wtorek, 21 marca 2017

"Desperacja utraconej miłości" - Opowiadanie, autobiografia Pana Gie.

Było nie było… Wszystko się już skończyło… Było nie było… Wszystko się rozwaliło… Było nie było…Z tego się nic nie spełniło… Teraz miłość zastąpi samotność… Samotność i pustka to dwaj przyjaciele jak miłość i nienawiść - czyli dzieci niewoli wydane na świat dla lepszej kontroli nad ludźmi. Ja zrozpaczony o jedno Cię proszę - nie karaj mnie za moje uczucie do Ciebie, tylko wtedy ja dojdę do Siebie. Proszę weź doceń co dla Ciebie zrobiłem - przez mą miłość przecież Cię nie skrzywdziłem… Proszę nie każ mnie za to, że Cię pokochałem, tak naprawdę umysłem tego nie chciałem…Doceń to słowo i jego magię, pamiętaj mnie dobrze, nie przeklinaj mnie, bo jeśli to zrobisz - Ja skończę na dnie. Został mi pokój, cisza, i cztery ściany. Lecz kurwa to nie zagoi mojej rany! Zostały mi także wspomnienia. Dla Ciebie są one już bez znaczenia. A ja wsłuchany w to ciszę nie mówię nikomu ze może mi źle, ze coś się ze mną dzieje, ze zakochanego mnie opuścili też przyjaciele… Bo miłość to choroba - na wzór cierpienia Hioba.


Taki oto wiersz, napisałem parę lat temu, w amoku jako głos rozpaczy z powodu utraconej miłości. I ma opowieść, jako fragment książki która niebawem zostanie wydana, ściśle nawiązuje do utraconej miłości, choć nie o samą miłości tu chodzi...Co mężczyzna jest w stanie zrobić, aby walczyć o kobietę? Przeczytajcie więc co ja byłem w stanie zrobić ;)    

Początek historii którą Wam opowiem sięga 2013 roku, a dokładniej zwąc to marca tego ów roku. Marzec, zwiastuje początek wiosny, tknie w przyrodzie nowe życie, ale to właśnie w tym czasie w Polska straszyła największymi mrozami tamtego roku, albowiem temperatura przekraczała minus 20 stopni! Ja, natomiast tamtego marcowego dnia, przebywałem w pracy na drugiej zmianie, w jednej z kieleckich drukarń. Zawsze drugie zmiany najbardziej lubiłem, albowiem gwarantowały mi energię i wyspanie, ale w tamtym czasie praca przebywała mi fatalnie, żeby nie powiedzieć, że wręcz tragicznie, ze względu na mój niemal agonalny stan psychiczny po rozejściu się z dziewczyną. Zawalił mi się wtedy cały świat, albowiem byłem w niej zakochany niczym młody pelikan, dziś wiem jak bardzo toksycznie, nie do końca zdrowo. W związku z tym do pracy chodziłem jak zbity pies, i przyznaję że strach było ze mną pracować przy jednej maszynie. Kiedy wreszcie nadszedł długo wyczekiwany koniec zmiany, z jednej strony dawał mi on ulgę, bo oznaczał odzyskaną wolność, do tego w czasie w którym do pracy kompletnie się nie nadawałem. Z drugiej zaś strony, w domu potrafiłem jedynie zamulać, palić papierosa za papierosem i matleretować się myślami, o rozpadzie mojego związku. Cóż, tak źle i tak nie dobrze, nie sposób było mi wtedy dogodzić.

Już po skończonej pracy, około północy odezwał się jednak mój wierny samsung, odrywając mnie od aktu snu swym nagłym dźwiękiem dzwonka. Zrezygnowany i zarazem poirytowany kto śmie mnie o tej porze budzić, otwarłem jedno oko, a tu ku mojemu największemu zdziwieniu, dzwoni.... moja Ex!
- Cześć Grzesiek, obudziłam Cię? - odparła Monika moja była dziewczyna, dość dramatycznym głosem.
- Nie, a co tam się stało? - odparłem z wyraźną nadzieją, na jakaś konstruktywną rozmowę o naszej sytuacji. Nic jednak bardziej mylnego...
- Słuchaj, jest siarczysta picówa, a nasz dziadek zaginął. Szuka go cała rodzina. Boje się o niego bardzo, przeszedł byś Grzesiu na dworzec i porozglądał się czy może gdzieś po dworcu PKS się nie szweda, bardzo Cię proszę. Może przecież zamarznąć! Pomóż.
Przyznam szczerze, ze zaskoczyła mnie jej prośba pomimo całego dramatyzmu sytuacji, bo przecież jeszcze kilka godzin wcześniej, mówiła że nie chce mnie więcej słyszeć z całą nieuzasadnioną nienawiścią do mnie, a tu jednak... No chyba nie do końca.
- Jasne, nie przejmuj się, przejdę się na dworzec, dziadziuś napewno się znajdzie. Głowa do góry!

Szybko ubrałem się i wyruszyłem w pieszą podróż na kielecki dworzec, do pokonania miałem około 6, może 8 kilometrów. Wyprawa przebiegła nieźle, ponieważ pomimo siarczystego mrozu, jakoś nie było mi bardzo zimno. Wiadomo, chłód był odczuwalny w końcu temperatura bardziej przypominała Syberię, a nie Polskę lecz wydaje mi się, że dziś taka ekspada przystworzyła by mi więcej kłopotów, a panujące zimno było by bardziej odczuwalne. Cóż, człowiek młody był wtedy, to i zahartowany...
Szczerze mówiąc, to w tej całej mojej nocnej robinsonadzie widziałem jakiś cień szansy na odbudowanie sytuacji z Moniką, a może przekonam ją tymże poświeceniem do powrotu w moje czekające na nią ramiona? Owszem, pomoc dla dziadka była również ważna, ale muszę uczciwie przyznać że bardziej liczyła się wtedy dla mnie nagła okazja, do poratowania zakończonego kilka tygodni temu związku, albo chociaż zbliżenia się do utraconej ukochanej. Wyprawa ta, była zatem dla mnie swoistą nadzieją spadającą jak gwiazda z wówczas mroźnego nieba.

Jestem już na miejscu, chciało by się rzecz popularne w Polsce porzekadło "piździ jak na dworcu w Kielcach", które tamtego czasu było chyba jednym z najprawdziwszym przysłów na świecie. Obszedłem cały dworzec. Nic, tylko para z ust, pustka przeszywające me zmarznięte uszy i ta przygnębiająca grobowa cisza. Nawet lampy dworcowe były zgaszone, jakby cały świat zamarł. Dzwoniąc do Moniki, z informacją zwrotną odnośnie dziadka, dowiedziałem się ponadto, że cała rodzina go poszukuje, nawet Paweł - wtedy jeszcze jej kolega, który walnie przyczynił się do rozpadu naszego związku, albowiem wtrącił mi się w paradę. Informacja ta, wcale mnie nie ucieszyła, ale on przynajmniej nie został wybudzony o 12 w nocy, by pieszo maszerować na stację autobusową w arktyczną, mroźną pogodę. Czułem większe poświęcenie od niego i co a tym idzie pewną przewagę chociaż w tym aspekcie, w efekcie sporą szansę na zbliżenie. Monika rzeczywiście była mi wdzięczna, tego odmówić jej nie można, no ale tamtej nocy przecież nie wywalę z tekstem o nas, prawda? Sprawę należało rozegrać na zajutrz, jak już dziadziuś się znajdzie. Z tego to ów powodu, aby być wypoczętym i w pełni formie intelektualnej by skutecznie umieć przekonywać Monię, do domu udałem się na skróty, ale za to przez niezbyt bezpieczną dzielnicę, na której sam parę lat temu, po nocach z kolegami spożywaliśmy alkohol. Zdawałem sobie sprawę z niebezpieczeństwa, ale w moim własnym mieście miałem się kogokolwiek bać?! Nie ma opcji, zawsze w tego typu sprawach nie myślałem rozsądnie, tylko uderzałem w kozaka. Co mi kto może zrobić. Każdemu, ale nie mi, moje miasto i nikogo się bał nie będę, pięści mam od tego by się bronić, ewentualnie zblatuje sobie różnymi znajomościami. Tak, to właśnie, cały Grzesiu lat młodości...

Idąc przez wąski tunel, swoisty wąwóz, nieoświetlony i pełny chamerii w pogodne, ciepłe dni zobaczyłem już z daleka kilku chłopów wyglądających na zakapiorów. Nie zatrzymało mnie to jednak nawet na chwilę i bez zawahania udałem się w ich stronę pewnym krokiem, w dodatku ostentacyjnie odpalając papierosa. Zaczęło się zatem dość niewinnie, albowiem przechodząc, zapytali mnie o ogień, który oczywiście dałem, i zaraz po tym zaczęła się interakcja między mną, a gromadką chamów, którzy odpalili właśnie lufkę z narkotykami.
- Zapalisz sobie z nami bucha młody? Mamy tu dobrego skuna - zapytał mnie jeden z nich.
- Nie, dziękuje nie bawię się w takie rzeczy. Idę, trzymajcie się.

Już odchodziłem, gdy jeden z nich, ten największy w dodatku, rozkazał mi i tutaj podkreślam - naprawdę rozkazał, abym pożyczył im na kolejną "sztukę" narkotyków. Na początku odrzekłem, że nie mam kasy, jednak chłopaki nie chcieli odpuścić. Rozmowa przebiegała już gorzej, bardziej niebezpiecznie, ale nie zapowiadało się na rozwiązanie siłowe, do momentu gdy jeden z nich kazał mi pokazywać portfel, czy rzeczywiście nie mam pieniędzy. Co ja na to? - "Człowieku praca w Policji Ci się marzy, że mam ci portfel pokazywać?"...
Nie mogło się inaczej skończyć po takim tekście, jak tylko soczystym wpierdolem, w dodatku grupowym. Bomba w nos, farba i skopka na glebie. Przejeżdzający nieopodal samochód uratował sytuację, bo nie wiem czy naćpańce nie skopali by mnie tam, tak na amen. Poważnie, mówię Wam, mogło to zakończyć się tragicznie. Oni zaś uciekli, w obawie przed policją, a mi udzielił pomocy przechodzień, który minutę później przechodził tymże tunelem. Zawiózł mnie do szpitala całego obolałego, namawiał również, abym zgłosił pobicie na policję. Nie wchodziło to jednak w grę, więc gdy w szpitalu pojawili się stróże prawa, kategorycznie odmówiłem składania zeznań.
"Taki sam ześ Pan głupi, zdemoralizowany jak twoi oprawcy, iż nie chcesz podjąć z nami współpracy" usłyszałem na koniec od policjanta, który wkrótce zniknął w otchłani szpitalnego korytarza. Diagnoza lekarska natomiast brzmiało następująco - potłuczone żebra, złamany nos, liczne potłuczenia, także w okolicach krocza. Patusy, skopali mnie i w tym miejscu, szczęście w nieszczęściu, że po za bólem nic poważnego jednak mi się nie stało. Kłucie jednak szczególnie przeszywało mnie w klatce piersiowej, ale najważniejsza dla mnie pod względem medycznym, była inna sprawa.

- "Chociaż nie straszę wyglądem, nie jest źle" - myślałem, przeglądając się przed szpitalnym lustrem.
Mimo, iż defektu na twarzy nie miałem, to wpatrywałem się w lustro i nie poznawałem samego siebie. Me oczy straciły dawny blask, na rzecz zbitego smutku który bił na odległość uderzając autentyzmem, twarz wychudzona albowiem poprzez depresję nie mogłem prawie nic jeść, moje wieczne wory pod oczami nabrały tym razem szary, beznadziejny wyraz w mym lustrzanym odbiciu.
Cóż, tyle mi pozostało, w tym całym syfie który mnie w życiu otaczał, tyle zostało szczątków dawnej czystości, że twarz chociaż miałem całą i zdrową, choć bardzo smutną, a przedewszystkim serce poranione, a to już był ból dla mnie nie do wytrzymania, przynajmniej w tamtym okresie mojego życia.

Rankiem wróciłem do domu, oczywiście nie mówiąc nic a nic rodzicom, bo wiedziałem, że wtedy do już nieciekawej sytuacji, niemal jak w pakiecie, doszedł by mi kolejny problem - dramatyzowanie całą tą sytuacją moich rodziców, oraz mądrości mamy, która ostrzegała abym nie wychodził o tej porze z domu. Cóż, cała sprawa została więc tylko w moim sercu i stłuczonych żebrach.

Dziadek Moniki znalazł się, mniej więcej po godzinie od mojej nocnej wizyty na kieleckim dworcu. Okazało się, że błąkał się gdzieś po Bodzentynie, więc z Kielc raczej bym go nie dostrzegł, nawet usilnie się wpatrując. Nic poważnego mu się nie stało, tylko lokalne odmrożenia, szczęśliwe zakończenie. Trochę inaczej niż ze mną... Monika za to, gdy dowiedziała się o moim wypadku, zaczęła żałować wykonanego do mnie telefonu, w dodatku nawet przez myśl jej nie przeszło, by mnie odwiedzić w szpitalu. A właśnie, kompletnie zapomniałem - przykoloryzowałem jej trochę, iż dalej leżę w szpitalu jeszcze następnego dnia. Chciałem tym samym zmusić ją do odwiedzin, oraz doceniania wykonanego dla niej, oraz dla jej dziadka poświęcenia. Niestety, rola ofiary tym razem nie przyniosła rezultatu, choć typowej rozmowy "o nas" nie rozpoczynałem. Chciałem zachować honor, oraz bałem się że i tak nic z tego nie wyjdzie w tym momencie przynajmniej, czułem to w zasadzie. Zatem, gdzie szukać ratunku?

Jako, że była to Sobota - dzień wolny od pracy, to spontanicznie wybuchłem z pomysłem -"Jadę do Częstochowy, na jasną górę modlić się w tej intencji, całą noc!" Ona musi do mnie wrócić, a ja przynajmniej zrobię co w mojej mocy żeby tak było. Nie poddaje się, o co jak co ale o miłość warto walczyć, prawda?" - myślałem, motywując się do wyjazdu.
No właśnie, prawda to czy fałsz drodzy Czytelnicy?

Modlitewniki są, kasa jest, szlugi również, ciepłe ubranie tak samo - więc jak? No to w drogę. Do Jasnogórskiego sanktuarium udałem się pociągiem, PKP Intercity, dokładnie 24 marca 2013 roku. Na dworze minus 20, w pociągu zaś - ciepło, choć nie do końca miło ze względu na moją desperację oraz fatalny stan psychiczny. W drodze, głównie obserwowałem przez szybę zamarzniętą przyrodę, oraz odmawiałem modlitwę za modlitwą - m.in do św. Rity o łaskę w sytuacjach beznadziejnych, litanie do najświętszej Marii panny, modlitwę o ubłaganie łask do Świętego Ojca Pio, czy nowennę do Judy Tadeusza - kolejnego patrona sprawa trudnych i beznadziejnych. To tylko niektóre modlitwy które wtedy odmawiałem w tejże intencji, także sporo łez wylałem w tymże pociągu choć ukryciu, a na tygodniu w kieleckiej bazylice katedralnej wylałem morze, hektolitry łez. Mówię Wam nigdy tak obficie nie płakałem - niemal jak pies, jak właśnie w tamtym okresie mojego życia. Słuchajcie, ja praktycznie tonąłem w łzach za nią, byłem totalnie pogrążony w smutku i prawdziwej czarnej rozpaczy, ławki w katedrze były mokre od łez niczym po deszczu. Może teraz zrozumiecie, jak bardzo byłem zdesperowany, aby ratować patową sytuację. Szczerze mówiąc, to przez łeb przechodziły mi i najgorsze myśli, ale zawsze jakoś wolałem widzieć tę iskierkę, nadzieję na szczęśliwy bieg wypadków i powrót mojej utraconej miłości. Mimo mojego stanu, oraz beznadzieji sytuacji, wcale się nie jednak poddawałem, ani nie płaszczyłem się przed utraconą, a walczyłem do ostatnich chwil. Używałem różnych taktyk - na kozaka z ostrymi choć szczerymi stwierdzeniami, żeby chwilę później żałować i już być nieco skruszony, po merytoryczną rozmowę, po prośby... no używałem naprawdę wszystkiego. Nic nie dawało zamierzonego rezultatu. Myślę wiec, że kto jak kto, ale Bóg zawsze mi pomoże, musi mi pomóc, bo jak On nie, to kto do licha, no kto !? Jasnogórska Pani nieustającej pomocy, również ubłaga Pana, Monia do mnie musi wrócić, bo ja - nie wyobrażam sobie egzystencji bez niej. Cóż przyznaję, jak dziś o tym wspominam o tamtych czasach to mam wrażenie, że istna świarlandia, albo wariatkowo, dużym z uśmiechem na twarzy. Wtedy jednak, do śmiechu mi nie było.
                                                     
                                                        (pamiątkowy bilet z tamtego "rejsu" do Częstochowy)

Wita mnie Częstochowski dworzec, więc to ostatnie chwilę aby nie doszło do mnie przeszywające poczucie mrozu, które wbijało się ciało niczym kolce soplów lodowych. Ludzi sporo, tylko ja taki zagubiony w swej rozpaczy, więc jak mam z dworca trafić na Jasną Górę? Okazało się jednak, że da się trafić, albowiem klasztor widoczny był już z samej hali dworcowej. Pomyślałem - "Okej, spoko jest dobrze" ,nabrałem większej pewności, oraz poczucia, iż sam Bóg nade mną czuwa. To miała być właśnie ta noc, podczas której wybłagam niemal że cud, w całym swoim poświęceniu oraz wypowiedzianych prośbach, modlitwach do różnych świętych, nie tylko zaś do samego Boga żywego Jezusa Chrystusa. Napełniało mnie to nadzieją, albowiem miałem wrażenie, ze całe niebiosa mi kibicują i chcą pomóc, a dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych. Tyle odmówionych modlitw, musi mi gwarantować poprawę sytuacji, no inaczej być nie może!


Idąc w kierunku klasztoru, mijałem po drodze kolejne grupy modlitewne, które w ten właśnie mróz na dworze odmawiały różaniec, rozdając okolicznościowe ulotki. Było to spore pokrzepienie w mej obawie, bo przecież pewności nie miałem, czy Jasno Górskie sanktuarium będzie otwarte tej nocy, nic się na ten temat nie dowiadywałem, przyjechałem tu totalnie w ciemno, spontanicznie, a grupa modlitewna na mieście dawała mi jakieś wyjście awaryjne. Nie mniej jednak, na miejsce docelowe dotarłem - klasztor otwarty, w końcu moim oczom ukazał się cudowny obraz Matki Bożej Częstochowskiej, opromieniony mocą ducha świętego przez modlących się wiernych.
Czarna Madonna która wstawiała się w tym miejscu za naszym narodem i nieprawdopodobnie ratowała go z opresji na tyle, że nawet potop szwedzki nie był w stanie zdobyć Jasnej Góry, a dzisiejszego wieczora zaś miała się zająć moją sprawą. Zająć osobiście, pomóc i ogarnąć mnie, to już ostatnia deska ratunku. Punkt docelowy osiągnięty, jestem, tak - moja spontaniczna myśl doczekała się realizacji!
Klęczę, spoglądam na oczy czarnej Madonny i myślę jakie i one są smutne w swym wydźwięku.
Maryja, matka Boża, zrozumie i mój smutek, skutecznie doda mi otuchy. Nadszedł już czas, gdy zacząłem się modlić słowami - "Maryjo, zwierciadło nieustającej pomocy, jestem u Ciebie, ja Grzesiek, nie czysty i grzeszny, ale skruszony i rozerwany doszczętnie. Jak wiesz przyjechałem z Kielc, prosić Cię o pomoc...Proszę Cię wybłagaj do Boga moją prośbę - niech Monika przejrzy na oczy i do mnie wróci, a jeśli to nie możliwe albo poskutkowało by czymś złym - to proszę Cię przygotuj mnie do tego, bo ja sobie z tym nie radzę. Jestem bezradny i zrozpaczony, nawet jeść nie bardzo mogę"...

Modlitwy wypowiedziane, karteczka z prośbami pod obrazem również zostawiona, wizerunek Matki Bożej Częstochowskiej powoli jest zasuwany, kaplica opuszcza kolejnych wiernych...
Co dalej ze mną się pocznie, ponadto w tak siarczysty mróz? Pociąg miałem o 6 rano bodajże...




Co było dalej? Oj dużo się wydarzyło, bardzo dużo, to dopiero początek tej niezwykłej, a zarazem dość dramatycznej w swych korzeniach historii, choć do momentu do którego doczytaliście nic nie zapowiadało jeszcze, tak niezwykłego, a zarazem tak przygodowego obrotu spraw. Chcecie się dowiedzieć co było dalej? Kolejna cześć tej niezwykłej historii już niebawem, gwarantuję Wam, że będzie bardzo ciekawie. Serdecznie zapraszam do przeczytania drugiej części tej opowieści.
______________________________________________
myslimlodegopolaka.pl (Y)
Autobiografia młodego Polaka - Pan Gie.



poniedziałek, 20 marca 2017

Społeczne obłąkanie mózgowe.

W moim życiu tyle się ostatnio dzieje, że nie mam czasu coś nowego napisać - a myśli młodego Polaka (choć czy naprawdę jeszcze młodego? :D ) aż tłoczą się w moim umyśle, czekając aż zostaną przelane na kartkę papieru lub ekran mojego laptopa. Praca - jedna i druga, w kwietniu skończy się wielki post więc wrócę do "didziejowania" tak więc już 3 prace będą wypełniać moje ziemskie pielgrzymowanie, plus działalność partyjna, do tego książki, pomoc w organizacji przedsięwzięć, po drodze dochodzą jeszcze studia. Wszystkie te zajęcia (po za działalnością partyjną i książkami) dają mi niby pieniądze, albo mają mi je dać w przyszłości. Gdzie zatem znaleźć czas, na odrobinę "sztuki" w postaci moich "wypocin" na stronce myslimlodegopolaka.pl? Czasu za bardzo nie mam, choć niektórzy mawiają "jak się popieści to się zmieści" więc i jam popieszczę, to odrobinę przestrzeni czasowej znajdę na napisanie nowego tekstu na tę stronę, czyli moją autorską, choć czekają mi jeszcze zaległe teksty na inne stronki.
No właśnie. Ale po co? Pojawia się tutaj pytanie, pewnie często zadawane w myślach przez moich licznych znajomych - po co Ty to człowieku k...a mać robisz? Odpocznij, aby wstać rano do pracy i zarobić pieniądze. I tutaj drodzy czytelnicy, pojawia się definicja kogoś, kto nazywany jest powszechnie artystą, choć i za tego się nie uważam.

Jedno jest pewne - żyje na planecie której mieszkańców nie rozumiem, a mieszkańcy (większość) pewnie i nie rozumieją mnie. Cóż, mam coś chyba z defektu mózgowego, choć z drugiej strony patrząc, tej bardziej optymistycznej strony - może właśnie w tym wszystkim tkwi wyjątkowość i niezwykłość człowieka? Nawet jak tak, to na dłuższą metę marne to pocieszenie... Ale dla większości ludzi, bo dla mnie może nie ogromne, choć spore, a przedewszystkim... wyjątkowe pokrzepienie, bo jednak jestem inny do reszty, nie widać mnie w składzie szarych bezmózgich mas, którymi zasypywane są Polskie ulice. Dobrze, wróćmy do definicji artysty moi drodzy.


Artysta według mojej opinii to osoba, która marnuje czas na robienie mało pożytecznych rzeczy, które tak właściwie nic nie wnoszą do życia przeciętnego obywatela, albowiem nie są niezbędne do egzystencji. Mimo, iż wielu z Was powie, że nie wyobraża sobie życia bez muzyki, ale gdyby jej zabrakło dalej byśmy żyli i cieszyli się, tak samo jak bez poezji, obrazów czy choćby moich marnych wypocin w tym odległym zakamarku internetu. Mało tego, wszystkie te rzeczy o których piszę tworzone są najczęściej w bólu i wysiłku, i tylko niewielka garstka ludzi potrafi to docenić.

Jest to iście zagmatwana, dziwna ścieżka, albowiem dokąd ona prowadzi? Do życia we własnym świecie, którego i tak oprócz artysty nikt nie zrozumie w dobie powszechnej pogoni za pieniądzem, pracoholizmem? Nie łatwo również określić który artysta zasługuje na szeroko pojęty sukces, bo to kwestia gustu. No właśnie, przedstawia się nam kolejne pytanie - co możemy nazwać sukcesem w sztuce? Wiele ludzi sądzi, że to zarobione pieniądze za swoją twórczość, niestety ale do mamony większość spraw się sprowadza. Więc wtedy gdy zarabia, to artysta przemienia się - no właśnie w kogo? W określony zawód jak muzyk, pisarz, czy malarz? Mało jest to jednak trafne, bo przecież są artyści wybitni, którzy za życia nie dorobili się żadnych bogactw. Analogicznie istnieją zresztą i tacy którzy pomimo iż są słabi, sprzedają się świetnie. Sława? Paradoksalnie często osiągają ją Ci, którzy są zwykłymi pozerami, a z tworzeniem nie mają nic wspólnego.


Pozostaje satysfakcja artysty, ale ile ma ona wspólnego z odbiorem zewnętrznym oraz weryfikacją przez odbiorców? Ja sam mogę twierdzić, że napisałem świetny tekst, a większość ludzi mnie za niego "zjedzie", jeszcze inny zhehjtują, a następni ocenią marnie. Zdarzało się tak niejednokrotnie i nigdy nie powstrzymało to mnie od tworzenia. Ba - wręcz przeciwnie, jeszcze bardziej napędzało. Po za tym, czym ta satysfakcja różni się od zjedzenia pysznej pizzy przy dobrym filmie, czy choćby dobrego sexu? Wszakże, z sexem ma ona tyle wspólnego, że ustaje z momentem zakończenia. Czasami na drugi dzień od prezentacji danego materiału, już ona znika i nie ma po niej śladu, ale właśnie wtedy tymbardziej pcha, by jak w moim przypadku znowu odpalić lapka i wylać swoje przemyślenia, diagnozy, czy stworzyć dobry materiał na ciekawy temat. Nie zrozumcie mnie źle - wydać książkę to wspaniałe uczucie, nagrać płytę napewno też, tyle, że ta bezcenna satysfakcja - ona skubana raczej długo nie potrwa. Minie jakiś krótki czas, a dziwny głód satysfakcji zmusza do stworzenia czegoś na nowo. I tak w kółko... Wiele ludzi mawia "czas to pieniądz", pomijając czy zgadzam się z tą zasadą czy też nie, ale wynika z tego frazesu iż tak wiele swojego czasu zmarnowałem i to nie tylko na pisanie tekstów na różnorakie stronki. Pisałem też również wiersze, opowiadania dla dzieci i dorosłych, wywiady, reportaże, montowałem filmiki, a kiedyś nawet nagrałem kawałek. Dużo na tym nie zarobiłem, mogłem w tym czasie robić coś innego, a mimo to nigdy tworzenia nie zaniechałem, a wręcz odwrotnie - jeszcze bardziej się motywowałem. Artyści wydają również książki, ale najczęściej aby ich chłonne marzenie doczekało się realizacji, muszą inwestować w proces wydawniczy duże pieniądze, a co dopiero tu mówić o zarabianiu. 
Cóż, logiki, czy rozwiązania w tym nie ma próżno nam szukać.

Sytuację pogarsza również fakt, iż w moim wypadku, nie ogranicza się tylko do tworzenia, ale także czerpania z "dzieł" poszczególnych artystów, i to płacąc za to srogą cenę. Bo ile wydawałem kasiory na książki w swoim życiu, czy choćby w samym poprzednim miesiącu? Co innego mógłbym za tę ilość pieniędzy zakupić? Oj chyba jednak nie chcę wiedzieć, choć z obranej drogi nie zrezygnuję, z całym jej społecznym dziwactwem.

Pojawia się automatycznie pytanie: Czy artysta spełniony jest artystą skończonym? Zdania napewno są podzielone, choć ja uważam że jest w tym dużo prawdy, albowiem dostając za swoja sztukę kasę, dany artysta zaczyna robić coś bardziej dla pieniędzy, niż z tej niezdefiniowanej potrzeby duszy. Po za tym, robienie pasji dla pieniędzy ma prawie zawsze demoralizujący wpływ na artystę, który szybko przemienia się w "dziada", choć to już temat na inny tekst.
Ponadto, skoro sztuki nie da się zjeść, wypić, czy ubrać to może powinna być ona bezpłatna?
Hm, sztuki też nie da się kupić na dobrą sprawę, sztukę trzeba czuć. Jaki zatem ma pożytek sztuka? Cóż, ewentualnie można wyrwać dziewczynę na sztukę, choć w dzisiejszych czasach to też sztuka.

Co jest więc wykładnikiem dobrej sztuki? Popularność w mediach, pieniądze, recenzje w niszowych mediach, ilość lajków na facebooku, wejść, czy może sama już długoletnia chęć tworzenia artysty? Co takiego sprawia, że dany materiał chcemy udostępnić na swojej tablicy, czy decydujemy się wydać 30 zł na nową płytę, mimo iż ten sam kawałek muzyczny mamy na YT za darmo?

Zastanawiając się na tym głębiej, to jeśli ktoś mi powie, iż jest artystą, albo ma duszę artysty to pomyślę o nim, że jest trochę dziwakiem, albo że ma zaburzenia psychiczne, bądź to jakieś nawiedzenie czy obłąkanie, albowiem człowiek - artysta z krwi i kości jest inny niż większość konsumpcyjnego, hedonistycznego, wygodnego społeczeństwa. Naprawdę, nie blefuję. Większość ludzi rano wstaje do pracy, zachrzania na budowie, w sklepie, drukarni czy urzędzie, podczas gdy artysta wierzy, iż ze swojego tworzenia będzie mógł utrzymać rodzinę, ewentualnie że da mu to sławę, czy zwolni z niewygodnych obowiązków takich jak właśnie praca. A gdy już go zwolni i na swojej sztuce zacznie zarabiać, to czy nie stanie się dziadem, degeneratem czy wręcz megalomańskim egoistą? Takich przypadków jest tysiące. Nie wspominając o niezależności, która wchodząc w meinstream medialny, chcąc zarabiać zawsze się traci. Z drugiej to strony tak sobie myślę - mój kolega Sebastian jest artystą z krwi i kości zarabiającym na swojej sztuce, a zarazem przedstawia się jako empatyczny i iście niesamowity człowiek. Moja dobra koleżanka Ewa - zawodowa wokalistka, którą jak czasami usłyszę to ciarki mi przechodzą, tak ładnie śpiewa i tym samym zarabia, a nie przeszkodził jej talent i artyzm w byciu "człowiekiem orkiestra" oraz codziennej pracy za nieduże pieniądze tak naprawdę. Reguły więc i na to nie ma, wszystko zależy od człowieka. No właśnie - z trzeciej to strony, czy bycie samo wokalistą to rodzaj artyzmu czy jednak już zawód? Owszem, nieco artystyczny, ale jednak zawód? Przecież, w tym wypadku się nie tworzy, a wykonuje gotowe już dzieło, wokal to już efekt końcowy dzieła, swoiste dopełnienie. Samo nasuwa się kolejne pytanie - czy w artyzmie niezbędne jest tworzenie, tak jak właśnie ja to uważam?

Kiedy miałem depresję i siedziałem nom toper w chacie odwiedzający mnie kolega mnie zapytał, co robiłem dzisiejszego dnia. Odpowiedziałem mu, że jestem wykończony albowiem pisałem bardzo długi tekst, w oparciu o konkretne naukowe źródła. Jego reakcja po własnie skończonej przez niego pracy, była conajmniej... no powiem Wam, że wzrokiem dał mi do zrozumienia iż jestem dziwny delikatnie mówiąc i z irytacją, oburzeniem w głosie oznajmił mi, że taka praca to nie praca... To on jest dopieroż zmęczony po swojej drugiej zmianie w fabryce, a ja? Cały dzień siedziałem w domu przed książką, laptopem... Cóż - ja jestem leniem, oprychem, nawiedzeńcem, ale za to przynajmniej nigdy mi się nie nudzi.

Myśląc ile mi daje tworzenie tego wszystkiego, to mam nieodparte wrażenie, iż żyje we własnym świecie baśni do tego z rodzajem nie groźnego, może nawet pozytywnego ale jednak nawiedzenia mózgowego, swoistego obłąkania, z dala od miasta, konsumpcjonizmu, i norm społecznych współczesnej cywilizacji.
W moim przekonaniu to samo się tyczy, każdego prawdziwego artysty. Na dobra sprawę, to mógłbym i zostać pustelnikiem, gdybym miał dobre warunki do tworzenia, a moje dzieła miał by kto odczuwać, czytać czy słuchać. Bo nie mówię tego tylko w kontekście mojego pisania, ale bardzo ogólnie - w moim pociągu niczym magnez do stali, do szeroko pojętego tworzenia. Przecież tworzyłem już tak wiele rzeczy. Wyznam Wam czytelnicy, że np. przez ostatnie pół roku, tak bardzo pokochałem śpiewać, że z niecierpliwością czekam aż wrócę na swoje Karaoke i znowu walnę moje kultowe 12 groszy, mimo iż śpiewać kompletnie nie umiem. Więc po co to wszystko? No właśnie w tym rzecz, że nie tylko dla zabawy. Po to, bo kocham tworzyć, wyrażać tym samym siebie, tu nie chodzi zabawę, choć tę i oczywiście lubię, ale ona raczej wychodzi sama z siebie. Zresztą zostając przy samej muzyce, to za sprawą przyjaciółki moja świadomość muzyczna, oraz pewnego rodzaju wyćwiczenie wokalne uległo znacznej poprawie, w związku z tym już nie tylko słuchanie ale także śpiewanie weszło mi w krew, bo ludzie nie tylko że nie rzucają we mnie kuflami gdy śpiewam, ale nawet nie wychodzą z danego budynku... ;)

Swego czasu, przeraziła mnie ta myśl o tym całym moim uzależnieniu do tworzenia na tyle, iż myślałem o oderwaniu się od tego wszystkiego, a zajęcia się tym, co w wolnym czasie robi większość ludzi. W efekcie tychże wątpliwości, nawet powiedziałem koleżance, iż zamykam tego bloga, było więc dość groźnie. Myśl ta była autentyczna, jednak nic na to nie poradzę, że nie nie chcę, nie umiem i nie będę jak reszta społeczeństwa. Gardzę egoizmem, pozerstwem, pychą, bufonadą, karierowiczami czy wirusem konsumpcjonizmu. Naprawdę, to dla mnie bardzo ważne i wychodzi prosto ze środka mego serca. Inni natomiast wolą się iść napić do klubu, pubu, albo ogólnie pić co weekendy, gdy tylko mają odrobinę wolnego czasu powielając ten sam schemat, wrzucić swoje fotki na snap czata, następnie wrócić do domu i z tą samą pustką w głowie leczyć kaca, a ja wolę tutaj tę garstkę swojego nawiedzenia, swoistego defektu mózgowego zostawić po sobie i związku z tym stworzyć np. nowy tekst, z kolejnymi myślami, rozterkami, czy przeżyciami młodego/starego Polaka. Dobitnie przekonali się o tym moi znajomi, którym odmówiłem wyjścia na imprezę już nie raz, bo przecież np. tekst sam się nie napiszę, a książka sama się nie przeczyta. Wolę załączyć lapka i ze słuchawkami w uszach oddawać się rytuałowi słuchania muzyki pochłaniając każdy jej szczegół, dźwięk, instrument wyrażając przez to swoje emocje. Autentycznie, to jest dla mnie jak poezja. Bardziej mi odpowiada książka, wiedza czy choćby ciekawa konstruktywna rozmowa niż ciągłe szukanie hedonistycznych rządz śmiechu z byle czego. W ostateczności mogę myśleć, rozkminiać, w końcu myślę - więc jestem.

No właśnie kim zatem jestem? Jestem Grzesiem, takim trochę dziwnym, bo innym jak większość współczesnego społeczeństwa ale z drugiej strony kimś, kto rzeczywiście ma chyba duszę artysty, choć za artystę zdecydowanie się nie uważam. I kolejna rzecz która jest pewna - nie zrozumie tego nikt, kto nie jest obłąkany (pozytywnie obłąkany ale jednak) - czyli nie jest artystą.


Zachęcam do komentowania oraz pozdrawiam wszystkich chrześcijan i patriotów.
Pan Gie.


                                                       Podobał Ci się mój artykuł? Polub i wesprzyj mnie.


poniedziałek, 6 marca 2017

Czym dla Ciebie jest wiara chrześcijańska? Refleksje na czas wielkiego postu.

Wczoraj usłyszałem takie oto śmieszne zdanie od pewnej osoby "post to ja mam w sercu, a nie! Podgłoś i lej". Jak to usłyszałem, to osłupiałem. Po chwili myślałem, że ją zabiję śmiechem...Obraziła się... Cóż, ja przeżyję ale ona może przyjdzie po rozum do tej pustej (jak narazie) głowy i zastanowi się jaką głupotę powiedziała... Ja natomiast, właśnie podpisałem oficjalnie zobowiązanie do abstynencji alkoholowej na czas wielkiego postu, a kto wie czy nie na jeszcze dłużej...Trzeba postawić na wartości i zasady, bo zawsze w poświęceniu rodzą się największe rzeczy. Nie ma się czym chwalić - wiem, to moja sprawa prywatna, ale niech znajomki wiedzą, że wszelkie próby wyciągnięcia mnie na browara możecie odpuścić, bo to się nikomu nie uda ;).

W czasie postu za to, każdej osobie wierzącej polecam pracę nad Sobą, swoim charakterem, liczne refleksje, oraz podjęcie postanowienia wielkopostnego. Dla nas chrześcijan, czas wielkiego postu powinien być odnową duchowo - moralną, oczekiwaniem na najważniejsze dla nas święta. Ale czy naprawdę dla wszystkich chrześcijan jest? A może w dobie współczesności uduchowienie, to już w ogóle chore zacofanie i moheryzm, a jak już wierzyć w Boga to w taki sposób, aby był nam wygodny tzn: "Post to ja mam w sercu"?. Dalej robić to, na co się ma ochotę, niczym hedoniści nie zważając na nic, tak? Tacy z Was chrześcijanie? Cóż, Hipokryzja i zakłamanie ludzkie nie znają granic, a powszechny upadek wartości i zasad widzę i mnie mierzi, brzydzi i odrzuca... Minie jednak jakiś czas, a faryzeusze przyjdą do Kościoła, prosić o rozwiązanie problemu, o pomoc i wsparcie do Boga, w imię porzekadła: "Jak trwoga to do Boga". Oj nie zdziwcie się obłudnicy, teraz żyjecie w kategoriach "Róbta co chceta" ale dla każdego z Was godzina nadejdzie. Przed Bogiem jednak nic nie zataicie, Boga nie oszukacie hipokryci - jacy to Wy niby silni psychicznie jesteście bo zwykłe chamy z Was, nie przypozujecie pozerzy jakimiś snap czatami i innymi chłamami gdzie pokazujecie swoje dupy, nowe buciki, torebki i swoje sweet melanże na których nagle wszystkich kochacie... Ja taki nie jestem i najdelikatniej mówiąc mierzi mnie obłuda, ale pamiętajcie - nie znacie dnia ani godziny, a przed Bogiem nie będzie tłumaczenia...

Ps - skończcie z tym "nawet jednego się ze mną nie napijesz" bo dopiero na początku, ale robi się to już poprostu kurwa nudne...

Pozdrawiam wszystkich chrześcijan i patriotów.

czwartek, 2 marca 2017

Radosław Kałużny. Powrót Taty. Autobiografia- recenzja książki.


Długo zbierałem się do napisania recenzji tego dzieła. Bynajamniej nie dlatego, że jest słabe, a dokładnie odwrotnie - książka ta, jest tak dobra, że nie wiem szczerze mówiąc od czego zacząć i co w niej wyróżnić, albowiem nie chce by recenzja była zbyt długa. Rzeczą oczywistą jest, że człowiek pracuje - a to zmęczenie, a to swoje rozterki, a to multum innych obowiązków których się podjąłem. Wszystko to powoduje, że natchnienie do pisania nie zawsze jest tak mocne jakbym tego oczekiwał, ale cóż... Niczym bohater recenzowanej książki - nie ważna jest forma, a to ile z Siebie dajesz! ;) Jak będzie słabo napisane to trudno, ale dam z Siebie tyle ile mogę. Dobra, przynajmniej wstęp już mam, no to jedziemy.

"Radosław Kałużny - powrót Taty" to książka, która opowiada losy jednego z najbardziej znanych piłkarzy reprezentacji piłkarskiej Jerzego Engela. Zakup tej książki obiecywałem sobie od dawna, w planach pierwszeństwo miała jednak autobiografia innego piłkarza - Igora Sypniewskiego pt: "Zasypany". Gdy jednak wszedłem do empiku w kieleckiej Galerii Echo, chwilę poczytałem fragmenty czytadła o życiu Radka, to od razu je wziąłem, nie zastanawiając się, że w tym czasie mój budżet średnio pozwalał mi na książkę. Ale co tam ja sobie z tego robiłem, zostałem już wkręcony na dobre, było już za późno... Niech ten właśnie fakt, zilustruję Wam czym była dla mnie ta książka, moi czytelnicy.

Odnośnie łatwości pochłaniania, stylistyki to ową książkę czyta się szybko, albowiem napisana jest zrozumiałym i łatwo wchodzącym do głowy dość luźnym stylem, przez co przeczytanie raczej nie zabierze Wam wiele czasu. Mi wystarczył jeden wieczór. No ale wszystko po kolei.

Z omawianej autobiografii dowiadujemy się, że życie Radka nie było usłane różami. To bardziej historia człowieka, który mimo, że swego czasu praktycznie był na szczycie, to rozmaite rozterki nigdy go nie opuszczały. Zacznijmy od domu rodzinnego Radka i patologi które go otaczały. Chłonąc ten fragment publikacji Mateusza Karonia, mocno przypominało mi to moją sytuację rodzinną. Ale czy tak samo jak u mnie - czy te rozterki domu rodzinnego, nie ukierunkowały Radku twojego życia? Uciekałeś z domu, przeżywałeś, cierpiałeś, uliczne klimaty nie są Ci obce... Wiem o czym mówisz, znam z autopsji, a nie z kina. Ale czy gdyby nie te ciężkie, traumatyczne doświadczenia - (okej, gdyby nie te napewno przeżył byś inne) ale czy tak bardzo poznał byś Siebie? Czy został byś piłkarzem? Czy miał byś taki charakter jaki właśnie masz, a może byś był jakimś zwykłym lamusem, pierdołą czy bananowcem? Dobra, przyjmijmy - poszedł byś np. w boks, gdyby twój Tata miał normalne podejście do Ciebie. Tylko pytanie zasadnicze - czy w boksie osiągnął byś to, co osiągnąłeś w piłce? Wiem, że gdybać można w nieskończoność, a gdyby babka miała wąsy była dziadkiem. Pomimo, że to kwestie cholernie wrażliwe i ciężkie, to ja widzę w tym sens, w tych wszystkich twoich przykrościach rodzinnych które opowiadasz Drogi Radosławie. Jeśli teraz Radek ma dobre kontakty z ojcem i sądzi tak samo jak ja, to myślę, że powinien też mu o tym powiedzieć, że gdyby nie to wszystko - nie został by tym, kim został.
To jest jak z kwiatem - te najpiękniejsze, rosną na największym gównie, każdy ogrodnik to wie! 

Czytając tę autobiografię subtelnie, ale zarazem brutalnie przenosimy się do szatni Zagłębia Lubin, Wisły Kraków, Energie Cottbus czy Bayeru Leverkusen, poznając kulisy funkcjonowania klubów piłkarskich. Napisałem subtelnie, albowiem obraz medialny piłki nożnej, a ten prawdziwy od kuchni o którym opowiada nam Radosław, to dwa zupełnie inne światy...


"Wszystko co wiedział byś o piłce gdyby Cię nie oszukiwano" to natomiast książka Grzegorza Szamotulskiego, który w zasadzie również opisuje to samo zjawisko co Radek Kałużny. Ten frazes, jak najbardziej słuszny, w całej swojej brutalności, wynika zgodnie ze wszystkich dzieł opisujących przygody życiowe polskich piłkarzy, które ostatnio czytam. Konsekwencją tego, jest m.in moja teza, że świat piłkarski (przynajmniej w tamtych latach) to świat chamstwa, zdziczenia, zakrapianych melanży, a w zasadzie to alkoholizmu, a nawet i terroru. Piłka nożna i profesjonalizm? Pffff... Sportowcy dbają o dietę? - A czy są w tej bajce smoki? Piłkarze to inteligentni ludzie? - Nie wolno generalizować, ale często niestety prostactwo przez duże P.
"Dariusz Lewandowski - typowy polski cham" zrobił sobie ze mnie tragarza..." To jeszcze ujdzie w tłoku, ale np. "Jak nasz bramkarz Krzysiek Koszarki przywalił mi w dupsko, pękała skóra i tryskała krew". Mi natomiast jak to czytam krzepnie krew w żyłach, a oczy wyłażą z orbit. Bo gdzie jako małolat spodziewał bym się, że połowa polskich piłkarzy to zwykłe prymitywy? Niestety, żyłem w micie profesjonalnego sportu...
     
To co Radosław wyraźnie przekazał w swojej książce, a co dla mnie słabe to jest to, że aby zostać piłkarzem, musiałeś stać się taki sam jak reszta towarzystwa - pić na potęgę i udawać prostaka w zasadzie (tak to trzeba nazwać) aby móc się "wbić" w drużynę i mieć jakąkolwiek pozycję. Nawet jeśli masz talent, a nie za specjalne umiejętności socjalizacyjne w drużynie, gówno osiągniesz i tu nie chodzi mi, o introwertyczność, czy nawet o tzw. "niedojebanie mózgowe". Chodzi mi oto, że chcąc grać w piłkę musisz się bezwzględnie podporządkować często dziwnym zasadom niczym grypsera w kryminale, bez względu na to, czy jesteś dobry w tym co robisz, czy też nie. Umiejętności, talent nie są głównym wykładnikiem twojego sukcesu...
Taki smutny morał z tego co opowiada Radek, który mimo, że sam miał niewyparzoną buzię, cechowała go wyraźnie agresja, boiskowy zabijaka, to da się odkryć, że w głębi duszy to pod tym całym płaszczem, kryje się również wrażliwa istota, skrzywdzona przez równie brutalnego dla niego Ojca. Czytając te opisy życia piłkarskiego Radka, wcale się nie dziwię Igorowi Sypniewskiemu, iż dał się wciągnąć w nałogi, oraz traumy psychiczne. Bez kitu, sam nie wiem czy mnie by to nie dopadało, a do piłkarza co prawda dawno temu, ale też się troszkę przecież przymierzałem. Nigdy nie byłem też grzecznym, spokojnym chłopcem i cały czas, włącznie z czasem obecnym szukałem wrażeń, a mimo wszystko ekscesy opisane w książce wydają mi się przesadą. Dla odmiany, główny bohater książki po czasie wyznaje, że miały one też sporo zalet, a przedewszystkim uczyły pokory. Cóż, przeczytacie książkę, a zdanie sobie wyrobicie sami.
Kolejna moja refleksja (spokojnie, już ostatnia) wynikająca z omawianego czytadła w tym aspekcie, to utwierdzenie w przekonaniu, jak bardzo demoralizujące jest to, jak zarabiamy duże pieniądze, które są nie adekwatne do naszego wysiłku.



Jeden z najbardziej ciekawych momentów w książce jak dla mnie, to opis kadry Jerzego Engela. Miałem już okazję pisać, że to właśnie Ci piłkarze reprezentacji Polski z pokolenia Radosława Kałużnego, byli moimi idolami lat młodzieńczych, a mundialem w Korei i Japonii, tamtą naszą kadrą zacząłem się w zasadzie interesować na dobre, albowiem była to legendarna kadra, która po 16 latach awansowała do wielkiego turnieju! To oni przecierali szlaki dzisiejszym reprezentacjom, uczyli się podchodzenia do wielkiego turnieju i to od tego właśnie czasu gramy w miarę regularnie na wielkich turniejach, dlatego to chłopakom z tamtej kadry należy się największy hołd moim zdaniem. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, iż kadra piłkarska Jerzego Engela była ojcem chrzestnym wszystkich, późniejszych reprezentacji piłkarskich. Poniżej, wrzucam Wam mój tekst na ten temat, napisany dla Koroniarzy.pl.

Popularny "Tato" rozwiewa kulisy eliminacji do mundialu Koreańsko - Japońskiego od środka, odkrywa karty samego turnieju, oraz odpowiada na pytania które mnie osobiście bardzo intrygują i ciekawią, choć od tego wydarzenia minęła już przecież dekada...
Pamiętam, jak dochodziły wtedy słuchy, że to piłkarze grali słabo na tamtym turnieju, bo robili na złość trenerowi Engelowi w zemście za brak powołania dla wodzireja grupy - Tomasza Iwana.
Tak twierdził np. i mój tata, natomiast z książki Radka, wynika iż na ten wynik składało się szereg innych czynników, mniej i bardziej powszechnie znanych. Jakich? O tym Wam pisał nie będę. Przeczytajcie książkę i przekonajcie się sami!



















Drugim aspektem, dla mnie osobiście bardzo ciekawym były kulisy szatni Energie Cottbus i przede wszystkim Bayeru Leverkusen. Jeśli chodzi o Energie to będąc dzieckiem bardzo im kibicowałem. Przez lata na lekcjach WF-u, grałem w koszulce właśnie tego klubu, a dokładnie piłkarza - Vasilie Miriuty. Dopiero po latach, mogę poczytać, co to naprawdę był za zespół, oczami Radosława Kałużnego - ówcześnie czołowej postaci tego zespołu.
Po drugie tak się złożyło, że następny na liście mojego młodzieńczego "sfanatyzowania" klubowego że tak to nazwę, był właśnie... Bayer Leverkusen ze względu na Jacka Krzynówka, który był czołową postacią tego zespołu. Co najbardziej mnie jednak zaskoczyło to jest to, jak wyglądała sytuacja Radka w tym klubie...
Z omawianej książki wynika, że Radek miał zarówno dość wysoką pozycje nie tylko wśród piłkarzy - w tym takich asów jak np. reprezentanci Niemiec - Olivier Neuville czy Bernd Schneider, ale także u samego Klausa Aughentalera który nie zbyt często wystawiał Radka, ale głównie dlatego, że w obronie i na defensywnej pomocy nie miał z kogo zrezygnować, albowiem byli to sami reprezentanci - Niemiec, Brazylii czy Argentyny. W "polskich" mediach natomiast, informowano jak to Radosław nie ma pozycji w Leverkusen za grosz, a rzekomo Augenthaler nie ufa polskim piłkarzom, a to poprzedni trener Bayeru wyróżniał naszego piłkarza na tyle, że wystawiał go na najważniejsze mecze ligi mistrzów... Czytając omawiane dzieło, okazuję się, że było zupełnie odwrotnie... I tak właśnie, dobrze pamiętam, że gdy Aptekarze grali w Kijowie z Dynamem w Lidze Mistrzów. Wtedy to Radosław podobno miał miejsce w meczowej 18- nastce z dużą szansą na grę i zarezerwowany już pokój w hotelu. Popularny "Tato" pomimo tego wybrał testy 2 ligowym, ba - walczącym o utrzymanie Rot Weiss Essen, czym podobno zaskoczył wszystkich w Leverkusen, w tym samego Augenthalera. Ile w tym było prawdy, Radku?
Znając ówczesne działania wokół "aptekarzy", wiem co i mówię i stwierdzam, że porównując rzeczywistość opisywaną w książce i tę medialną mamy porównanie niczym telewizor marki Sony i "Made in China" - Sonyx... Niby podobne nazwy, a jednak w jakości działania całkowicie inne. Kończąc ten fragment recenzji, napiszę swoje stwierdzenie iż wydaje mi się, że chyba przejście do Rot Weiss Essen, to był jednak błąd ze strony Radka, biorąc pod uwagę, że w czasie przerwy zimowej, Bayer utracił większości podstawowych obrońców na skutek - kontuzji bądź odejścia. Rouqe Junior, Jens Nowotny, Tedy Lucic - oni wszyscy już byli niedostępni. W końcu w meczu z 1/16 finału Ligi Mistrzów, z Liverpoolem musiał zagrać młody, niedoświadczony, z do tej pory raczej najsłabszą pozycją wśród stoperów - Jan Ingwer Callsen - Bracker. Założę się, że gdyby Radek zaryzykował i został to właśnie on tworzył by parę stoperów Bayeru Leverkusen obok Juana, w 1/16 finału Ligi Mistrzów, będąc pewnym punktem zespołu. Może wówczas, Jerzy Dudek strzegący bramki Liverpoolu musiał by się więcej martwić o wynik meczu?


Z dużą też ciekawością czytałem perypetie kadry Pawła Janasa, w tym zaskakiwać mogło co by nie było - ale brak chęci Radosława do przyjazdu na kadrę. Bądź co bądź, ale gra w kadrze jest wielkim zaszczytem i swoistym wyrazem patriotyzmu. Jak możemy dowiedzieć się z książki, Radek nie zawsze podchodził to tego aspektu w ten sposób. I pomyśleć, że w takich okolicznościach, paradoksalnie w meczu z Austrią w 2004 roku Radosław Kałużny strzelił ważną bramkę, do dziś pamiętam - jak bardzo się wtedy zaskoczyłem. Bo kto jak kto, ale takie "wyjście awaryjne", jak Kałużny? Cóż, życie Radosława, to wielka nieustanna podróż, ciągłe wzloty i upadki.


Z aspektów negatywnych, słabo i to bardzo oceniam zachowania Radka w stosunku do swojej drugiej żony. Wygląda to trochę tak, jakby Radek potrzebował żony, gdy była mu potrzebna (człowiek naturalnie potrzebuje miłości). Gdy zaś, na horyzoncie pojawił się ktoś inny (owszem słabość i sprawy "chemiczno - sercowe" ale to w porę się urywa kontakt aby nie kusiło, samą wolą działania się postępuje) to Radek zostawił Jannette (która przecież domyślam się - że napewno ogarnęła Radka z "traumy" spowodowanej stratą pierwszej wybranki) i odszedł do innej, w zasadzie gdy już nie potrzebował Jamette aż tak przy Sobie, bo miał już kim odpowiednim zastąpić. Czyż, nie jest w tym ziarnko prawdy?
Jeśli tak, to trochę słabo to wygląda, egoistycznie. Nie mniej jednak, jestem w stanie rozumieć chłopa. Na obronę Radka, także działa fakt, że on sam zdaję sobie sprawę z tej patowej sytuacji, co dał wyraz w swojej książce. Skruszony przeprosił i według mnie to jest naprawdę piękne. Powoduje to, że ta książka, jest taka osobista, a zarazem szczera i prawdziwa, nie koloryzowana pod dobry wizerunek byłego piłkarza.
Czytadło ma prawdopodobnie wartość autoterapeutyczną dla Radka, a zarazem to wyrzucenie czegoś z Siebie, co pewnie tkwiło w sercu latami. Do tej krytyki postawy Radosława muszę oczywiście dodać, że nigdy sami nie wiemy jakbyśmy się zachowali na miejscu naszego bohatera. Prawda jest taka, że np. ja sam kiedyś postąpiłem bardzo podobnie, tyle że nie żoną, a poprostu z dziewczyną. Oceniając jakąkolwiek postawę, element empatii musi być żywy, pamiętajcie!

Napisałem o negatywach, więc pora na pozytywy, a zarazem na podsumowanie książki i postawy Radka. Puentą, a zarazem najpiękniejszym aspektem który z którym Radek dzieli się z czytelnikiem, to jest wyznanie, iż teraz pracuję jak każdy normalny człowiek (w sumie nie tylko normalny, ale także cholernie wytrzymały i silny) ... na budowie, a wcześniej tyrając w Anglii na magazynie.
Życie Radka, to wielka nieustanna podróż, tym razem nie tylko do Korei, czy Niemiec ale wyprawa w każdy zakątek ludzkiego życia. Szczyty sławy, prestiż, rozmaite kontakty, multum pieniędzy.
Z drugiej zaś strony - wzloty, upadki, niedomówienia, łzy, znaki zapytania, kłótnie w rodzinie, konflikty od rana, samobójstwo, melancholia, życie na krawędzi... Ale czy w tym wszystkim, Radosław wygrał swoje życie, tak jako człowiek? Moim zdaniem owszem i historia tego człowieka, przypomina mi trochę filmowego Rockiego Balboę. Kałużny to wielki fighter, a zarazem też mędrzec, albowiem stanął w prawdzie przed samym Sobą i zrobił to co większość na jego miejscu nigdy by nie potrafiła - wyrzucił pychę do kosza, stał się prawdziwym człowiekiem, znającym życie z każdej strony. To dla mnie osobiście inspirujące, choć widzę całe mnóstwo analogi mojego życia i życia Radosława. Ale jednocześnie uważam, że mało kto umiał by mieć na tyle siły charakteru, aby pogodzić się z tym, iż po tym jak występował w Korei z tamtą legendarną drużyną, tworzył parę stoperów - z mistrzem świata brazylijczykiem - Roque Juniorem, Diego Placente czy Jensem Nowotnym, a dziś zapieprza całe dnie fizycznie jak tur i to w dodatku dla osób które szczerze kocha. W książce czuć ogromne natężenie miłości do rodziny. I tak popularny "Kałuża" pracuje na mrozie i w upałach na budowie, podczas gdy jego przyjaciele z kadry komentują mecze w Canal plus, oraz są cenionymi w Polsce trenerami. Kontrastująca rzeczywistość kumpli z mundialu, wybiera jednak Radka na zwycięzcę własnego życia, a nie tylko swoich rozterek, albowiem uczyniło to z byłego piłkarza prawdziwego człowieka. Napewno lepszego i mądrzejszego, niż był za czasów kariery piłkarskiej, choć Kałuża pewnie dalej został "kozaczkiem". Ze słabościami się bowiem walczy i wygrywa, swojej natury się jednak nie zmienia. I tego Radosławie Tobie życzę - byś dalej pozostał człowiekiem, w każdej sytuacji życiowej, albowiem - sława, pieniądze, zaszczyty - wszystko to jest niczym i przemija. Nic na ten świat nie przynieśliśmy i odchodząc stąd niczego też wynieść nie możemy. Niczego, oprócz tego co mamy w sercu. Miłość, zasady, szacunek, oddanie czy poświęcenie - tego nie kupi się za żadne pieniądze i tylko to jest wykładnikiem prawdziwej wartości ludzkiej. Książka ta, to fascynująca podróż w czasie, która doskonale ukazuje prawdziwość tej tezy, choć jestem również zdania, iż Radosław jeszcze wróci do sportu jako ceniony trener, może komentator czego mu z całego serca życzę.



Pozdrawiam wszystkich chrześcijan i patriotów oraz... Radosława Kałużnego! ;)