wtorek, 21 marca 2017

"Desperacja utraconej miłości" - Opowiadanie, autobiografia Pana Gie.

Było nie było...Wszystko się już skończyło…Było nie było…Wszystko się rozwaliło…Było nie było…Z tego się nic nie spełniło. Teraz miłość zastąpi samotność. Samotność i pustka? To dwaj przyjaciele jak miłość i nienawiść - czyli dzieci niewoli wydane na świat dla lepszej kontroli nad ludźmi. Ja zrozpaczony o jedno Cię proszę - nie karaj mnie za moje uczucie do Ciebie, tylko wtedy ja dojdę do Siebie. Proszę weź doceń co dla Ciebie zrobiłem - przez mą miłość przecież Cię nie skrzywdziłem. Proszę nie każ mnie za to, że Cię pokochałem, tak naprawdę umysłem tego nie chciałem. Doceń to słowo i jego magię, pamiętaj mnie dobrze, nie przeklinaj mnie, bo jeśli to zrobisz - ja skończę na dnie. Został mi pokój, cisza, i cztery ściany. Lecz kurwa to, nie zagoi mojej rany! Zostały mi także wspomnienia choć dla Ciebie są one już bez znaczenia. Ja zaś wsłuchany w to ciszę nie mówię nikomu że może mi źle, że coś się ze mną dzieje, że zakochanego mnie opuścili też przyjaciele… Bo miłość to choroba - na wzór cierpienia Hioba.


Taki oto wiersz, napisałem parę lat temu, w amoku jako głos rozpaczy z powodu utraconej miłości. 
I ma opowieść, jako fragment książki którą chciałbym kiedyś wydać, ściśle nawiązuje do utraconej miłości, choć nie o samą miłości tu chodzi. Co mężczyzna jest w stanie zrobić, aby walczyć o kobietę? Przeczytajcie więc co ja byłem w stanie zrobić... :)     

Początek historii którą Wam opowiem sięga 2013 roku, a dokładniej zwąc to marca tego ów roku. Marzec, zwiastuje początek wiosny, tknie w przyrodzie nowe życie, ale to właśnie w tym czasie w Polska straszyła największymi mrozami tamtego roku, albowiem temperatura przekraczała minus 20 stopni! Ja natomiast tamtego marcowego dnia, przebywałem w pracy na drugiej zmianie, w jednej z kieleckich drukarń. Zawsze drugie zmiany najbardziej lubiłem, albowiem gwarantowały mi energię i wyspanie, ale w tamtym czasie praca przebiegała mi fatalnie, żeby nie powiedzieć, że wręcz tragicznie, ze względu na mój niemal agonalny stan psychiczny po rozejściu się z dziewczyną. Zawalił mi się wtedy cały świat, albowiem byłem w niej zakochany niczym młody pelikan, dziś wiem jak bardzo toksycznie i chyba nie do końca zdrowo. W związku z tym do pracy chodziłem jak zbity pies i przyznaję, że strach było ze mną pracować przy jednej maszynie. Kiedy wreszcie nadszedł długo wyczekiwany koniec zmiany, z jednej strony dawał mi on ulgę, bo oznaczał odzyskaną wolność, do tego w czasie w którym do pracy kompletnie się nie nadawałem.
Z drugiej zaś strony, w domu potrafiłem jedynie zamulać, palić papierosa za papierosem i maltretować się myślami, o rozpadzie mojego związku. Cóż, tak źle i tak nie dobrze, nie sposób było mi wówczas dogodzić.

Już po skończonej pracy, około północy odezwał się jednak mój wierny samsung, odrywając mnie od aktu snu swym nagłym dźwiękiem dzwonka. Zrezygnowany i zarazem poirytowany kto śmie mnie o tej porze budzić, otwarłem jedno oko, a tu ku mojemu największemu zdziwieniu, dzwoni.... moja Ex!
- Cześć Grzesiek, obudziłam Cię? - odparła Monika moja była dziewczyna, dość dramatycznym głosem.
- Nie, a co tam się stało? - odparłem z wyraźną nadzieją, na jakaś konstruktywną rozmowę o naszej sytuacji. Nic jednak bardziej mylnego...
- Słuchaj, jest siarczysta picówa, a nasz dziadek zaginął. Szuka go cała rodzina. Boje się o niego bardzo, przeszedł byś Grzesiu na dworzec i porozglądał się czy może gdzieś po dworcu PKS się nie szweda, bardzo Cię proszę. Może przecież zamarznąć! Pomóż.
Przyznam szczerze, ze zaskoczyła mnie jej prośba pomimo całego dramatyzmu sytuacji, bo przecież jeszcze kilka godzin wcześniej, mówiła że nie chce mnie znać, z całą nieuzasadnioną nienawiścią do mnie, a tu jednak... No chyba nie do końca.
- Jasne, nie przejmuj się, przejdę się na dworzec, dziadziuś napewno się znajdzie. Głowa do góry!

Szybko ubrałem się i wyruszyłem w pieszą podróż na kielecki dworzec, do pokonania miałem około 6, może 8 kilometrów. Wyprawa przebiegła nieźle, ponieważ pomimo siarczystego mrozu, jakoś nie było mi bardzo zimno. Wiadomo, chłód był odczuwalny w końcu temperatura bardziej przypominała Syberię, a nie Polskę lecz wydaje mi się, że dziś taka ekspada przystworzyła by mi więcej kłopotów, a panujące zimno było by bardziej odczuwalne. Cóż, człowiek młody był wtedy to i zahartowany...
Szczerze mówiąc, to w tej całej mojej nocnej robinsonadzie widziałem jakiś cień szansy na odbudowanie sytuacji z Moniką, a może przekonam ją tymże poświeceniem do powrotu w moje czekające na nią ramiona? Owszem, pomoc dla dziadka była również ważna, ale muszę uczciwie przyznać że bardziej liczyła się wtedy dla mnie nagła okazja, do poratowania zakończonego kilka tygodni temu związku, albo chociaż zbliżenia się do utraconej ukochanej. Wyprawa ta, była zatem dla mnie swoistą nadzieją spadającą jak gwiazda z wówczas mroźnego nieba.

Jestem już na miejscu, chciało by się rzecz popularne w Polsce porzekadło "piździ jak na dworcu w Kielcach", które tamtego czasu było chyba jednym z najprawdziwszym przysłów na świecie. Obszedłem cały dworzec. Nic, tylko para z ust, pustka przeszywające me zmarznięte uszy i ta przygnębiająca grobowa cisza. Nawet lampy dworcowe były zgaszone, jakby cały świat zamarł. Dzwoniąc do Moniki, z informacją zwrotną odnośnie dziadka, dowiedziałem się ponadto, że cała rodzina go poszukuje, nawet Paweł - wtedy jeszcze jej kolega, który walnie przyczynił się do rozpadu naszego związku, albowiem wtrącił mi się w paradę. Informacja ta, wcale mnie nie ucieszyła, ale on przynajmniej nie został wybudzony o 12 w nocy, by pieszo maszerować na stację autobusową w arktyczną, mroźną pogodę. Czułem większe poświęcenie od niego i co za tym idzie pewną przewagę chociaż w tym aspekcie, w efekcie sporą szansę na zbliżenie. Monika rzeczywiście była mi wdzięczna, tego odmówić jej nie można, no ale tamtej nocy przecież nie wywalę z tekstem o nas, prawda? Sprawę należało rozegrać na zajutrz, jak już dziadziuś się znajdzie. Z tego to ów powodu, aby być wypoczętym i w pełni formie intelektualnej by skutecznie umieć przekonywać Monię, do domu udałem się na skróty, ale za to przez niezbyt bezpieczną dzielnicę, na której sam parę lat temu, po nocach z kolegami spożywaliśmy alkohol. Zdawałem sobie sprawę z niebezpieczeństwa, ale w moim własnym mieście miałem się kogokolwiek bać? Nie ma opcji, zawsze w tego typu sprawach nie myślałem rozsądnie, tylko uderzałem w kozaka. Bo niby co mi kto może zrobić. Każdemu, ale nie mi - to moje miasto i nikogo się bał nie będę, pięści mam od tego by się bronić, ewentualnie zblatuje sobie różnymi znajomościami. Tak, to właśnie, cały Grzesiu lat młodości...
Głupota moja sięgała niebotycznych wyżyn.

Idąc przez wąski tunel, swoisty wąwóz, nieoświetlony i pełny chamerii w pogodne, ciepłe dni zobaczyłem już z daleka kilku chłopów wyglądających na zakapiorów. Nie zatrzymało mnie to jednak nawet na chwilę i bez zawahania udałem się w ich stronę pewnym krokiem, w dodatku ostentacyjnie odpalając papierosa. Zaczęło się zatem dość niewinnie, albowiem przechodząc, zapytali mnie o ogień, który oczywiście dałem i zaraz po tym zaczęła się interakcja między mną, a gromadką chamów, którzy odpalili właśnie lufkę z narkotykami.
- Zapalisz sobie z nami bucha młody? Mamy tu dobrego skuna - zapytał mnie jeden z nich.
- Nie, dziękuje nie bawię się w takie rzeczy. Idę, trzymajcie się - odparłem.

Już odchodziłem, gdy jeden z nich, ten największy w dodatku, rozkazał mi i tutaj podkreślam - naprawdę rozkazał, abym pożyczył im na kolejną "sztukę" narkotyków. Na początku odrzekłem, że nie mam kasy, jednak chłopaki nie chcieli odpuścić. Rozmowa przebiegała już gorzej, bardziej niebezpiecznie, ale nie zapowiadało się na rozwiązanie siłowe, do momentu gdy jeden z nich kazał mi pokazywać portfel, czy rzeczywiście nie mam pieniędzy. Co ja na to? - "Człowieku praca w Policji Ci się marzy, że mam ci portfel pokazywać?"...

Nie mogło się inaczej skończyć po takim tekście, jak tylko soczystym wpierdolem, w dodatku jak się okazało - grupowym. Gdy w odpowiedzi na zblokowany zresztą cios jednego z nich, wyprowadziłem swój prawy prosty który doszedł do buzi napastnika, momentalnie drugi od tyłu złapał mnie za barki unieruchamiając mi ręce, w tym czasie kolejny z nich zasadził mi bombę w nos, aż krew wytrysnęła niczym gejzer z nosa kilku z nich zresztą chlapiąc. Następny zaś dołożył mi kolano na korpus i osunowszy się na ziemię oczywiście skopka, butowanie na glebie. Przejeżdzający nieopodal samochód uratował sytuację, bo nie wiem czy naćpańce nie skopali by mnie tam, tak na amen. Poważnie, mówię Wam, mogło to zakończyć się tragicznie, kopało mnie 6 typa jak w transie.
Oni zaś uciekli, w obawie przed policją, mi zaś udzielił pomocy przechodzień, który po jakiś 10 minutach też przechodził tymże tunelem - na moje szczęście. Zawiózł mnie do szpitala całego obolałego, namawiał również, abym zgłosił pobicie na policję. Nie wchodziło to jednak w grę, więc gdy w szpitalu (z automatu) pojawili się stróże prawa, kategorycznie odmówiłem składania zeznań.
"Taki sam żeś Pan głupi, zdemoralizowany jak twoi oprawcy, iż nie chcesz podjąć z nami współpracy" - usłyszałem na koniec od policjanta, który wkrótce zniknął w otchłani szpitalnego korytarza.
Diagnoza lekarska natomiast brzmiało następująco - potłuczone żebra, ułamek bocznego zęba wbity w język, złamany nos, liczne potłuczenia i powiem szczerze, że także w okolicach krocza, przez co początkowo nie mogłem normalnie chodzić, a wręcz wyłem z bólu. Pierwotnie był to główny problem tamtego zajścia, albowiem podczas chodzenia niemal mdlałem z bólu pachwiny.

Patusy, skopali mnie i w tym miejscu, szczęście w nieszczęściu, że po za początkowo bólem niemal nie do wytrzymania, nic poważnego mi się nie stało, co jednak nie zapobiegło dość poważnej awanturze w szpitalu, bo tych okolic ciała badać nie pozwolę, choćbym miał zejść z tego świata.
W efekcie, ze szpitala poprostu uciekłem, bo w tej późniejszej fazie, kłucie szczególnie tylko przeszywało mnie w klatce piersiowej, oddychanie oraz wstawanie odbywało się z wielkim bólem, ale chodzić już w miarę mogłem, lecz najważniejsza dla mnie pod względem medycznym, była inna sprawa.

- "Chociaż nie straszę wyglądem, nie jest źle" - myślałem, przeglądając się przed szpitalnym lustrem.
Mimo, iż defektu na twarzy nie miałem, to wpatrywałem się w lustro i nie poznawałem samego siebie. Me oczy straciły dawny blask, na rzecz zbitego smutku który bił na odległość uderzając autentyzmem, twarz wychudzona albowiem poprzez depresję nie mogłem prawie nic jeść, moje wieczne wory pod oczami nabrały tym razem szary, beznadziejny wyraz w mym lustrzanym odbiciu.
Cóż, tyle mi pozostało, w tym całym syfie który mnie w życiu otaczał, tyle zostało szczątków dawnej czystości, że twarz chociaż miałem całą i zdrową, choć bardzo smutną, a przedewszystkim serce poranione, a to już był ból dla mnie nie do wytrzymania, przynajmniej w tamtym okresie mojego życia.

Około godziny 9 rano wróciłem do domu, oczywiście nie mówiąc nic a nic rodzicom, bo wiedziałem, że wtedy do już nieciekawej sytuacji, niemal jak w pakiecie, doszedł by mi kolejny problem - dramatyzowanie całą tą sytuacją moich rodziców, oraz mądrości mamy, która ostrzegała abym nie wychodził o tej porze z domu. Cóż, cała sprawa została więc tylko w moim sercu i stłuczonych żebrach.

Dziadek Moniki znalazł się, mniej więcej po godzinie od mojej nocnej wizyty na kieleckim dworcu. Okazało się, że błąkał się gdzieś po Bodzentynie, więc z Kielc raczej bym go nie dostrzegł, nawet usilnie się wpatrując. Nic poważnego mu się nie stało, tylko lokalne odmrożenia, szczęśliwe zakończenie. Trochę inaczej niż ze mną... Monika za to, gdy dowiedziała się o moim "wypadku" zaczęła żałować wykonanego do mnie telefonu, w dodatku nawet przez myśl jej nie przeszło, by mnie odwiedzić w szpitalu. A właśnie, kompletnie zapomniałem - przykoloryzowałem jej trochę, iż dalej leżę w szpitalu jeszcze następnego dnia czyli nie pochwaliłem się ucieczką. Chciałem tym samym zmusić ją do odwiedzin oraz doceniania wykonanego dla niej, oraz dla jej dziadka poświęcenia. Niestety, rola ofiary tym razem nie przyniosła rezultatu, choć typowej rozmowy "o nas" nie rozpoczynałem. Chciałem zachować honor oraz bałem się że i tak nic z tego nie wyjdzie w tym momencie przynajmniej, czułem to w zasadzie. Zatem, gdzie szukać ratunku?

Jako, że była to Sobota - dzień wolny od pracy, to spontanicznie wybuchłem z pomysłem -"Jadę do Częstochowy, na jasną górę modlić się w tej intencji, całą noc! Ona musi do mnie wrócić, a ja przynajmniej zrobię co w mojej mocy żeby tak było. Nie poddaje się, o co jak co ale o miłość warto walczyć, prawda? - myślałem, motywując się do wyjazdu.
No właśnie, prawda to czy fałsz drodzy Czytelnicy?

4 godziny snu za mną, więc spoko; modlitewniki są, kasa jest, szlugi również, ciepłe ubranie tak samo - więc jak? Hej przygodo, w drogę!
Do Jasnogórskiego sanktuarium udałem się pociągiem, PKP Intercity, dokładnie 24 marca 2013 roku. Na dworze minus 20, w pociągu zaś - cieplutko i przytulnie w peronie, choć nie do końca miło ze względu na moją desperację oraz fatalny stan psychiczny. W drodze, głównie obserwowałem przez szybę zamarzniętą przyrodę, oraz odmawiałem modlitwę za modlitwą - m.in do św. Rity o łaskę w sytuacjach beznadziejnych, litanie do najświętszej Marii panny, modlitwę o ubłaganie łask do Świętego Ojca Pio, czy nowennę do Judy Tadeusza - kolejnego patrona sprawa trudnych i beznadziejnych. To tylko niektóre modlitwy które wtedy odmawiałem w tejże intencji, także sporo łez wylałem w tymże pociągu choć ukryciu, a na tygodniu w kieleckiej bazylice katedralnej wylałem morze, hektolitry łez. Mówię Wam nigdy tak obficie nie płakałem - niemal jak pies, jak właśnie w tamtym okresie mojego życia. Słuchajcie, ja praktycznie tonąłem w łzach za nią, byłem totalnie pogrążony w smutku i prawdziwej czarnej rozpaczy, ławki w katedrze były mokre od łez niczym po deszczu. Może teraz zrozumiecie, jak bardzo byłem zdesperowany, aby ratować patową sytuację. Szczerze mówiąc, to przez łeb przechodziły mi i najgorsze myśli, ale zawsze jakoś wolałem widzieć tę iskierkę, nadzieję na szczęśliwy bieg wypadków i powrót mojej utraconej miłości. Mimo mojego stanu, oraz beznadzieji sytuacji, wcale się nie jednak poddawałem, ani nie płaszczyłem się przed utraconą, a walczyłem do ostatnich chwil. Używałem różnych taktyk - na kozaka z ostrymi choć szczerymi stwierdzeniami, żeby chwilę później żałować i już być nieco skruszony, po merytoryczną rozmowę, po prośby... no używałem naprawdę wszystkiego. Nic nie dawało zamierzonego rezultatu. Myślę wiec, że kto jak kto, ale Bóg zawsze mi pomoże, musi mi pomóc, bo jak On nie, to kto do licha, no kto? Jasnogórska Pani nieustającej pomocy, również ubłaga Pana, Monia do mnie musi wrócić, bo ja - nie wyobrażam sobie egzystencji bez niej. Cóż przyznaję, że jak dziś o tym wspominam, o tamtych czasach to mam wrażenie, że istna świarlandia, albo wariatkowo, dużym z uśmiechem na twarzy. Wtedy jednak, do śmiechu mi nie było.
                                                     
                                      (pamiątkowy bilet z tamtego "rejsu" do Częstochowy)

Wita mnie Częstochowski dworzec, więc to ostatnie chwilę aby nie doszło do mnie przeszywające poczucie mrozu, które wbijało się ciało niczym kolce soplów lodowych. Ludzi sporo, tylko ja taki zagubiony w swej rozpaczy, więc jak mam z dworca trafić na Jasną Górę? Okazało się jednak, że da się trafić, albowiem klasztor widoczny był już z samej hali dworcowej. Pomyślałem - "Okej, spoko jest dobrze" - nabrałem większej pewności, oraz poczucia, iż sam Bóg nade mną czuwa. To miała być właśnie ta noc, podczas której wybłagam niemal że cud, w całym swoim poświęceniu oraz wypowiedzianych prośbach, modlitwach o wstawiennictwo do różnych świętych, nie tylko zaś bezpośrednio do samego Boga żywego Jezusa Chrystusa. Napełniało mnie to nadzieją, albowiem miałem wrażenie, że całe niebiosa mi kibicują i chcą pomóc, a dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych. Tyle odmówionych modlitw, musi mi gwarantować poprawę sytuacji, no inaczej być nie może!


Idąc w kierunku klasztoru, mijałem po drodze kolejne grupy modlitewne, które w ten właśnie mróz na dworze odmawiały różaniec, rozdając okolicznościowe ulotki. Było to spore pokrzepienie w mej obawie, bo przecież pewności nie miałem, czy Jasno Górskie sanktuarium będzie otwarte tej nocy, nic się na ten temat nie dowiadywałem, przyjechałem tu totalnie w ciemno, spontanicznie, a grupa modlitewna na mieście dawała mi jakieś wyjście awaryjne. Nie mniej jednak, na miejsce docelowe dotarłem - klasztor otwarty, w końcu moim oczom ukazał się cudowny obraz Matki Bożej Częstochowskiej, opromieniony mocą ducha świętego przez modlących się wiernych.
Czarna Madonna która wstawiała się w tym miejscu za naszym narodem i nieprawdopodobnie ratowała go z opresji na tyle, że nawet potop szwedzki nie był w stanie zdobyć Jasnej Góry, dzisiejszego wieczora zaś miała się zająć moją sprawą. Zająć osobiście, pomóc i ogarnąć mnie, to już ostatnia deska ratunku. Punkt docelowy osiągnięty, jestem, tak - moja spontaniczna myśl doczekała się realizacji!
Klęczę, spoglądam na oczy czarnej Madonny i myślę jakie i one są smutne w swym wydźwięku.
Maryja, matka Boża, zrozumie i mój smutek, skutecznie doda mi otuchy. Nadszedł już czas, gdy zacząłem się modlić słowami: "Maryjo, zwierciadło nieustającej pomocy, jestem u Ciebie, ja Grzesiek, nie czysty i grzeszny, ale skruszony i rozerwany doszczętnie. Jak wiesz przyjechałem z Kielc, prosić Cię o pomoc...Proszę Cię wybłagaj do Boga moją prośbę - niech Monika przejrzy na oczy i do mnie wróci, a jeśli to nie możliwe albo poskutkowało by czymś złym - to proszę Cię przygotuj mnie do tego, bo ja sobie z tym nie radzę. Jestem bezradny i zrozpaczony, nawet jeść nie bardzo mogę"...

Modlitwy wypowiedziane, karteczka z prośbami pod obrazem również zostawiona, wizerunek Matki Bożej Częstochowskiej powoli jest zasuwany, kaplica opuszcza kolejnych wiernych...
Co dalej ze mną się pocznie, w tak siarczysty mróz? Pociąg miałem dopiero o 7 rano bodajże...




Co było dalej? Oj dużo się wydarzyło, nawet bardzo dużo, to dopiero początek tej niezwykłej, a zarazem dość dramatycznej w swych korzeniach historii, choć do momentu do którego doczytaliście nic nie zapowiadało jeszcze, tak niezwykłego, a zarazem tak przygodowego obrotu spraw.
Chcecie się dowiedzieć co było dalej? Kolejna cześć tej moim zdaniem niezwykłej historii już niebawem, gwarantuję Wam, że będzie bardzo ciekawie. Serdecznie zapraszam do przeczytania drugiej części tej opowieści.
______________________________________________
myslimlodegopolaka.pl (Y)
Autobiografia młodego Polaka - Pan Gie.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz