kupić na dobrą sprawę, sztukę trzeba czuć. Jaki zatem ma pożytek sztuka? Cóż, ewentualnie można wyrwać dziewczynę na sztukę, choć w dzisiejszych czasach to też sztuka.

Co jest więc wykładnikiem dobrej sztuki? Popularność w mediach, pieniądze, recenzje w niszowych mediach, ilość lajków na facebooku, wejść, czy może sama już długoletnia chęć tworzenia artysty? Co takiego sprawia, że dany materiał chcemy udostępnić na swojej tablicy, czy decydujemy się wydać 30 zł na nową płytę, mimo iż ten sam kawałek muzyczny mamy na YT za darmo?

Zastanawiając się na tym głębiej, to jeśli ktoś mi powie, iż jest artystą, albo ma duszę artysty to pomyślę o nim, że jest trochę dziwakiem, albo że ma zaburzenia psychiczne, bądź to jakieś nawiedzenie czy obłąkanie, albowiem człowiek - artysta z krwi i kości jest inny niż większość konsumpcyjnego, hedonistycznego, wygodnego społeczeństwa. Naprawdę, nie blefuję. Większość ludzi rano wstaje do pracy, zachrzania na budowie, w sklepie, drukarni czy urzędzie, podczas gdy artysta wierzy, iż ze swojego tworzenia będzie mógł utrzymać rodzinę, ewentualnie że da mu to sławę, czy zwolni z niewygodnych obowiązków takich jak właśnie praca. A gdy już go zwolni i na swojej sztuce zacznie zarabiać, to czy nie stanie się dziadem, degeneratem czy wręcz megalomańskim egoistą? Takich przypadków jest tysiące. Nie wspominając o niezależności, która wchodząc w meinstream medialny, chcąc zarabiać zawsze się traci. Z drugiej to strony tak sobie myślę - mój kolega Sebastian jest artystą z krwi i kości zarabiającym na swojej sztuce, a zarazem przedstawia się jako empatyczny i iście niesamowity człowiek. Moja dobra koleżanka Ewa - zawodowa wokalistka, którą jak czasami usłyszę to ciarki mi przechodzą, tak ładnie śpiewa i tym samym zarabia, a nie przeszkodził jej talent i artyzm w byciu "człowiekiem orkiestra" oraz codziennej pracy za nieduże pieniądze tak naprawdę. Reguły więc i na to nie ma, wszystko zależy od człowieka. No właśnie - z trzeciej to strony, czy bycie samo wokalistą to rodzaj artyzmu czy jednak już zawód? Owszem, nieco artystyczny, ale jednak zawód? Przecież, w tym wypadku się nie tworzy, a wykonuje gotowe już dzieło, wokal to już efekt końcowy dzieła, swoiste dopełnienie. Samo nasuwa się kolejne pytanie - czy w artyzmie niezbędne jest tworzenie, tak jak właśnie ja to uważam?

Kiedy miałem depresję i siedziałem nom toper w chacie odwiedzający mnie kolega mnie zapytał, co robiłem dzisiejszego dnia. Odpowiedziałem mu, że jestem wykończony albowiem pisałem bardzo długi tekst, w oparciu o konkretne naukowe źródła. Jego reakcja po własnie skończonej przez niego pracy, była conajmniej... no powiem Wam, że wzrokiem dał mi do zrozumienia iż jestem dziwny delikatnie mówiąc i z irytacją, oburzeniem w głosie oznajmił mi, że taka praca to nie praca... To on jest dopieroż zmęczony po swojej drugiej zmianie w fabryce, a ja? Cały dzień siedziałem w domu przed książką, laptopem... Cóż - ja jestem leniem, oprychem, nawiedzeńcem, ale za to przynajmniej nigdy mi się nie nudzi.

Myśląc ile mi daje tworzenie tego wszystkiego, to mam nieodparte wrażenie, iż żyje we własnym świecie baśni do tego z rodzajem nie groźnego, może nawet pozytywnego ale jednak nawiedzenia mózgowego, swoistego obłąkania, z dala od miasta, konsumpcjonizmu, i norm społecznych współczesnej cywilizacji.
W moim przekonaniu to samo się tyczy, każdego prawdziwego artysty. Na dobra sprawę, to mógłbym i zostać pustelnikiem, gdybym miał dobre warunki do tworzenia, a moje dzieła miał by kto odczuwać, czytać czy słuchać. Bo nie mówię tego tylko w kontekście mojego pisania, ale bardzo ogólnie - w moim pociągu niczym magnez do stali, do szeroko pojętego tworzenia. Przecież tworzyłem już tak wiele rzeczy. Wyznam Wam czytelnicy, że np. przez ostatnie pół roku, tak bardzo pokochałem śpiewać, że z niecierpliwością czekam aż wrócę na swoje Karaoke i znowu walnę moje kultowe 12 groszy, mimo iż śpiewać kompletnie nie umiem. Więc po co to wszystko? No właśnie w tym rzecz, że nie tylko dla zabawy. Po to, bo kocham tworzyć, wyrażać tym samym siebie, tu nie chodzi zabawę, choć tę i oczywiście lubię, ale ona raczej wychodzi sama z siebie. Zresztą zostając przy samej muzyce, to za sprawą przyjaciółki moja świadomość muzyczna, oraz pewnego rodzaju wyćwiczenie wokalne uległo znacznej poprawie, w związku z tym już nie tylko słuchanie ale także śpiewanie weszło mi w krew, bo ludzie nie tylko że nie rzucają we mnie kuflami gdy śpiewam, ale nawet nie wychodzą z danego budynku... ;)

Swego czasu, przeraziła mnie ta myśl o tym całym moim uzależnieniu do tworzenia na tyle, iż myślałem o oderwaniu się od tego wszystkiego, a zajęcia się tym, co w wolnym czasie robi większość ludzi. W efekcie tychże wątpliwości, nawet powiedziałem koleżance, iż zamykam tego bloga, było więc dość groźnie. Myśl ta była autentyczna, jednak nic na to nie poradzę, że nie nie chcę, nie umiem i nie będę jak reszta społeczeństwa. Gardzę egoizmem, pozerstwem, pychą, bufonadą, karierowiczami czy wirusem konsumpcjonizmu. Naprawdę, to dla mnie bardzo ważne i wychodzi prosto ze środka mego serca. Inni natomiast wolą się iść napić do klubu, pubu, albo ogólnie pić co weekendy, gdy tylko mają odrobinę wolnego czasu powielając ten sam schemat, wrzucić swoje fotki na snap czata, następnie wrócić do domu i z tą samą pustką w głowie leczyć kaca, a ja wolę tutaj tę garstkę swojego nawiedzenia, swoistego defektu mózgowego zostawić po sobie i związku z tym stworzyć np. nowy tekst, z kolejnymi myślami, rozterkami, czy przeżyciami młodego/starego Polaka. Dobitnie przekonali się o tym moi znajomi, którym odmówiłem wyjścia na imprezę już nie raz, bo przecież np. tekst sam się nie napiszę, a książka sama się nie przeczyta. Wolę załączyć lapka i ze słuchawkami w uszach oddawać się rytuałowi słuchania muzyki pochłaniając każdy jej szczegół, dźwięk, instrument wyrażając przez to swoje emocje. Autentycznie, to jest dla mnie jak poezja. Bardziej mi odpowiada książka, wiedza czy choćby ciekawa konstruktywna rozmowa niż ciągłe szukanie hedonistycznych rządz śmiechu z byle czego. W ostateczności mogę myśleć, rozkminiać, w końcu myślę - więc jestem.

No właśnie kim zatem jestem? Jestem Grzesiem, takim trochę dziwnym, bo innym jak większość współczesnego społeczeństwa ale z drugiej strony kimś, kto rzeczywiście ma chyba duszę artysty, choć za artystę zdecydowanie się nie uważam. I kolejna rzecz która jest pewna - nie zrozumie tego nikt, kto nie jest obłąkany (pozytywnie obłąkany ale jednak) - czyli nie jest artystą.


Zachęcam do komentowania oraz pozdrawiam wszystkich chrześcijan i patriotów.
Pan Gie.


                                                       Podobał Ci się mój artykuł? Polub i wesprzyj mnie.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz