piątek, 3 listopada 2017

Ty tylko mnie poprowadź, Tobie powierzam mą drogę...

"Ty tylko mnie poprowadź... Tobie powierzam mą drogę... Ty tylko mnie poprowadź Panie mój" - parę miesięcy temu, gdy usłyszałem tę piękną pieśń w Kościele, nogi mi się ugięły, a ciarki przeszły mi po całym ciele ze swoistego ukojenia serca i napełnienia pokorą poprzez słowa tego pięknego utworu, który towarzyszy mi przez całe życie.

Nie minęło 12 godzin, a wyszedłem na dwór mówiąc dokładnie tak: "pierdole całą instytucję Kościoła Katolickiego i całe chrześcijaństwo". Hipokryzja z mojej strony? Cóż, byłem tak bardzo pogniewany na Boga, że doświadczył mnie bardzo bolesnym i niewdzięcznym doświadczeniem, bo jak on mógł dopuścić, że pewien człowiek tak mnie mógł mocno skrzywdzić? Mnie? „Który, choć nie sumienny, ale zawsze stoję na straży wspólnoty Kościoła i ewangelii, a wiara w Boga towarzyszy mi całe życie, tyle modlitw, próśb i trwania przy Bogu niezależnie od okoliczności. To, ta cała wiara, ona jest bujdą i nie ma sensu” - takie nachodziły mnie myśli. Płakałem w duszy jak pies, ale musiałem grać dobrą minę do złej gry, dusząc w sobie różne złe uczucia, emocje i żal.

Przypadkowo jednak spotkałem jednak na swej drodze człowieka, który znając mnie, zauważył, że coś leży mi na sercu i podjął ze mną dyskusje o Bogu oraz zainstniałej sytuacji. Serdecznie mu za to dziękuje, bo poprzez właśnie jego osobę Bóg dał mi odpowiedź na wiele pytań.
Jego słowa, działały na mnie jak okład na ranę, ale musiało jeszcze minąć parę dni, żebym zrozumiał jego słowa, że nie mogę winić Boga, za czyjeś niewłaściwie postępowanie, albowiem każdy z nas jest wolną istotą. Ale zastanówmy się ileż to razy my ludzie, odchodzimy od Boga, Kościoła bo nie możemy zrozumieć skąd biorą się choroby, cierpienia i wojny? Bo nie możemy pojąć, iż pieniążki z nieba od Boga nam nie spadną? A może skoro sprawcą wszelkiego zła i przeciwnikiem Boga jest szatan, to czemu Bóg który jest wszechmogący, go nie rozwali? Ciężkie pytanie, choć wydaje mi się, że każdego z nas nadeszły kiedyś takie rozkminy.

No właśnie, ciężkie to pytania, ale zaprawdę zapewniam Was, że odpowiedź na nie jest banalnie prosta. Mianowicie - Bóg z miłości do człowieka, dał mu wolną wolę aby każdy z nas mógł wybrać miedzy dobrem i złem. Jeżeli byśmy nie mieli wyboru, miłość nie mogła by istnieć, albowiem musi być ona dobrowolnym wyborem człowieka, nie ma pojęcia miłości „zaprogramowanej” no chyba, że zamienimy się w jakiś cyborgów ale i wtedy grozi widmo wirusa 😛 To my ludzie odpowiadamy za swoje postępowanie i swój los i nie możemy winić Boga, za nasze dobrowolne wybrane drogi życiowe, a Bóg też nikomu się nie narzuca. No właśnie, narzuca się więc pytanie automatycznie - skoro jestem nie sumienny w uczęszczaniu na mszę świętą, to na jakim prawem oczekuje ochrony przez różnymi przypadkami? Moc sakramentalna jest naturalną ochroną człowieka, daną ludzkości od samego stwórcy, korzystajcie z tego moi czytelnicy!


„Miej z sobie te ufność nie lękaj się… Ty tylko mnie poprowadź, Tobie powierzam mą drogę Panie mój…” tak modlę się tymi słowami i zrozumiałem je na nowo. Pomimo wszelkich kłopotów, przeciwności i zranień które mnie czekają, poprowadź mnie Jezu w mojej własnej drodze życia i daj mi siłę, abym zawsze był przy Tobie, aby nigdy nie brakło mi siły, by omijały mnie toksyczne znajomości, a otaczali mnie ludzie wartościowi, abym umiał wybaczać tym którzy mnie zranili i koniec końców, abym kiedyś obudził się przy Tobie i cieszył się radością, której na ziemi nie sposób poznać, bo przecież na radość życia wiecznego warto czekać i nawet męczyć się całe ziemskie życie. Ja po prostu całkowicie Tobie powierzam mą niełatwą ziemską drogę, Panie mój.

Pozdrawiam wszystkich chrześcijan i patriotów.



Czym tak naprawdę jest Halloween?

Parę słów na temat Halloween i nie będę się rozwodził na tym, że święta chrześcijańskie odpowiadają w kalendarzu pradawnym świętom pogańskim, obchodzonym przez dawnych Słowian,(dziady) ale nad wymiarem duchowym, pozamaterialnym, obchodzonego święta - satanistycznym Halloween/ wszystkich świętych, dzień zaduszny - które jest jednym z najważniejszych świąt chrześcijańskich i dotyczy nas wszystkich, albowiem wszyscy kiedyś umrzemy i będziemy potrzebowali pomocy naszych bliskich żyjących jeszcze na ziemi. Pamiętajcie chrześcijanie - nasze życie na ziemi się nie kończy, a świat po za materialny naszpikowany jest symboliką, znakami, o których często my ludzie, nie mamy pojęcia to oznaczają, narażając nas na ogromne niebezpieczeństwo. Wiecie np. jakie biblijne określenie ma Belzebub? Władca much, tak samo jak popularna kreskówka dla dorosłych, w której ku waszemu śmiechowi - również roi się od symboliki okultystycznej.

Czym więc jest Halloween? Zdaniem uczonych Kościoła, oraz moim również, niczym innym jak serwowaniem satanistycznych rytuałów w uproszczonej, szczątkowej i pseudo zabawowej formie, które dzieci są zarażane już od najmłodszych lat. Wywodzi się z celtyckiego święta ku czci Boga śmierci, duchów oraz demonów - Samhaina.

Założyciel Kościoła szatana - Szandor La Vey mówił i pisał w swoich książkach, że noc Walpurgii oraz Halloween to najważniejsze święta dla wszystkich satanistów różnych odmian, jak i wyznawców swego Kościoła. Jak sam pisał Halloween - pochodzi z czasów druidów, ale "w Szkocji święto to połączono z okresem, w którym duchy zmarłych, demony, czarownice mają szczególną moc i są szczególnie aktywne" - pisał La Vey w Biblii szatana. Owszem, miał rację - mówią uczeni, w tym O. Aleksander Posacki. Dzieje się tak, jeżeli będą przywoływane, znajdą się w polu zainteresowania, dokładnie tak, jak dzieje się to 1 listopada, czy w nocy z 31 października na 1 listopada.

Pomimo, iż La Vey deklarował, iż nie dokonał żadnej ofiary z ludzi, to znane są świadectwa byłych satanistów nawróconych na chrześcijaństwo, iż w owym dniu są składane ofiary rytualne z małych dzieci – noworodków najczęściej, spłodzonych dokładnie do tego celu, urodzone przez kobiety z grup satanistycznych. Wiadomo to, ze świadectw nie tylko świadków, ale także ludzi którzy to praktykowali i się nawrócili na chrzescijaństwo, a La Vey był kapłanem szatańskiego rytuału. Zresztą ofiary z dzieci są dosyć powszechne w odwiecznej tradycji satanizmu, który pod różnymi formami istnieje praktycznie od zawsze. W tą noc, satanistycznego charakteru nabiera także śmiertelny grzech aborcji, wszakże nie tylko jest grzechem przeciwko piątemu przykazaniu, ale także pierwszemu przykazaniu Dekalogu (taka jest ranga teologiczna satanizmu) który jest grzechem większej rangi, ściągąjącym biblijne "przekleństwo" na każdego, kto dopuszcza się podobnych potworności. Wspomniani sataniści łączą te zbrodnie w Halloween z celebracją tzw: czarnych mszy i rytuału orgii seksualnych, związanych z inicjacyjnym zjednoczeniem się z demonami.

Halloween jest oswajaniem dzieci z satanizmem i "czarnym światem" który istnieje w realnie istniejącym piekle, zresztą nie przypadkowo dzieci przebierają się wtedy właśnie w diabły (to tak jak przebieranie się Hitlera i wszystkie okropności i zło świata, albowiem każde zło pochodzi od szatana) i różne inne symbole typowo satanistyczne, o których często ludzie nie mają pojęcia, bo wiedza z tej dziedziny jest znikoma, a dla tych którzy ją posiadają i zdają sobie sprawę z powagi sytuacji, jak pisałem u góry – dobiera się łatkę oszołomów i nawiedzeńców, moherów itp.
Warto też wspomnieć słowa świętego Ojca Pio bodajże, który mając swoje wizje oraz widząc świat pozamaterialny, powiedział, że gdyby demony były widzialne ludzkim okiem, przyćmiły by na ziemi całkowicie światło słoneczne swą ciemnością, albowiem tak dużo błąka się ich po świecie.

_myśli młodego Polaka <Y>____________________

Jak wspominałem długo mógłbym się rozwodzić, a owa tematyka jest mi dobrze przestudiowana i to nie tylko od strony Kościoła katolickiego - pojęcie satanizmu, masonerii, wszelkiej demonologi, wizji piekieł, życia pozagrobowego, klątw, apokalipsy i wielu innych tym podobnych tematów. Szczerze mówiąc boje się pisać o tym szczegółowo na mojej stronie internetowej, albowiem są to tematy niebezpieczne, z drugiej zaś strony wiedza ludzi o takich sprawach powinna być na tyle duża, żeby ludzie zdawali sobie sprawę z zagrożeń jakie czekają na nas w tym ziemskim świecie. Zachęcam więc Was do refleksji nad tą trudną, ale jakże ważną tematyką, ważnym elementem wiary chrześcijańskiej, co stwierdził już papież Paweł VI w konferencji z 15.11.1972r. Więc ja nie plotę Wam żadnych głupot, ale wszystko to, co jest stanowiskiem Kościoła, więc uprzedzam - wszelkie hejty które się pojawią, są hejtami w stronę wiary chrześcijańskiej, nie zaś moim.

Pozdrawiam wszystkich chrześcijan i patriotów.
Pan Gie - Mysli Młodego Polaka <y>


poniedziałek, 9 października 2017

Autor bloga Pan Gie redaktorem naczelnym portalu STsport.pl!

Drodzy Czytelnicy.... Informacja odnośnie portalu i mojej publicystyki.

Prawdą jest, że ostatnio nieco zaniechałem prowadzenia mojej stronki (co widać także po waszej niskiej aktywności) nie znaczy to jednak, iż z pasji publicystycznej zrezygnowałem, wręcz odwrotnie. Mianowicie, zostałem redaktorem naczelnym portalu http://stsport.pl i jest to przykład na to, iż konsekwencja w realizacji swojej pasji, zawsze daje efekty. Czy ktoś mi teraz może powiedzieć, iż z takiego śmiesznego bloga jak ten, nie da się nic wyciągnąć, zyskać, awansować? Słyszałem przecież takie opinie kilkakrotnie, choć i nie prowadzę go dla jakiś awansów itp., a po prostu z niezdefiniowanej potrzeby duszy.


Portal STsport.pl jest jedną z najstarszych witryn o sportach walki oraz sportach siłowych w Polsce, albowiem istnieje od 2004 roku! Pracowało w nim wielu świetnych dziennikarzy i grafików m.in. Szymon Grzybowski, a jeszcze zaledwie kilka lat temu był czołowym medium sportów walki w Polsce. Dziennikarze STsport byli akredytowani na takich galach jak: KSW, MMA Attack, NG Promotions, VTC, portal ten jednym z organizatorów, oraz patronów medialnych legendarnych już dziś seminariów fighterskich w Warszawie, Częstochowie i Olsztynie z mistrzem świata w K1 i MMA - Alistairem Overememem. Był również sponsorem m.in. Mameda Khalidova czy Marcina Najmana — który zresztą na swoich walkach miał logo STsport wytatuowane henną swoich plecach.

                                                   
                  Światowa gwiazda MMA i K1 Alistair Oveerem pozdrawia czytelników STsport.pl




(Trening medialny przed KSW - patronat medialny STsport)









Moje zadanie jako redaktora naczelnego jest jasne, choć nie do końca proste z uwagi na dużą konkurencję, ale to ja mam przywrócić portal na swoje odpowiednie tory, co jest dla mnie tym większym wyróżnieniem, że akurat wybrano mnie, abym sprostał temu zadaniu. Dlatego zająłem się tam nie tylko słowem pisanym, ale i działalnością reporterską i dziennikarską, oraz pozyskiwaniem nowych ludzi do współpracy, oczywiście w oparciu o umowę prawną. Zajęcie czasochłonne, ale i takie gdzie się w pełni spełniam zarówno ambicjonalnie, jak i pasjonacko. Do tego dochodzi jeszcze praca zawodowa, pomoc w organizacji różnych przedsięwzięć, działalność społeczno — polityczna, oraz studia. Dlatego to drodzy czytelnicy czasu na mego bloga, mam nieco mniej, choć prawdopodobnie nigdy już z niego nie zrezygnuję, albowiem to od tego miejsca wszystko się zaczęło...

Prezentuję Wam czytelnicy moje niektóre felietony o tematyce sportów walki dla STsport.pl oraz materiał wideo z obozu Kyokushin karate Andrespol Dojo Kokoro. Zapraszam na STsport.pl oraz zachęcam do śledzenia dalszych moich felietonów na stronie Myśli Młodego Polaka.

Kamil Bazelak - zawodnik MMA i trener karate:
http://stsport.pl/kamil-bazelak-zawodnik-mma-i-trener-karate/

WLC - nowa siła na rynku MMA i K1 w Polsce:
http://stsport.pl/wlc-nowa-sila-na-rynku-mma-w-polsce/

Scena bokserska - ciekawa sytuacja w wadze ciężkiej:
http://stsport.pl/scena-bokserska-ciekawa-sytuacja-w-wadze-ciezkiej/

Przyganiał kocioł garnkowi a sam smoli czyli... Marcin Najman i Paweł Trybała:
http://stsport.pl/przyganial-kociol-garnkowi-a-sam-smoli-czyli-marcin-najman-i-pawel-trybala/

Fenomen Cezarego Podrazy:
http://stsport.pl/fenomen-cezarego-podrazy/

Dawid "Harnaś" Haras czyli... skala freakowatości:
http://stsport.pl/dawid-harnas-haras-czyli-skala-freakowatosci/

Wojciech Buliński odkrywa karty czyli... wywiad!
http://stsport.pl/wojciech-bulinski-odkrywa-karty-zwiazane-z-kariera-mma-wywiad/

Obóz kyokushin karate Andrespol 2017
http://stsport.pl/oboz-kyokushin-karate-andrespol-2017/

Zryta czacha czyli... komentarz naczelnego odnośnie wczorajszego meczu i nie tylko!
http://stsport.pl/zryta-czacha-czyli-komentarz-odnosnie-wczorajszego-meczu-i-nie-tylko/

Adrian Bober - perspektywiczny zawodnik z MMAtadores Katowice
http://stsport.pl/adrian-bober-perspektywiczny-zawodnik-w-katowic/

Propaganda w MMA czyli... KSW i Mirosław Okniński
http://stsport.pl/propaganda-w-mma-czyli-ksw-i-miroslaw-okninski/




Pan Gie.

środa, 4 października 2017

"Fell in love with an alien" czyli - jestem zakochany w kosmicie.

"Fell in love with an alien"... Znacie skądś te słowa moi czytelnicy? To tytuł kawałka zespołu „The Kelly Family" który w latach 90 szczycił się rekordami popularności. Tak — możecie kręcić bekę ze mnie, ale odchodząc nieco od samego image'u Kellysów, to naprawdę lubię ich niektóre kawałki i nie wstydzę się tego, ponieważ nie krępuję się po prostu bycia sobą. Oprócz tego to "Kelly Family" kojarzy mi się z beztroskim dzieciństwem lat 90 oraz moją kochaną straszą siostrą, która zakochała się w tym zespole w latach jego świetności. Ja wówczas byłem małym "chłopcykiem" fascynującym się np. w kolekcjonowaniu samochodzików marki „Burago” oraz popularnym serialem "Power Rangers", skakaniem po płotach czy psoceniem — no tak to trzeba nazwać. Sięgając pamięcią, to nie zapomnę jak założyliśmy z kolegą nasz mały gang złodziejaszków czereśni od sąsiada, ale zarówno także broniąc „swojego terenu". Tak więc drogi sąsiedzie, jeśli to czytasz, to przyznaję się, że „jak byłem mały” czasami lubiłem przekąsić parę czereśni z twoich drzew (na domiar złego — na podwórku kwitła nasza czereśnia rodzinna) a skończyłem to robić dopiero wtedy, co spadłem z tego drzewa, mocno się obijając... :D A dziś? Jak przebiega dzieciństwo "współczesnych dzieci" ?Oczywiście, nie generalizujmy, ale takie sceny jaką opisałem występują coraz już coraz rzadziej, a dzieci np. zamiast grać na boiskach w piłkę, grają w nią, ale poprzez popularną grę "Fifa"...Takie mamy smutne realia.    

Oj beztroskie dzieciństwo lat 90, coś pięknego!
Złote lata 90, niesamowite i niestety niepowtarzalne już nigdy. Jeśli tych czasów nie przeżyliście, to pewnie zrozumiecie o czym mówię. Świat był wtedy jakiś inny, ludzie bardziej otwarci i mimo, że technika stała na niższym poziomie, to życie kwitło bardziej kolorowo. Wszystko było zupełnie inne niż teraz, a w szczególności rodzaj ludzki i jestem przekonany, że nie mówię tego tylko przez pryzmat beztroskiego dzieciństwa.


Z biegiem upływających lat nieustannie odnoszę wrażenie, że żyje na planecie, której mieszkańców nie rozumiem i wyznam szczerze, że nie pasuje do obecnych realiów życia masowego. Tak — jestem inny, jakby jakimś kosmitą z lat 90, a, że ludzie dobierają się poprzez podobieństwa, to w jakimś sensie jestem zakochany w "kosmitach" podobnych do mnie. Proszę, nie odbierzcie tego, iż tym samym jestem zakochany w sobie, zaraz wszystko Wam wytłumaczę.

Słowa utworu "Kellysów" którymi zatytułowałem swój felieton - "Fell in love with alien" znaczy po polsku właśnie "Jestem zakochany w kosmicie". Jako, że kosmitów raczej wielu na ziemi nie ma, to może dlatego jak na razie nie mam dziewczyny? :D Fakt jest taki, że byle jakiej nie wezmę, ale dalej nierozwiązana pozostaje kwestia — czym objawia się moja „kosmiczność"?

Ano np. tym, że jak gdzieś przebywam czy wyjechałem z miejsca stałego pobytu, to nie potrzebuję "masturbować" się tym na Facebooku, Instragramie, Snap Czatach i innych social mediach oznaczając miejsce gdzie się znajduję. Nie muszę dzielić się każdą swoją chwilą publicznie na snapie, oznaczać znajomych, choć uwiecznić chwilę na zdjęciach i owszem — lubię, zdjęcia raz na jakiś czas wrzucić również. Dla jednych social media to będzie utożsamianie się z pasjami, instytucjami, z tym, co kochamy i czym się zajmujemy i to rozumiem, dla drugich oglądanie czyjegoś życia, które sami nie są w stanie sobie zapewnić, a są i tacy, co w sieci szukają miłości, seksu, czy zaspokojenia swojego własnego „ja".

Social Media — to piekielne narzędzie zmieniło świat... i ludzi tak diametralnie, iż ja w tym świecie czuję się właśnie kosmitą.

Dawniej abym mógł pożyczyć np. płytę musiałem iść całe kilometry do ziomka, nie mając pewności czy go zastanę i czy się zgodzi, dziś natomiast wszystko można załatwić bez żadnego wysiłku - wirtualnie i ewentualnie udać się na gotowe, już po sam odbiór. Zresztą, co ja w ogóle gadam! Wróć. Dziś materiał który znajdował się płycie ściągą się z internetu, gdzie tam jaka pożyczka...

Prawdziwe znajomości i kontakt z drugim człowiekiem, współcześni ludzie zastąpili życiem w internecie, pozerką wirtualną — światem który tak naprawdę nie istnieje, choć przedstawia się jako wiele wygodniejszy, bo mało od nas wymaga. Zatem, czy jeśli żyjemy idąc na skróty, chwaląc się w sieci wszystkim czym się da, to będziemy umieli się realnie poświęcić dla drugiej istoty? Przecież, oprócz wrzucenia zdjęcia czy filmu do internetu, napisania suchej wiadomości na messegnerze nic konkretnego od siebie nie wymagamy. Kończąc ten fragment tekstu przyznam, że sam też nie jestem święty, ale pewnej granicy nigdy nie przekroczę, a moi bliscy jakoś wiedzą co robię i gdzie przebywam, choć nie udostępniam tego na każdym kroku na swojej tablicy.

Jestem przybyszem z innego świata, albowiem nie rozumiem wiecznego życia schematem: szkoła-praca-odpoczynek (czyli wieczne robienie sobie błogo) i następnie narzekanie, że życie jest wyjałowione, bez pomysłu, bo nic danego osobnika nie interesuje, ponieważ pozbawiony jest pasji. Nie rozumiem, jak można pracować bo tak trzeba (tylko dla pieniędzy - na siłę) żeby następnie pół wypłaty stracić w pubach, śmiejąc się z towarzyszami z durnych memów, bo przeczytać ze zrozumieniem 5 zdań to już za wysoki wysiłek intelektualny. Nie pojmuję, jak można żyć do niczego konkretnego tak naprawdę nie dążąc i nie kumam, jak takie życie może cieszyć.

Nie jestem przeciwnikiem mediów społecznościowych, nie zrozumcie mnie źle. Nawet mógłbym się nazwać fanem social mediów, wszakże publikuję w nich swoje teksty. Uważam ponadto, że internet otwiera wiele dróg, możliwości, pasji i zdecydowanie nie jestem jego przeciwnikiem, a wręcz odwrotnie. Nie chce też urazić kobiet, które mają potrzebę ekspresji swojej kobiecości w mediach społecznościowych i to jest zupełnie czymś innym niż zjawisko, które zaraz przedstawię.

Jednak żyjemy w czasach gdzie ilość lajków decyduje o tym, czy jesteś fajny. Ludzie są stanie dopuścić się ekstremalnie głupich rzeczy, żeby tylko zaspokoić swoją potrzebę dowartościowania się lajkami, przykładów na to jest tysiące. Aby zaistnieć w sieci nie ma znaczenia twoja wiedza, iloraz inteligencji czy kultura osobista, a moralność jak już, to oby jak najmniejsza w imię tolerancji. Wydasz wspaniałą książkę odkrywając w niej lekarstwo na nieuleczalną chorobę, jesteś świetnym sportowcem, masz talent wokalny - w dobie współczesności ma to już coraz mniejsze znaczenie. 
Ma za to wartość to, że Kasia udostępniła kolejną profilówkę na fejsie w przeciągu 2 dni, pozując swoim sztucznym uśmiechem na laleczkę barbi, zbierając setki lajków i sweet komenty typu „Pięknie xd” od jej podobnych, łechtając się tym na każdym kroku. Pytanie jakie można skierować do takich, to czy nie wolały by łechtania, tego realnego? Jeżeli tak bardzo wam ciężko, to pomogę ale tylko w realu i na jeden raz...;)

Nie liczy się twoja pasja, trud w nią włożony, charakter, odniesiony sukces w jakiejś dziedzinie, ba wręcz odwrotnie — liczy się to, byś stał się nie myślącym narzędziem internetu, pozbawionym wszelkiej indywidualności. Gdy jednak te cechy posiadasz i chcesz się nimi podzielić za pomocą sieci, jesteś skazany na porażkę, albo wręcz hejt, bo jesteś inny od reszty, jesteś myślący o czymś innym niż wiecznie robienie sobie dobrze poprzez np.wszelkie używki, żeby następnie pochwalić się tym na Snapie. Możesz wtedy nawet założyć swojego fan page, ale codziennie udostępniając to samo zdjęcie z filtrami ze Snapa, aby cała masa dorosłych ludzi to polubiła i cieszyła się niczym dziecko z okularków i króliczków hihihi. No właśnie — co z dziećmi i młodzieżą? Cóż, chłoną internet, widzą wzorce ( jak np.Popek, Burneika czy niektórzy bohaterowie programu Warsaw Shore) spirala ogłupiania ludzi się nakręca. Wygląda więc na to, że internet stał się wspaniałym wynalazkiem, ale ku równi pochyłej zagłady intelektualnej ludzi.

Wiecie co wam jeszcze powiem? W 2017 mamy miliony modelek. Każda jest najpiękniejsza na swoim social medium ubarwiona wszelką kosmetologią. Gdy jednak przyjrzę im się dokładnie na żywo (a facet wzrokowiec — obserwować musi) to ani figura już nie ta co w sieci, tak samo buzia, nogi, ale najgorsze jest to, że ich głowa jest totalnie pusta, a po sentencji nad zdjęciem mogło wydawać się inaczej... Podobnie jak mamy tysiące dietetyków, ludzi fit i trenerów personalnych po kursie na internecie za 11.90 (dosłownie) szczycącymi się na swoich fan page'ach jak dźwigają na klatę po 200 kilo. Powiesz mi, że krytykuję, bo sam nie wycisnę nawet połowy? Baranie — bo nie biorę koksu jak Ty! Tak, wiem wy możecie dywagować, czy wasz wzorzec Mariusz Pudzianowski brał koks czy nie, bo jest to dyskusja na miarę waszej inteligencji, może więc kiedyś zgadniecie ;) Nie, nie — nie rozumiem tego wszystkiego!


Mógłbym jeszcze długo pisać, dlaczego jestem „kosmitą”, ale już po samym podejściu do social mediów możecie wywnioskować z kim macie do czynienia. Dlatego jestem „zakochany” w czasach gdzie nie bylem istotą pozaziemską, właśnie w okresie w którym „The Kelly Family”w latach swojej największej świetności (bez facebooka, lajków i innych - da się?) nagrało kawałek „Fell in the love alien”, będący dla mnie przepowiednią lat późniejszych. A Ty czytelniku, jeśli po przeczytaniu mojego tekstu, uznałeś, że również jesteś nie z tego świata, a przede wszystkim czytelniczko — łączmy się w siłę! Razem zbudujemy swoją planetę, a w przypadku płci przeciwnych — zakochajcie się w sobie, tak właśnie, jak jest to przedstawione w utworze Kellysów, w końcu „Fell the love in the alien"<3
 

Pozdrawiam wszystkich chrześcijan i patriotów.
Pan Gie.

        (Polecam przesłuchać)


piątek, 1 września 2017

1 Września 1939 roku! 78 Rocznica wybuchu 2 światowej wojny!



Genialny film który oddaje klimat pierwszych dni wojny, oraz krótkiego czasu przed wybuchem wojny, w Polsce i całej Europie. Znajdźcie chwilkę czasu i obejrzyjcie, nasi dziadkowie jeszcze te dni pamiętają, a skutki tego konfliktu politycznego trwają do dziś. Wtedy również wielu ludzi nie interesowało się polityką, więc gdy wybuchła wojna zaskoczenie było ogromne. Dziś sytuacja w Europie i na całym świecie, również nie jest stabilna - podobnie jak wtedy trwa starcie ideologii, konflikt religijno - kulturowy, USA i Korea Północna, imperialna polityka Rosji, a postęp technologiczny zmienia ludzi w zaprogramowane komputery, które można podporządkować, zmanipulować w jednej chwili. Trwa Wojna informacyjna, hybrydowa, ale czy zdajemy sobie sprawę z zagrożenia jakie nadchodzi nieubłaganie? Interesujmy się polityką i reagujmy na wydarzenia w Polsce i na świecie, wyciągnijmy wnioski z przeszłości!

Rozprawka o pomocy i lojalności

Każdy z nas żyjąc dąży do sukcesu, radości, spełnienia. Brzmi banalnie, aczkolwiek proces ten - czyli dochodzenie do swojego celu już tak prosty nie jest, albowiem składa się na niego szereg czynników, a samemu to jesteśmy w stanie jedynie oddać się aktowi defekacji. Jednym z podstawowych elementów szeroko pojętego sukcesu w życiu, są ludzie, którzy nas odpowiednio nakierowali, swego rodzaju wychowali, przygotowali, poznali z tym czy z tamtym. To Ci osobnicy których spotykawszy na swojej drodze zawdzięczamy to, że znajdujemy się właśnie w tym miejscu, a nie innym, poprzednim. No spoko, tylko samoistnie narzuca się pytanie; co w związku z tym?

A no właśnie to czytelnicy, że ludzie prawi z zasadami, nigdy nie powinni zapominać o tych którzy przyczynili się do naszego szczęścia, szeroko pojętego sukcesu, miejsce w pamięci i naszym sercu powinni mieć nadane ustawowo, nawet jak drogi w życiu poszczególnych osobników się rozejdą. Niestety obserwując współczesne społeczeństwo, a w szczególności generację najmłodszego pokolenia Polaków widzę namacalnie, iż wielu korzysta z czyjejś pomocy, jednocześnie okazując zero wdzięczności, w szczególności w dalszych fazach "rozkwitu" osobowości, sukcesu, mało tego - zostawiając, albo wręcz brutalnie wyrzucając ze swojego życia, autorów którzy się przyczynili do tego, że w czymkolwiek zainstnieliśmy. Często widzę sytuację, że po początkowej euforii z danej relacji, ludzie wypinają się na swoich dawnych przyjaciół, dając się pokonać swoim kompleksom, czując się z biegiem czasu od nich lepsi (najczęściej nie mając do tego podstaw) w związku z tym, nie mają już co czerpać z danej znajomości i kopią w dupę swoich niepotrzebnych już przyjaciół. Jak trzeba to nazwać? Brakiem lojalności, zdradą, fałszywością, dwulicowością, interesownością, hipokryzją...Niestety, szmaciarzy o takich cechach jest coraz więcej, znam ich z autopsji a nie z kina!


Analogicznie to samo się tyczy szeroko pojętej pomocy. Nie rzadko, a wręcz najczęściej ludzie pomagają drugim, ponieważ sami chcą się na owej pomocy wybić, zyskać, albo oczekują, iż osoba której pomagają, odwdzięczy się czymś cenniejszym. Dobrym tego przykładem jest Jerzy Owsiak, który podszywając się pod wielkiego altruistę, na pomocy szpitalom zarabia krocie, od lat utrzymując się z pieniędzy darczyńców. Owszem, Owsiak robi fajną robotę (powiedzmy), ale z prawdziwą pomocą nie ma nic wspólnego, albowiem ta — ze swojej natury jest bezinteresowna! Przecież pomaga się, bo się czuje wewnętrzną potrzebę, z szacunku, bliskości, czy z dobrego wrażliwego, empatycznego serca, natomiast nie po to, by na tym samemu zyskiwać! Takie działania za to można nazwać współpracą, która ze swojej natury również jest pozytywną kwestią, ale nie nazywajmy ją pomocą, bo tak naprawdę jedno z drugim nie ma nic wspólnego. Ci, którzy tego nie rozumieją, niech idą po rozum do głowy i sobie to wbiją to swoich pustych głów.

I jeszcze jedna bardzo ważna kwestia: To, że pomoc jest ze swojej natury bezinteresowna, wcale nie oznacza, iż mamy pozwolić sobie na to, by ludzie nie doceniali tego, co dla nich robimy!

Znany fighter i celebryta niejaki Marcin Różalski, którym się wiele ludzi tak bardzo zachwyca, choć nawet go nie znają, łykają tylko to, co jest pokazane na wierzchu, on mówi wprost o takich, że nie mają prawa do egzystencji. Ja jestem chrześcijaninem, stąd aż tak radykalny nie będę, natomiast powiem, że ludzie których opisuję nie mają prawa do żadnej przyjaźni, do zdrowej relacji opartej na bliskości, ponieważ najzwyczajniej nie są jej godni. Jedyne, czego mogą godni to naplucia w twarz przez tych, do których okazali się fałszywymi, nielojalnymi szmaciarzami, bo inaczej tego nazwać się nie da.

Ci którzy mnie znają osobiście wiedzą, że parę lat temu narodziłem się na nowo. Zmieniłem się diametralnie, ponieważ Bóg m.in postawił na mej drodze takich, a nie innych ludzi którzy wskazali mi światełko w tunelu, dali inspirację, albo wręcz wprowadzili mnie tu i ówdzie, dając mi szansę. Tego będę im do końca życia wdzięczny, nawet jeśli nasze drogi się rozejdą i jeśli oni w swojej walce gdzieś polegną — to gdy zajdzie taka potrzeba jestem w stanie dobrowolnie polec razem z nimi. Dla współczesnego chorego systemu, który tak bardzo niszczy nasz świat, mogę być i tym przegranym, ale przynajmniej dla siebie samego będę wygrany, bo nie sprzedam przyjaciół jak prostytutka swoje ciało w agencji za — pieniądze, prestiż, karierę, pozycję, czy dla zaspokojenia jakiś swoich chorych ambicji, leczenia kompleksów.

Kończąc ten felieton wyznam, że odnoszę wrażenie, iż w dobie współczesności, zapomina się o tym, co nikogo nie ominie — czyli to, że nasze życie na ziemi się nie kończy. O tym się staram nie zapominać i bez kitu, wolę stąd odejść w poczuciu lojalności, charakteru, prawdziwej przyjaźni, cieszyć się niebem razem z moimi przyjaciółmi, niż zdechnąć zapamiętany, jako zwykłe nielojalne ścierwo. W końcu psedo pozycji, prestiżów, dyplomów do grobu nie zabiorę. Tak, wiem — niektórzy tego nie nigdy zrozumieją, bo poprostu tego nie kupią, albowiem są to tak drogie rzeczy, że za pieniądze się ich nie dostanie.


Pozdrawiam wszystkich chrześcijan i patriotów.
Pan Gie.





wtorek, 11 lipca 2017

Przeciwko kurewstwu i upadkowi zasad.

Przeciwko upadkowi zasad, Parę rzeczy wyrzucę z Siebie. Przeczytajcie.

Bez wstępu, wyznam że według mnie właśnie doczekaliśmy się czasów, które są swoistą degradacją nas samych, tzn: początkiem końca naszej cywilizacji. To epoka, w której ludzie żyją jedynie po to, aby korzystać ze swoich hedonistycznych żądz, bez żadnej wartości, działając głównie instynktem jak prymitywne zwierze, nie zaś rozumem i sercem jak na ludzi przystało.

Powszechnie przyjęło się, że w średniowieczne to epoka mroku itp, ale właśnie wtedy kodeks honorowy to była podstawa, a za nieprzestrzeganie go groziła kara śmierci, odwoływanie się do zasad rycerskości, do kodeksu honorowego, czy wartości religijnych, narodowych to była była podstawa, a zarazem powód do domu i chluby!

A jak sytuacja wygląda obecnie? Obserwując na codzień co nas otacza widzę że, ogromna część młodych Polaków to zwykłe łajzy, mameje, degeneraci i pozerzy dla których jedynym zajęciem to praca (pieniądze na przyjemności trzeba mieć) i wieczne robienie sobie dobrze (dokładnie tak jak opisuje to Szandor Lavey w swojej biblii...) np. pijąc cyklicznie alkohol w wolnym czasie po którym nagle wszystkich "sweet kochają" i się zwierzają, zbierając lajeczki na facebooku budując na tym zwiedzeniu poczucie własnej wartości, paląc blanty śmiejąc się z byle czego, czy pozując koszuleczką, zgrabną dupeczką, szalonym qrezji snapikiem, masturbując się samym sobą ( nie mając do tego podstaw) bądź oglądając i wysyłając durne memy, bo przeczytać 5 zdań ze zrozumieniem to już dla nich za dużo. Patrząc na Was żyć się nie chce!

Nie tak dawno, spotkałem znajomym na mieście, który miał przygodę w zakładzie karnym, cóż powinęła mu się noga w życiu - nic co ludzkie nie jest mi obce. Rozmawiając ze mną zaraz po odbyciu kary, opowiedział mi, jak bardzo widoczny jest powszechny upadek zasad, a wypowiedziane słowo przez współczesnych ludzi nie ma już żadnej wartości. Miło mi się rozmawiało, albowiem widzę i czuję że dla niego słowo to słowo - jak się coś mówi to bierze się za to odpowiedzialność, a gdy pomimo starania się nie uda dotrzymać słowa - wtedy przeprosić to obowiązek!
(tak - on to mówił, ten którego społeczeństwo stygmatyzuje i robi wielkiego bandytę, a prawdziwi złodzieje jak zbrodniarze komunistyczni nigdy nie zostali osądzeni!)

Ale kto dziś przeprosi z serca,(każdy popełnia błędy) kto jeszcze potrafi? Współcześnie ludzie o dobrym sercu, są uważani za słabych, bo dziś trzeba być pewnym siebie, płytkim jak deska klozetowa prymitywnym chamem, który tak naprawdę charakteru za grosz jest pozbawiony.
Tyle się mówi o nadejściu króla kłamstwa i zwiedzenia - antychrysta, teoriach spiskowych które powszechnie się wyśmiewa, a ludzi które w nie wierzą robi się łatę zacofanych oszołomów - aczkolwiek teorie te mówią m.in o tym, że ponoć smartfonizacja, cyfryzacja, cyborgizacja ludzkości to proces celowy aby ogłupić i zniewolić rodzaj ludzki, zniszczyć relacje społeczne, pozytywne uczucia miedzy ludzkie które są ogromną siłą. No i tak patrząc na tych pustaków zalewających nasze ulice, cymbałów, onanistów internetowych siedzących przy swoich smartfonach, przeglądając jedynie durne memy, snapiki i inne chłamy, hejtując to, co poda im się na tacy nie wiedząc o co chodzi w tym całym systemie propagandy, pozujących telefonami jacy to są zajebiści, myśląc, że są lepsi bo mają więcej kasy, to chyba kuźwa gołym okiem widać, że to działa. Ogarnijcie się!

Tak sobie myślę - Człowiek to niby najinteligentniejsze zwierze ale też patrząc na niektórych to chyba kuźwa nie...

Współcześnie tak dużo się mówi o idei tolerancji, jednocześnie głosząc zero tolerancji dla tych co zło nazywają złem, albo dla ludzi którzy mają inne poglądy od ślepej akceptacji wszystkiego co istnieje. A ja np. uważam, że dla osoby która oszukuje ludzi, kłamie, czy nie bierze odpowiedzialności za swoje słowa należy się kara, albowiem w przeciwnym wypadku będzie dalej krzywdzić ludzi, do tego śmiejąc się nim prosto w twarz, czując się bezkarnymi. Doprowadza to, do zagłady także tych co tak czynią, albowiem nigdy nie dostaną impulsu do zmiany swego postępowania i często z czasem lądują na dnie.

Ludzie, tacy silni niby psychicznie, za plecami obgadywać umiecie - w oczy zaś, za przyjaciół pozujecie, nie mając odwagi powiedzieć o kimś to, co za plecami pieprzycie. To jest ten wasz mocny charakter - że za pieniądze się sprzedajecie, zdradzacie? Zwykła dwulicowość, fałszywość i upadek zasad widzę i mnie mierzi i odrzuca, ale najgorsze jest to, ze ludzi inteligentnych, którzy mają jakieś wartości, o dobrym sercu nie wspominając jest już coraz mniej, bo prymitywne, materialne, hedonistyczne społeczeństwo tępi i wyczyszcza ich z powierzchni ziemi.
Dlatego właśnie tak imponują mi np. sportowcy, bo ile oni muszą włożyć wyrzeczeń w swoje występy, często ryzykując zdrowiem, do tego nie rzadko - bądźmy szczerzy zarabiając grosze. Dlatego póki żyję, będę ich wspierał i pomagał jak tylko mogę, bo obserwując ich zmagania, charakter nabieram nieco optymizmu do życia i ludzi, mimo iż na codzień mam naprawdę wielu przyjaciół którzy również podzielają moją opinię.

Dla mnie liczy się tylko wnętrze człowieka, i według mnie to tylko to jest wykładnik prawdziwej wartości ludzkiej. Nic na ten świat nie przynieśliśmy i odchodząc stąd, niczego też wynieść nie możemy. Niczego, oprócz tego co mamy w sercach - tzn: nieśmiertelną duszę i tak naprawdę tylko to jest prawdziwe i bezcenne. Pamiętajcie - nie znacie dnia ani godziny, a w obliczu śmierci każdy jest równy, co nie ukrywam, że jest dla mnie pocieszające, bo przed Bogiem nie będzie tłumaczenia!
Jedyna nadzieja w tym co zostało jeszcze prawdziwe - czyli Bogu - to do niego odwołujemy się w chwilach zwątpienia, w czasie problemów egzystencjalnych oraz w jednostkach którzy pomimo iż życie daje im po dupie ze względu na ten chory system, dalej są prawymi z ludzi z zasadami, osobnikami którzy wiedzą co jest dobre a co złe, a wypowiedziane słowo ma dla nich jakąś wartość. To w Was widzę nadzieję oraz zawsze w Bogu, Panie i zbawicielu Jezusie Chrystusie, albowiem jest to, co najprawdziwsze w życiu człowieka. Ludzie prawdziwi - zasad i wartości trzymajcie się i nigdy się nie poddawajcie choć wiem, że nie jest Wam łatwo - jeszcze Polska nie zginęła kiedy Wy żyjecie!

Pozdrawiam wszystkich chrześcijan i patriotów.  
____________________________
myslimlodegopolaka.pl (y)
Myśli Młodego Polaka - Pan Gie blog (y)
myslimlodegopolaka-pangie.blogspot.com.pl (y)


poniedziałek, 10 lipca 2017

Wiersz



Fałszywa Radość..
Wychodzisz z domu.. patrzysz na świat, spoglądasz na ludzi i szereg ich wad…gdzie spotkać szczerość, zasady, wartości ..jak każdy tylko myśli- tu jestem z radości…Radość przyćmiewa życie wasze, po co przeżywać to co nie nasze…Cierpienia i łzy, smutek i prace…po co myśleć o drugim człowieku…lepiej wbić się w otchłań radości...tak zgubnej, fałszywej...demo radości…

środa, 5 lipca 2017

Relacja z gali WLC 1 - WARRIORS OF LIFE CHAMPIONSHIP

Późno zdołałem zebrać swe myśli aby napisać te relację. Moja stronka także ostatnio ma zastój, skończyła mi się nawet ważność domeny. Samoistnie nasuwać się może pytanie - czym więc się zajmowałem, iż tak mało czasu miałem? Otóż, jedną z priorytetowych dla mnie kwestii była zawodowa gala MMA i K1 - w której włożyłem dużo wysiłku organizacyjnego, o wiele więcej niż przy poprzedniej gali FWL.
Tym razem wraz z głównym organizatorem poprzeczkę postawiłem sobie o wiele wyżej, a to obligowało mnie do podjęcia konkretnych kroków. Nasza organizacja przyjęła nazwę WLC - czyli WARRIORS OF LIFE CHAMPIONSHIP i dokładnie 24 Czerwca, została zorganizowana pierwsza edycja zawodów nowo powstałej organizacji na rynku sportów walki MMA i K1.  

Patronem honorowym eventu był wójt gminy Andrespol - Pan Dariusz Kubus i starostwo powiatowe w Łodzi. Gościem specjalnym, wspierającym imprezę była posłanka Prawa i Sprawiedliwości - Pani Alicja Kaczorowska.  

Na miejsce docelowe czyli do Andrespola, udałem się wraz z Duet-em Jarząbek&Czerwiński z Kielc - firmą która zapewniła nam nagłośnienie oraz część oświetlenia. Pomimo, wyraźnego spóźnienia z naszej strony, udało nam się wszystko zainstalować jeszcze tego samego wieczora, na tyle skutecznie, ze efekt końcowy był nie tylko zadowalający, ale nawet i ośmielę się stwierdzić, że porażający. Zobaczcie, oceńcie sami ;)  


Oczywiście po zainstalowaniu sprzętu, nadszedł wreszcie czas na umówiony wcześniej sparing z kolegą (w dopiero co rozłożonym oktagonie). Pomimo ewidentnej przewagi mego rywala: masą, siłą, wagą i wzrostem, zdecydowałem się podjąć rękawice, niestety wyraźnie ulegając w każdym starciu, choć kilka razy udało mi się trafić kolegę :P  

Następny dzień od przyjazdu, czyli sobota przywitała nas piękną pogodą, choć wcześnie bo "próbnie"ogarnialiśmy galę poranną, czyli grand prix Karate Kyokushin. Gdy nadszedł koniec porannych zawodów, spojrzałem na zegarek a wskazywał on godzinę 16, do gali zostało więc kilka godzin, a wiele spraw jeszcze nie było dopiętych tak jak powinno, spraw za które bezpośrednio ja byłem odpowiedzialny. W międzyczasie, przyjechała kolejna ekipa z moich rodzimych Kielc, w tym piosenkarka Małgorzata Galera. W mej głowie roiło się od dylematów, nie obyło się bez stresów i małych problemów, jednak co to jest dla nas? Jak nie my sobie poradzimy to kto? Pewność siebie, wiara to w takich sytuacjach podstawa!
Praca, trochę kombinacji oraz zaradności dało oczekiwane rezultaty, mi zaś spadł przysłowiowy "kamień z serca". Wybiła godzina 20, wszystko dopięte na ostatni guzik - w oktagonie pojawiła wspomniana przeze mnie wokalistka Małgorzata, wywołana przez ringowego konferansjera, otwierając galę WARRIORS OF LIFE CHAMPIONSHIP utworem Eye of the Tiger. 
"Zaczęło się, jazda"- powiedziałem sobie w duchu i zabrałem się do pracy. Przed nami 1 walka gali WLC, w której zmierzyli się Radosław Kartasiński z klubu Quest Bogdanka, oraz zawodnik KSW Triumfator - Michał Siemiński w formule K1 semi pro. 

Wszystkich walk opisywał nie będę, albowiem w karcie walk widniało ich aż 14, w związku z tym ma subiektywna relacja będzie zbyt długa. Wspomnę jedynie o tych pojedynkach które szczególnie zapadły mi w pamięci poprzez swoją dramaturgię czy serce do walki zawodników. 

Pierwsze starcie które przywołam to był pojedynek Dawida Harasa "Harnasia" walczącego m.in dla PL MMA, oraz Mariana Strusa, fightera Tytana Zamość. Pojedynek ten budził mą ciekawość, na tyle, że już przed walką rozmawiałem z obydwoma zawodnikami. Znakiem zapytania dla mnie, była przede wszystkim dyspozycja Dawida, albowiem to zawodnik ze sporym doświadczeniem w MMA pomimo ujemnego bilansu. Niestety nie sprostał on zadaniu, gdyż utalentowany Strus od początku dyktował warunki walki i  poddał "Harnasia" już w 1 rundzie, duszeniem zza pleców. Serdeczne gratulacje dla Mariana ;)

Mój przyjaciel natomiast, dobrze znany kibicom MMA - Kamil "Vanderlei" Bazelak, zmierzył się z solidnie umięśnionym Nigeryjczykiem, ponad 90 kilowym Carlosem "Brutalem" Wiliamsem, który miał na swoim koncie dotychczas jedną zawodowa walkę w MMA. Popularny "Vanderlei" od początku starcia, według mnie miał nieco kłopoty z wyczuciem odpowiedniego dystansu, a Wiliams cyklicznie okopywał wykroczną nogę Kamila. Początek wyglądał zatem dość niebezpiecznie dla Polaka, a mi serce biło mocniej po kolejnym low-kicku Wiliamsa. Kamil jednak cierpliwie wyczekał, dopadł swojego rywala najpierw klinczując, następnie rzucając 90 kilogramowym chłopem, wykonując efektownego slama! W parterze "Polski Vanderlei" szybko poddał walkę poprzez kimurę. Cóż - majstersztyk w wykonaniu doświadczonego Kamila Bazelaka, który odniósł 6 zwycięstwo w zawodowej formule MMA. Gratulacje!


Nie mogę nie wspomnieć o dramatycznym, bezpardonowym pojedynku w zawodowej formule K1, gdzie zmierzyli się Sebastian Kartasiński z klubu Quest Bogdanka, który pokonał zawodnika Fight Gym Lublin Kamila Kotkiewicza. Zawodnicy otworzyli się na wymiany, stąd jestem zdania, że jeden cios mógł zmienić losy pojedynku w obydwie strony. Wielkie uznanie dla obydwóch zawodników, za serce do walki oraz przygotowanie mentalne.

Kolejnym pojedynkiem było starcie o tytuł międzynarodowego mistrza Polski WLC w formule K1 pro, w którym to zmierzyli się reprezentant Quest Bogdanka - Kamil Szczepaniak oraz Paweł Fila z Tytanu Zamość. Pojedynek również był na tyle emocjonujący, czy wręcz dramatyczny, iż Kamil Szczepaniak w pierwszej rundzie złamał rękę po jednym z ciosów rywala i tylko bezkompromisowy charakter pozwolił mu dotrwać do finiszu drugiej rundy. Wielkie, wielkie propsy! 

Wojciech "Akodo" Buliński natomiast szybko rozprawił się z czarnoskórym fighterem Johnem "Bosko" Greenem pochodzącym z Haiti, który.... no cóż, czyżby przestraszył się swego potężnego rywala? Ciężko jednoznacznie określić, natomiast łatwo uznać, że zdecydowanie nie sprostał zadaniu, albowiem "Akodo" szybko i bezproblemowo poddał go w partnerze, bo już 53 sekundzie 1 rundy.

Wyjątkowo sympatyczny fighter z MMAtadores Katowice - Adrian Bober nie bez problemów, wygrał z debiutującym Benjaminem Sobowiczem z Tytana Zamość, który pokazał się z zaskakującej dobrej strony, z tak wymagającym rywalem jakim jest Bober. Pojedynek zakończył się w 2:24 sekundzie walki, duszeniem za pleców. Brawa dla obydwóch zawodników za dobrą walkę. 

Na gali wystąpił również znany bloger zajmujący się tematyką sportów walki, wielokrotny medalista mistrzostw Polski, Europy karate Kyokushin IBK - Damian Laszczuk, który zmierzył się z Mateuszem Bizackim z Ronina Tychy. Damian zaczął pojedynek spokojnie, rozkręcając się z każdą chwilą upływającego czasu walki, co przyznaję, że nieco mnie zaskoczyło. Spodziewałem się raczej szybkiego "wjazdu" ze strony Laszczuka, jednakże jak to mówi znane polskie porzekadło - "co się odwlecze to nie uciecze". Damian, spokojnie wyczekał odpowiedni moment na atak, wygrywając przez nokaut w drugiej rundzie, dodając, że jego rywal wcześniej był dwukrotnie liczony. Damianowi Laszczukowi również składam gratulację i korzystając z okazji zachęcam moich czytelników do zaglądania na jego kanał na YouTube. Mnóstwo merytorycznych porad dotyczących samoobrony, odpowiedniego przygotowania przed walką, oraz wiele wskazówek technicznych.

(link do kanału Damiana)

Szkoda, że swój pojedynek z Borysem Siłakowskim w formule MMA pro, przegrał przez poddanie narożnika, vicemistrz Polski Karate Kyokushin - Przemysław Lenartowicz. Jego rywal, dominował przez większą cześć pojedynku, a walka została przerwana tuż przed 3 rundą.

Ostatni pojedynek, jaki Wam opiszę drodzy czytelnicy, to starcie o pas UFR w formule K1, walka wieczoru w której zmierzyły się: wielokrotna vicemistrzyni Polski karate Kyokoshin, zdobywczyni pucharu Polski Karate - Małgorzata Ubowska oraz nie mniej utytułowana mistrzyni Polski w kicboxingu WKSF 2017, oraz UFR 2015 wywodząca się w capoeiry - Dominika Rembelska. 


Pojedynek miał bezpardonowy, bardzo emocjonujący przebieg, obydwie zawodniczki stanęły na wysokości zadania. Dominika Rembelska głównie bazowała na skutecznych, mocnych low-kickach, Małgorzata Ubowska zaś odpowiadała silnymi ciosami bokserskimi, choć nie brakowało z jej strony i kopnięć. Gosia, walczyła niczym filmowy Rocky Balboa i pomimo widocznego kryzysu cały czas parła do przodu, wytrwale, nieugięcie stawiając opór swojej wymagającej, świetnie przygotowanej rywalce. Choć przegrała jednogłośnie na punkty 27:30, to pokazała prawdziwość cytatu z filmowej trylogii Rockiego "...W życiu nie jest ważne jak mocno uderzasz, ale jak mocno możesz dostać i iść dalej do przodu, ile możesz ZNIEŚĆ i iść dalej do przodu... TAK SIĘ WYGRYWA!"
Małgorzata Ubowska, pomimo iż przegrała pojedynek, to pokazała wielkie serce do walki i charakter, co samo w sobie jest zwycięstwem. Ogromne wyrazy uznania dla Gosi za walkę pomimo kryzysu, oraz gratulacje dla zwyciężczyni - Dominice Rembelskiej, tudzież bardzo sympatycznej, miłej zawodniczce. 


Po gali, odbyłem kilka rozmów z zawodnikami, po czym udałem się wraz ze swoją kielecką ekipą do wynajętych domków, gdzie podziękowałem wszystkim pomoc w organizacji przedsięwzięcia, oraz urządziłem małą ucztę ;) Powrót do Kielc w niedziele przebiegł szybko i sprawnie. 

Na koniec pragnę jeszcze podziękować, wszystkim osobom, którzy pomagali nam przy organizacji eventu, oraz firmie Szymański.pro. Łatwo nie było, choć finalnie wyszło świetnie, a potknięcia które się zawsze przydarzą, uczą i są drabinką do jeszcze większego sukcesu. Ja wnioski już wyciągnąłem.  

Ową relację, zakończę szczerym wyznaniem - przebywając na "mieście" często pochłaniałem się swoistym zgorzknieniem, patrząc na współczesne pokolenia młodych Polaków. Frustrowało mnie to, jaki prezentują poziom swoim zachowaniem, a może prędzej należało by napisać - brakiem jakiekolwiek poziomu...W gruncie rzeczy niszczyło to mnie samego, jakoś nie potrafiłem sobie z tym poradzić. Wszystko narastało we mnie, żeby pewnego dnia pęknąć niczym przepompowany balon... 
Mimo, iż mam na codzień wielu przyjaciół, to obserwując społeczeństwo zadawałem sobie pytanie - gdzie szukać ratunku? Po gali znalazłem odpowiedź błyskawicznie. Obserwując zawodników, ich zmagania ringowe, widząc ile pracy włożyli w swój występ, wyrzeczeń, napędza to mnie samego do pracy i działań, na rzecz ich samych i nie tylko. Angażując się w gale z serii WLC, spełniam siebie, napędzając się do coraz większej pracy, oraz walki ze swoimi słabościami. Następna gala organizacji WLC już w październiku, na którą wszystkich serdecznie zapraszam.

(oficjalna informacja prasowa organizatorów)


sobota, 15 kwietnia 2017

Refleksje na czas świąt Zmartchwystania Pańskiego.

Czy jeśli w naszym życiu pojawił by się człowiek, który powiedział by o Sobie, że jest synem samego Boga, tym przepowiadanym przez proroków w księgach, uwierzyli byśmy, czy posądzili go o - chorobę psychiczną, bluźnierstwo, albo narcyzm, czy wręcz megalomanię?
Przygotowując się do świąt, pomyślmy czy nie byliśmy w tłumie ludzi którzy skazali Jezusa na okrutną śmierć, a potem nie wierzyli czy wręcz drwili z jego Zmartwychwstania.
Czasy się zmieniają, a my ludzie? Cechy ludzkie są ponad czasowe ...
Przemyślmy zatem pewne kwestie związane ze świętami Zmartwychwstania Pańskiego.



Drodzy Czytelnicy nadchodzą dla nas - chrześcijan najważniejsze święta w roku, przygotowujemy się do tego największego, kluczowego dla naszej wiary wydarzenia przez wiele dni.
Porządki w naszych domach, świąteczne wypieki, koszyk z jajeczkami, pisankami, rodzina w tym właśnie czasie składa sobie wizyty, jej członkowie składają sobie życzenia, zastawa naszych stołów obfita jest w wielkanocne potrawy. Piękny czas, prawda?
Każdy z nas lubi święta, bo wolne od pracy, czas wypocząć, "poświętować" a w lany poniedziałek polać się wodą (notabene - szkoda, że ta tradycja wymiera niestety...).
Często odnoszę wrażenie jednak, iż w dobie tego całego świątecznego zawirowania, zakupów, wizyt, porządków zatraciliśmy prawdziwy sens świąt, tak jakby współczesne przygotowania świąteczne - zabijały całą istotę tych jakże bardzo ważnych dla nas chrześcijan dni. Czyż niektórzy z nas przygotowują się do świąt, których na dobrą sprawę nie obchodzą, a od wydarzenia powstania z martwych i samej osoby - Jezusa Chrystusa trzymamy się z daleka, jednak w święta chrześcijańskie chcemy obchodzić, tak? Ma to logikę?


Osobiście mam wrażenie że dla wielu ludzi ważne jest głównie to, żeby w święta się najeść, napić, spotkać z rodziną, no ewentualnie "tradycyjnie" iść do Kościoła, z którego za godzinę wyjdziemy i nic nie wyniesiemy, albowiem przebywając w nim myślimy o"niebieskich migdałach", no albo księża czy instytucja Kościoła nas zniechęca do słuchania kazania... Lecz gdzie w tym wszystkim jest Jezus Chrystus, który dla nas wszystkich - po straszliwych mękach powstał z martwych?
Świętujemy zmartwychwstanie Jezusa, celebrujemy jego zwycięstwo dla nas ludzi, i to w jego imię spożywamy potrawy wielkanocne, nie idąc w tych dniach do pracy, tak już nawet patrząc na to z materialno - hedonistycznego punktu widzenia, więc oddajmy te święta Jezusowi, postarajmy się chociaż, bo to wszystko co spotyka nas dobrego jest tylko dzięki niemu. Paranoją jest to, że współczesna kultura i mass media wypierają prawdziwą istotę świat chrześcijańskich zastępując je różnymi rzeczami - wirusem konsumpcjonizmu, ciągłego zachrzaniania, pisanek, zajączków i innych "figurek". Nie macie wrażenia, że w tym całym expresie świątecznym, zatracamy to najważniejsze, kluczowe?

Nawet gdy jesteś słabej wiary czytelniku, te dni oddaj Jezusowi i nie daj się wciągnąć w to, co promuje nam chory system, który nie mogąc usunąć nam świąt z kalendarza, zmienia ich prawdziwy wymiar, tak aby miał jak najmniej wspólnego z chrześcijaństwem. Warto też dodać, że abyśmy prawdziwie mogli świętować, powinnyśmy coś wnieść duchowego w czas przygotowań, nie mówiąc już o wielkim poście, drodze krzyżowej i rozważaniach. Ci którzy tego nie rozumieją, poprostu według mnie nie powinni świętować, albowiem święto Zmartwychwstania Pańskiego to święto chrześcijańskie!

Na koniec mojego wywodu życzę Wam wszystkim - znajomkom i czytelnikom abyście godnie celebrowali święta Zmartwychwstania Pańskiego w ciepłej, rodzinnej, pełnej miłości atmosferze, oraz wielu radosnych chwil, odnowy duchowo moralnej, która każdemu z nas jest potrzebna.

Pan Gie.





poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Czas zrzucić zimowe kilogramy Z POWER RUSH ! ;)

Kwiecień ruszył pełną parą, pogoda ładna, cieplutko albowiem słonko świeci, aż chce się żyć, no nie prawdaż Drodzy Czytelnicy? ;)
                               
Tyle tylko, że te zimowe kilogramy wypadało by zrzucić, albowiem lato tuż tuż, a nad zadbaną sylwetką trzeba odpowiednio zapracować! ;) No właśnie tylko w jaki sposób drodzy Czytelnicy, gdyż nie jest to przecież takie proste, by jedynie poświęcić się siłowni czy bieganiu? Skąd i na to wziąść odpowiednią siłę, energię w dobie codziennych obowiązków?
Myślę, że wielu z nas zostaje postawionych przez takim trudnym pytaniem.

Otóż mam dla Was propozycję nie odrzucenia, mianowicie – http://powerrush.pl/
Co to jest POWER RUSH, choć wielu z Was pewnie widziało baner tej firmy na mojej stronie? 
Otóż moi drodzy, POWER RUSH to hurtownia odżywek, spalaczy, suplementów diety dla sportowców, fighterów, kobiet i mężczyzn, dla osób chcących zadbać o swoja sylwetkę, jak i również o formę fizyczno – mentalną. 

I tak oto http://powerrush.pl/ prowadzi wysyłkową  i stacjonarną sprzedaż odżywek, suplementówdiety, odzieży sportowej i akcesoriów treningowych oraz prowadzi profesjonalne poradnictwo dietetyczne (dla swoich klientów za darmo!) co ważne - nie od człowieka z pierwszej łapanki, ale od byłego strongmana oraz kulturysty, a obecnego czynnego fightera oraz trenera sportów siłowych oraz sportów walki! ;)  








Szeroki wybór, profesjonalizm właścicieli, indywidualne podejście do każdego klienta powoduje, że http://powerrush.pl/ to najlepszy wybór na rynku odżywek w Polsce i mogę Wam to zagwarantować. 

                           
Ja osobiście przekonałem się o tym już rok temu, kiedy dzięki profesjonalnemu poradnictwu ze strony właścicieli Power Rush zrzuciłem i to błyskawicznie zbędne kilogramy przed ważnym dla mnie wydarzeniem, a obecnie dokładnie od 4 Kwietnia zaczynam swój cykl, albowiem do czerwca muszę zrzucić aż 10 kilogramów!
Power Rush skutecznie mi w tym pomoże, ponieważ chłopaki z tej firmy już polecili mi odpowiednią suplementację, dietę, oraz zestaw ćwiczeń. 
Wy również zadbajcie o swoją sylwetkę, korzystając z porad, usług fachowców takich jak właśnie POWER RUSH i pełni cieszcie się życiem w dobrej formie zarówno psychicznej jak i fizycznej! 

HURTOWNIA ODŻYWEK POWER RUSH – GORĄCO POLECAM! ;)
Pan Gie.

   


wtorek, 21 marca 2017

"Desperacja utraconej miłości" - Opowiadanie, autobiografia Pana Gie.

Było nie było… Wszystko się już skończyło… Było nie było… Wszystko się rozwaliło… Było nie było…Z tego się nic nie spełniło… Teraz miłość zastąpi samotność… Samotność i pustka to dwaj przyjaciele jak miłość i nienawiść - czyli dzieci niewoli wydane na świat dla lepszej kontroli nad ludźmi. Ja zrozpaczony o jedno Cię proszę - nie karaj mnie za moje uczucie do Ciebie, tylko wtedy ja dojdę do Siebie. Proszę weź doceń co dla Ciebie zrobiłem - przez mą miłość przecież Cię nie skrzywdziłem… Proszę nie każ mnie za to, że Cię pokochałem, tak naprawdę umysłem tego nie chciałem…Doceń to słowo i jego magię, pamiętaj mnie dobrze, nie przeklinaj mnie, bo jeśli to zrobisz - Ja skończę na dnie. Został mi pokój, cisza, i cztery ściany. Lecz kurwa to nie zagoi mojej rany! Zostały mi także wspomnienia. Dla Ciebie są one już bez znaczenia. A ja wsłuchany w to ciszę nie mówię nikomu ze może mi źle, ze coś się ze mną dzieje, ze zakochanego mnie opuścili też przyjaciele… Bo miłość to choroba - na wzór cierpienia Hioba.


Taki oto wiersz, napisałem parę lat temu, w amoku jako głos rozpaczy z powodu utraconej miłości. I ma opowieść, jako fragment książki która niebawem zostanie wydana, ściśle nawiązuje do utraconej miłości, choć nie o samą miłości tu chodzi...Co mężczyzna jest w stanie zrobić, aby walczyć o kobietę? Przeczytajcie więc co ja byłem w stanie zrobić ;)    

Początek historii którą Wam opowiem sięga 2013 roku, a dokładniej zwąc to marca tego ów roku. Marzec, zwiastuje początek wiosny, tknie w przyrodzie nowe życie, ale to właśnie w tym czasie w Polska straszyła największymi mrozami tamtego roku, albowiem temperatura przekraczała minus 20 stopni! Ja, natomiast tamtego marcowego dnia, przebywałem w pracy na drugiej zmianie, w jednej z kieleckich drukarń. Zawsze drugie zmiany najbardziej lubiłem, albowiem gwarantowały mi energię i wyspanie, ale w tamtym czasie praca przebywała mi fatalnie, żeby nie powiedzieć, że wręcz tragicznie, ze względu na mój niemal agonalny stan psychiczny po rozejściu się z dziewczyną. Zawalił mi się wtedy cały świat, albowiem byłem w niej zakochany niczym młody pelikan, dziś wiem jak bardzo toksycznie, nie do końca zdrowo. W związku z tym do pracy chodziłem jak zbity pies, i przyznaję że strach było ze mną pracować przy jednej maszynie. Kiedy wreszcie nadszedł długo wyczekiwany koniec zmiany, z jednej strony dawał mi on ulgę, bo oznaczał odzyskaną wolność, do tego w czasie w którym do pracy kompletnie się nie nadawałem. Z drugiej zaś strony, w domu potrafiłem jedynie zamulać, palić papierosa za papierosem i matleretować się myślami, o rozpadzie mojego związku. Cóż, tak źle i tak nie dobrze, nie sposób było mi wtedy dogodzić.

Już po skończonej pracy, około północy odezwał się jednak mój wierny samsung, odrywając mnie od aktu snu swym nagłym dźwiękiem dzwonka. Zrezygnowany i zarazem poirytowany kto śmie mnie o tej porze budzić, otwarłem jedno oko, a tu ku mojemu największemu zdziwieniu, dzwoni.... moja Ex!
- Cześć Grzesiek, obudziłam Cię? - odparła Monika moja była dziewczyna, dość dramatycznym głosem.
- Nie, a co tam się stało? - odparłem z wyraźną nadzieją, na jakaś konstruktywną rozmowę o naszej sytuacji. Nic jednak bardziej mylnego...
- Słuchaj, jest siarczysta picówa, a nasz dziadek zaginął. Szuka go cała rodzina. Boje się o niego bardzo, przeszedł byś Grzesiu na dworzec i porozglądał się czy może gdzieś po dworcu PKS się nie szweda, bardzo Cię proszę. Może przecież zamarznąć! Pomóż.
Przyznam szczerze, ze zaskoczyła mnie jej prośba pomimo całego dramatyzmu sytuacji, bo przecież jeszcze kilka godzin wcześniej, mówiła że nie chce mnie więcej słyszeć z całą nieuzasadnioną nienawiścią do mnie, a tu jednak... No chyba nie do końca.
- Jasne, nie przejmuj się, przejdę się na dworzec, dziadziuś napewno się znajdzie. Głowa do góry!

Szybko ubrałem się i wyruszyłem w pieszą podróż na kielecki dworzec, do pokonania miałem około 6, może 8 kilometrów. Wyprawa przebiegła nieźle, ponieważ pomimo siarczystego mrozu, jakoś nie było mi bardzo zimno. Wiadomo, chłód był odczuwalny w końcu temperatura bardziej przypominała Syberię, a nie Polskę lecz wydaje mi się, że dziś taka ekspada przystworzyła by mi więcej kłopotów, a panujące zimno było by bardziej odczuwalne. Cóż, człowiek młody był wtedy, to i zahartowany...
Szczerze mówiąc, to w tej całej mojej nocnej robinsonadzie widziałem jakiś cień szansy na odbudowanie sytuacji z Moniką, a może przekonam ją tymże poświeceniem do powrotu w moje czekające na nią ramiona? Owszem, pomoc dla dziadka była również ważna, ale muszę uczciwie przyznać że bardziej liczyła się wtedy dla mnie nagła okazja, do poratowania zakończonego kilka tygodni temu związku, albo chociaż zbliżenia się do utraconej ukochanej. Wyprawa ta, była zatem dla mnie swoistą nadzieją spadającą jak gwiazda z wówczas mroźnego nieba.

Jestem już na miejscu, chciało by się rzecz popularne w Polsce porzekadło "piździ jak na dworcu w Kielcach", które tamtego czasu było chyba jednym z najprawdziwszym przysłów na świecie. Obszedłem cały dworzec. Nic, tylko para z ust, pustka przeszywające me zmarznięte uszy i ta przygnębiająca grobowa cisza. Nawet lampy dworcowe były zgaszone, jakby cały świat zamarł. Dzwoniąc do Moniki, z informacją zwrotną odnośnie dziadka, dowiedziałem się ponadto, że cała rodzina go poszukuje, nawet Paweł - wtedy jeszcze jej kolega, który walnie przyczynił się do rozpadu naszego związku, albowiem wtrącił mi się w paradę. Informacja ta, wcale mnie nie ucieszyła, ale on przynajmniej nie został wybudzony o 12 w nocy, by pieszo maszerować na stację autobusową w arktyczną, mroźną pogodę. Czułem większe poświęcenie od niego i co a tym idzie pewną przewagę chociaż w tym aspekcie, w efekcie sporą szansę na zbliżenie. Monika rzeczywiście była mi wdzięczna, tego odmówić jej nie można, no ale tamtej nocy przecież nie wywalę z tekstem o nas, prawda? Sprawę należało rozegrać na zajutrz, jak już dziadziuś się znajdzie. Z tego to ów powodu, aby być wypoczętym i w pełni formie intelektualnej by skutecznie umieć przekonywać Monię, do domu udałem się na skróty, ale za to przez niezbyt bezpieczną dzielnicę, na której sam parę lat temu, po nocach z kolegami spożywaliśmy alkohol. Zdawałem sobie sprawę z niebezpieczeństwa, ale w moim własnym mieście miałem się kogokolwiek bać?! Nie ma opcji, zawsze w tego typu sprawach nie myślałem rozsądnie, tylko uderzałem w kozaka. Co mi kto może zrobić. Każdemu, ale nie mi, moje miasto i nikogo się bał nie będę, pięści mam od tego by się bronić, ewentualnie zblatuje sobie różnymi znajomościami. Tak, to właśnie, cały Grzesiu lat młodości...

Idąc przez wąski tunel, swoisty wąwóz, nieoświetlony i pełny chamerii w pogodne, ciepłe dni zobaczyłem już z daleka kilku chłopów wyglądających na zakapiorów. Nie zatrzymało mnie to jednak nawet na chwilę i bez zawahania udałem się w ich stronę pewnym krokiem, w dodatku ostentacyjnie odpalając papierosa. Zaczęło się zatem dość niewinnie, albowiem przechodząc, zapytali mnie o ogień, który oczywiście dałem, i zaraz po tym zaczęła się interakcja między mną, a gromadką chamów, którzy odpalili właśnie lufkę z narkotykami.
- Zapalisz sobie z nami bucha młody? Mamy tu dobrego skuna - zapytał mnie jeden z nich.
- Nie, dziękuje nie bawię się w takie rzeczy. Idę, trzymajcie się.

Już odchodziłem, gdy jeden z nich, ten największy w dodatku, rozkazał mi i tutaj podkreślam - naprawdę rozkazał, abym pożyczył im na kolejną "sztukę" narkotyków. Na początku odrzekłem, że nie mam kasy, jednak chłopaki nie chcieli odpuścić. Rozmowa przebiegała już gorzej, bardziej niebezpiecznie, ale nie zapowiadało się na rozwiązanie siłowe, do momentu gdy jeden z nich kazał mi pokazywać portfel, czy rzeczywiście nie mam pieniędzy. Co ja na to? - "Człowieku praca w Policji Ci się marzy, że mam ci portfel pokazywać?"...
Nie mogło się inaczej skończyć po takim tekście, jak tylko soczystym wpierdolem, w dodatku grupowym. Bomba w nos, farba i skopka na glebie. Przejeżdzający nieopodal samochód uratował sytuację, bo nie wiem czy naćpańce nie skopali by mnie tam, tak na amen. Poważnie, mówię Wam, mogło to zakończyć się tragicznie. Oni zaś uciekli, w obawie przed policją, a mi udzielił pomocy przechodzień, który minutę później przechodził tymże tunelem. Zawiózł mnie do szpitala całego obolałego, namawiał również, abym zgłosił pobicie na policję. Nie wchodziło to jednak w grę, więc gdy w szpitalu pojawili się stróże prawa, kategorycznie odmówiłem składania zeznań.
"Taki sam ześ Pan głupi, zdemoralizowany jak twoi oprawcy, iż nie chcesz podjąć z nami współpracy" usłyszałem na koniec od policjanta, który wkrótce zniknął w otchłani szpitalnego korytarza. Diagnoza lekarska natomiast brzmiało następująco - potłuczone żebra, złamany nos, liczne potłuczenia, także w okolicach krocza. Patusy, skopali mnie i w tym miejscu, szczęście w nieszczęściu, że po za bólem nic poważnego jednak mi się nie stało. Kłucie jednak szczególnie przeszywało mnie w klatce piersiowej, ale najważniejsza dla mnie pod względem medycznym, była inna sprawa.

- "Chociaż nie straszę wyglądem, nie jest źle" - myślałem, przeglądając się przed szpitalnym lustrem.
Mimo, iż defektu na twarzy nie miałem, to wpatrywałem się w lustro i nie poznawałem samego siebie. Me oczy straciły dawny blask, na rzecz zbitego smutku który bił na odległość uderzając autentyzmem, twarz wychudzona albowiem poprzez depresję nie mogłem prawie nic jeść, moje wieczne wory pod oczami nabrały tym razem szary, beznadziejny wyraz w mym lustrzanym odbiciu.
Cóż, tyle mi pozostało, w tym całym syfie który mnie w życiu otaczał, tyle zostało szczątków dawnej czystości, że twarz chociaż miałem całą i zdrową, choć bardzo smutną, a przedewszystkim serce poranione, a to już był ból dla mnie nie do wytrzymania, przynajmniej w tamtym okresie mojego życia.

Rankiem wróciłem do domu, oczywiście nie mówiąc nic a nic rodzicom, bo wiedziałem, że wtedy do już nieciekawej sytuacji, niemal jak w pakiecie, doszedł by mi kolejny problem - dramatyzowanie całą tą sytuacją moich rodziców, oraz mądrości mamy, która ostrzegała abym nie wychodził o tej porze z domu. Cóż, cała sprawa została więc tylko w moim sercu i stłuczonych żebrach.

Dziadek Moniki znalazł się, mniej więcej po godzinie od mojej nocnej wizyty na kieleckim dworcu. Okazało się, że błąkał się gdzieś po Bodzentynie, więc z Kielc raczej bym go nie dostrzegł, nawet usilnie się wpatrując. Nic poważnego mu się nie stało, tylko lokalne odmrożenia, szczęśliwe zakończenie. Trochę inaczej niż ze mną... Monika za to, gdy dowiedziała się o moim wypadku, zaczęła żałować wykonanego do mnie telefonu, w dodatku nawet przez myśl jej nie przeszło, by mnie odwiedzić w szpitalu. A właśnie, kompletnie zapomniałem - przykoloryzowałem jej trochę, iż dalej leżę w szpitalu jeszcze następnego dnia. Chciałem tym samym zmusić ją do odwiedzin, oraz doceniania wykonanego dla niej, oraz dla jej dziadka poświęcenia. Niestety, rola ofiary tym razem nie przyniosła rezultatu, choć typowej rozmowy "o nas" nie rozpoczynałem. Chciałem zachować honor, oraz bałem się że i tak nic z tego nie wyjdzie w tym momencie przynajmniej, czułem to w zasadzie. Zatem, gdzie szukać ratunku?

Jako, że była to Sobota - dzień wolny od pracy, to spontanicznie wybuchłem z pomysłem -"Jadę do Częstochowy, na jasną górę modlić się w tej intencji, całą noc!" Ona musi do mnie wrócić, a ja przynajmniej zrobię co w mojej mocy żeby tak było. Nie poddaje się, o co jak co ale o miłość warto walczyć, prawda?" - myślałem, motywując się do wyjazdu.
No właśnie, prawda to czy fałsz drodzy Czytelnicy?

Modlitewniki są, kasa jest, szlugi również, ciepłe ubranie tak samo - więc jak? No to w drogę. Do Jasnogórskiego sanktuarium udałem się pociągiem, PKP Intercity, dokładnie 24 marca 2013 roku. Na dworze minus 20, w pociągu zaś - ciepło, choć nie do końca miło ze względu na moją desperację oraz fatalny stan psychiczny. W drodze, głównie obserwowałem przez szybę zamarzniętą przyrodę, oraz odmawiałem modlitwę za modlitwą - m.in do św. Rity o łaskę w sytuacjach beznadziejnych, litanie do najświętszej Marii panny, modlitwę o ubłaganie łask do Świętego Ojca Pio, czy nowennę do Judy Tadeusza - kolejnego patrona sprawa trudnych i beznadziejnych. To tylko niektóre modlitwy które wtedy odmawiałem w tejże intencji, także sporo łez wylałem w tymże pociągu choć ukryciu, a na tygodniu w kieleckiej bazylice katedralnej wylałem morze, hektolitry łez. Mówię Wam nigdy tak obficie nie płakałem - niemal jak pies, jak właśnie w tamtym okresie mojego życia. Słuchajcie, ja praktycznie tonąłem w łzach za nią, byłem totalnie pogrążony w smutku i prawdziwej czarnej rozpaczy, ławki w katedrze były mokre od łez niczym po deszczu. Może teraz zrozumiecie, jak bardzo byłem zdesperowany, aby ratować patową sytuację. Szczerze mówiąc, to przez łeb przechodziły mi i najgorsze myśli, ale zawsze jakoś wolałem widzieć tę iskierkę, nadzieję na szczęśliwy bieg wypadków i powrót mojej utraconej miłości. Mimo mojego stanu, oraz beznadzieji sytuacji, wcale się nie jednak poddawałem, ani nie płaszczyłem się przed utraconą, a walczyłem do ostatnich chwil. Używałem różnych taktyk - na kozaka z ostrymi choć szczerymi stwierdzeniami, żeby chwilę później żałować i już być nieco skruszony, po merytoryczną rozmowę, po prośby... no używałem naprawdę wszystkiego. Nic nie dawało zamierzonego rezultatu. Myślę wiec, że kto jak kto, ale Bóg zawsze mi pomoże, musi mi pomóc, bo jak On nie, to kto do licha, no kto !? Jasnogórska Pani nieustającej pomocy, również ubłaga Pana, Monia do mnie musi wrócić, bo ja - nie wyobrażam sobie egzystencji bez niej. Cóż przyznaję, jak dziś o tym wspominam o tamtych czasach to mam wrażenie, że istna świarlandia, albo wariatkowo, dużym z uśmiechem na twarzy. Wtedy jednak, do śmiechu mi nie było.
                                                     
                                                        (pamiątkowy bilet z tamtego "rejsu" do Częstochowy)

Wita mnie Częstochowski dworzec, więc to ostatnie chwilę aby nie doszło do mnie przeszywające poczucie mrozu, które wbijało się ciało niczym kolce soplów lodowych. Ludzi sporo, tylko ja taki zagubiony w swej rozpaczy, więc jak mam z dworca trafić na Jasną Górę? Okazało się jednak, że da się trafić, albowiem klasztor widoczny był już z samej hali dworcowej. Pomyślałem - "Okej, spoko jest dobrze" ,nabrałem większej pewności, oraz poczucia, iż sam Bóg nade mną czuwa. To miała być właśnie ta noc, podczas której wybłagam niemal że cud, w całym swoim poświęceniu oraz wypowiedzianych prośbach, modlitwach do różnych świętych, nie tylko zaś do samego Boga żywego Jezusa Chrystusa. Napełniało mnie to nadzieją, albowiem miałem wrażenie, ze całe niebiosa mi kibicują i chcą pomóc, a dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych. Tyle odmówionych modlitw, musi mi gwarantować poprawę sytuacji, no inaczej być nie może!


Idąc w kierunku klasztoru, mijałem po drodze kolejne grupy modlitewne, które w ten właśnie mróz na dworze odmawiały różaniec, rozdając okolicznościowe ulotki. Było to spore pokrzepienie w mej obawie, bo przecież pewności nie miałem, czy Jasno Górskie sanktuarium będzie otwarte tej nocy, nic się na ten temat nie dowiadywałem, przyjechałem tu totalnie w ciemno, spontanicznie, a grupa modlitewna na mieście dawała mi jakieś wyjście awaryjne. Nie mniej jednak, na miejsce docelowe dotarłem - klasztor otwarty, w końcu moim oczom ukazał się cudowny obraz Matki Bożej Częstochowskiej, opromieniony mocą ducha świętego przez modlących się wiernych.
Czarna Madonna która wstawiała się w tym miejscu za naszym narodem i nieprawdopodobnie ratowała go z opresji na tyle, że nawet potop szwedzki nie był w stanie zdobyć Jasnej Góry, a dzisiejszego wieczora zaś miała się zająć moją sprawą. Zająć osobiście, pomóc i ogarnąć mnie, to już ostatnia deska ratunku. Punkt docelowy osiągnięty, jestem, tak - moja spontaniczna myśl doczekała się realizacji!
Klęczę, spoglądam na oczy czarnej Madonny i myślę jakie i one są smutne w swym wydźwięku.
Maryja, matka Boża, zrozumie i mój smutek, skutecznie doda mi otuchy. Nadszedł już czas, gdy zacząłem się modlić słowami - "Maryjo, zwierciadło nieustającej pomocy, jestem u Ciebie, ja Grzesiek, nie czysty i grzeszny, ale skruszony i rozerwany doszczętnie. Jak wiesz przyjechałem z Kielc, prosić Cię o pomoc...Proszę Cię wybłagaj do Boga moją prośbę - niech Monika przejrzy na oczy i do mnie wróci, a jeśli to nie możliwe albo poskutkowało by czymś złym - to proszę Cię przygotuj mnie do tego, bo ja sobie z tym nie radzę. Jestem bezradny i zrozpaczony, nawet jeść nie bardzo mogę"...

Modlitwy wypowiedziane, karteczka z prośbami pod obrazem również zostawiona, wizerunek Matki Bożej Częstochowskiej powoli jest zasuwany, kaplica opuszcza kolejnych wiernych...
Co dalej ze mną się pocznie, ponadto w tak siarczysty mróz? Pociąg miałem o 6 rano bodajże...




Co było dalej? Oj dużo się wydarzyło, bardzo dużo, to dopiero początek tej niezwykłej, a zarazem dość dramatycznej w swych korzeniach historii, choć do momentu do którego doczytaliście nic nie zapowiadało jeszcze, tak niezwykłego, a zarazem tak przygodowego obrotu spraw. Chcecie się dowiedzieć co było dalej? Kolejna cześć tej niezwykłej historii już niebawem, gwarantuję Wam, że będzie bardzo ciekawie. Serdecznie zapraszam do przeczytania drugiej części tej opowieści.
______________________________________________
myslimlodegopolaka.pl (Y)
Autobiografia młodego Polaka - Pan Gie.