piątek, 2 grudnia 2016

Uzależnienia, zniewolenia, stowarzyszenie MONAR czyli teoria wyzwolenia cześć 3.

Przyznaję, że za bardzo nie wiem, od czego rozpocząć trzecią cześć relacji pobytu w ośrodku terapii rehabilitacji uzależnień Stowarzyszenia Monar. W drugiej części napisałem o pewnych kontrowersjach, choć tych w ośrodku było zdecydowanie więcej tak naprawdę. No cóż... Przynajmniej wiem już od czego zacząć ;). No to jedziemy.


Jak pamiętacie drodzy czytelnicy, poprzednio pisałem o wydalonym pacjencie - w drugiej części tejże relacji. Ten sam chłopak którego wydalili z ośrodka, wyznał wcześniej na "społeczności", iż boi się wracać do swojego miasta, albowiem krąży o nim nie prawdziwa plotka, że się "zgolił" na chłopaków - czyli powiedział panom policjantom nieco za dużo o swoich kolegach, bądź dilerach. Wytłumaczył sytuację w miarę logicznie, iż jest niewinny - widać było, że naprawdę jest to ogromny problem dla niego. Chyba wszyscy wiecie Drodzy czytelnicy z czym to się wiążę i jakie ma konsekwencje, taki "eter" na mieście potwierdzony dowodami w postaci wielu osób jako świadków i tzw: "papieru". Daleko mi od pajacyków "Jotpowców" i tym podobnych, próbujących zabłysnąć swoją sztywnością, ale odpowiedź terapeutki na jego kłopoty nie podobała mi się albowiem świadczyła o tym, że zupełnie nie ma ona pojęcia o realiach świata ulicy. Kobieta mieniąca się terapeutką po prostu nie wiedziała moim zdaniem o czym w ogóle mówi. Powiedziała mu mniej więcej - "nie rozumiem czym Ty się przejmujesz? Jesteś już po innej stronie barykady, tej przeciwnej więc nie powinieneś się tym przejmować. Odpowiedz sobie po której stronie jesteś, skoro martwisz się tym? Nie jesteś już z nimi, masz teraz inne poglądy, jeśli się przejmujesz tym, to świadczy, że mentalnie wciąż jesteś po tamtej stronie"...

Usłyszawszy to, przeniknęła mnie jednoznaczna myśl - co to ma być?
I to jest dobra, znająca się na fachu specjalistka?
Jak myślicie czytelnicy - czy to, że dana osoba walczy z uzależnieniem narkotykowym w ośrodku, czy to znaczy, że ma zamienić się w osobę hmm jak ją nazwać... no "lamusa", (jak by powiedzieli o nim osoby z "miasta") który donosi na złych kolegów, że Ci robią to, czy tamto?
Z wypowiedzi terapeutki tak wynikało niestety, że pobyt o ośrodku wiąże się z tym, iż pacjent ma totalnie zmienić się z jednej skrajności w drugą. Czyż, czy oto chodzi w ogóle całym procesie resocjalizacji, pomijając już nawet sam aspekt leczenia uzależnień?
Ja osobiście gdybym był terapeutą, nigdy bym nie doradzał swoim podopiecznym, aby całkowicie, w stu procentach, wyzbyć się dawnej osobowości, natomiast przewartościować siebie i zostawić dalej to, co uznamy za pozytywne w danej jednostce, negatywne zaś odrzucić bezpowrotnie, pamiętając jednak o realiach jakie panują w świecie i danej kulturze, na osiedlu, w szkole.
Bo czy celem pacjenta, jest spalić za sobą wszelkie mosty i walczyć prócz z uzależnieniem, to z reputacją i czarną stroną miasta? Dokładając do tego na pewno różną maść pajaców, którzy będą dręczyć delikwenta. Jestem zdania, że należało by spojrzeć na ten problem zdroworozsądkowo, bo od pewnych kwestii uciec się nie da, szara rzeczywistość nie jest za miętowa, a realne społeczeństwo wygląda inaczej niż społeczność Monarowska. Wszystkim pacjentom prędzej czy później przyjdzie się z tym zmierzyć, tego się nie uniknie.

Na koniec również dodam, że jestem także zdania iż jeśli nikt nie zmusza danej osoby do brania narkotyków, zażywa je ona z pełną świadomością, nie przymuszona, zaś tylko z własnej woli to powinna też wiedzieć, z czym to się wiążę i jak się należy zachowywać. Jeśli jednak, zachowała się nieodpowiednio co się też zdarza, to należy szukać rozwiązania - nie uciekać od realiów świata rzeczywistego jak w przypadku komentarza terapeutki. Uważam, że swoim nieodpowiednim, odrealnionym nieco podejściem, podejście terapeutki może znacząco zaszkodzić w terapii.
A Wy co o tym sądzicie drodzy Czytelnicy, o tej powszechnej i ważnej kwestii w tym podobnych ośrodkach?

Kolejna kwestią kontrowersyjną jaką poruszę, to twarda, niemal żołnierska dyscyplina i nakręcanie się na ... wzajemne donoszenie właśnie. Przynajmniej moja osoba tak odebrała to chore zjawisko. Obserwując społeczność pod tym względem można było odnieść wrażenie, że niektórzy pacjenci swoje niepowiedzenia mogli zrekompensować jedynie tym, że ukarają bądź zwrócą uwagę kompanowi: że ten coś źle zrobił, bądź nie dotrzymał pewnych zasad. Kiedy sytuacja dotyczy rzeczywistego "wyślizgiwania" się od obowiązków czy świadomego gwałcenia zasad, to postawa taka jest wskazana, albowiem każdy pacjent musi wiedzieć gdzie i po co właśnie w tym miejscu się znajduje, społeczność zaś powinna dbać o Siebie wzajemnie. Ale czy "podkablowanie" do społeczności, że dany "kuracjusz" niechcący w czasie pracy usiadł na krześle na dosłownie 3 sekundy ze zwykłego zapomnienia się, albowiem przebywał dopiero dwa i pół tygodnia w ośrodku, nie jest przesadą? Jak myślicie Czytelnicy?

Moim zdaniem jest i to grubą, taką postawę rzeczywiście oceniam jako już konfidenctwo i złośliwość, nic innego jak zwykłe donosicielstwo, skarżypytctwo.
Jednak niestety, takie sytuacje miały miejsce w społeczności i to nie rzadko, karą za nie była oczywiście całodniowa praca do 21 godziny. Śmiem twierdzić, że to ogromnie rujnuje terapię, co do tego jestem zresztą przekonany.
Raz, że tworzy to poczucie ogromnej niesprawiedliwości, oraz niezrozumienia i pokrzywdzenia.
Dwa - uprzedzenia odnośnie "kapusia" co biorąc pod uwagę hasła z którymi utożsamia się społeczność, powoduje dwa światy - ten oficjalny monarowski i realny który tkwi głęboko w sercu, z prawdziwymi odczuciami względem innych pacjentów (może tworzyć to tzw: podwójną osobowość). Po trzecie - daje możliwość wyżywania się pacjentów, wywyższania ponad drugimi, uczy złych postaw - bezduszności i służbistości albowiem mowa jest tutaj o drobnostkach popełnionych niechcący, nie zaś świadomemu działaniu. Czy oto w tym wszystkim chodzi?
Szczególnie jeden chłopak, chełpił się wręcz chamskim zwracaniu uwagi innym i donoszeniu.
Ja jednak zaraz gościa rozgryzłem i porozmawiałem z nim na ten temat to przyznał, że ma tendencję do wyżywania się w taki sposób, odreagowywania swoich własnych niepowodzeń na innych, jako poczucie wyższości daje mu podniesienie własnej wartości... Odpowiedziałem mu, że skoro jest taki mocny to po sięgał po narkotyki? Nic nie odpowiedział, ale nie zmienia to faktu, że nie tylko on ale i większość społeczności nie widziała w takich postawach nic zdrożnego...



Kontrowersji może starczy, przejdę teraz do tajników leczenia w ośrodku.

Jak zdążyliście przeczytać, pacjenci czas mieli wypełniony bo brzegi, od świtu aż do zmierzchu.
Dni mijają szybko, zlewają się w jedną sekwencję biegów, gimnastyk i przede wszystkim pracy, przerywanej dźwiękiem dzwonu. W ciągu dnia minimum 3 krotne zebrania społeczności, czyli jedyna okazja by móc spojrzeć na Siebie z boku, pomagały w tym opinie pozostałych członków społeczności. Dzięki temu na rozmyślanie o rozterkach nie ma za bardzo czasu, dopiero na społecznościach, po jakimś czasie można było na Siebie spojrzeć niczym w zwierciadle.

Ciągła praca miała jeszcze kilka innych ogromnych zalet w kurowaniu się. Mianowicie - uzurpowała ona realną codzienną pracę w życiu, pewien schemat wymagań od siebie samego.
Poprzez pracę, pacjenci nie tylko uczyli się sumienności, nabierali samodyscypliny, ale także przystosowywali się do życia w społeczeństwie, nabierali przydatnych umiejętności.
Po jakimś czasie sami dostrzegali iż wstają już wyspani, ochoty do życia jest coraz więcej, a na twarzy zaczynają się odbijać odcienie lata, kontrastujące ze ścianami sali terapeutycznej.
W lustrze coraz wyraźniej umieją dostrzec siebie i z dnia na dzień powracający uśmiech na ich twarzach, oceniają coraz bardziej racjonalnie sytuacje życiowe.
Tak, jest znacznie lepiej - wreszcie ma się ochotę robić coś konstruktywnego w życiu, albowiem nasza ziemska tułaczka nabiera kolorów.

Trzecią, ale moim zdaniem chyba najważniejszą zaletą wypełnionego czasu, pracy i dyscypliny było pokonanie tzw: "narkomańskiej dumy" (duma ta występuje w większości rodzajów uzależnień od substancji psychoaktywnych). Polega ona na tym, że dla osoby uzależnionej od substancji psychoaktywnych liczy się tylko to, czego ona chce. Jest z reguły obojętna na drugiego człowieka, nawet tego którego cały czas kocha i zrobi niemal wszystko, by spełnić swoją zachciankę, szczególnie tę dotyczącą uzależnienia. W związku z tym, kłamstwa jakie powtarza uzależniony od substancji psychoaktywnych człowiek, brzmią coraz bardziej absurdalnie, ale sam ich autor tego jeszcze nie dostrzega. Działanie takiej osoby charakteryzuje spory egoizm, z czasem coraz bardziej nasilający się. Delikwent niby widzi, że kosztem ludzi po tzw: "trupach" dochodzi do swojego celu, albowiem nie ubywa mu znacząco inteligencji, za to pozbawiony jest racjonalności.
Przykładowo - nieuczciwie, kosztem innych ludzi, wbrew swoim przyjaciołom zarabia na swój nałóg, ale tłumaczy to sobie na wszystkie możliwe sposoby - że tak musi, że jest to w porządku, że może robić co chce itp, prosi upominających aby się nikt nie wtrącał do jego życia, bo on przecież wie co robi. Bardzo wiele rzeczy odbiera jako wtrącanie się, bądź atak na swoja osobę. Najczęściej musi znaleźć się dopiero na rozdrożu, by zrozumieć iż każdą sytuację tłumaczył sobie tak, aby sam z nią mógł się pogodzić i tym sposobem dalej trwać w nałogu. To właśnie charakteryzuje narkomanów i alkoholików, łatwo po tym poznać np. alkoholika, który akurat nie musi codziennie spożywać alkoholu, w odmianie od zaawansowanego narkomana. Alkoholizm charakteryzują ciągi.

Praca natomiast wymaga podporządkowania się, choć na pewno początkowo, szczególnie nowicjusze chcieli się wymigać od pracy na wszelkie możliwe sposoby. Byli też podobno tacy, którzy na starcie przegrywali ze swoją "narkomańską dumą" - czyli wybierali zakłady karne, wyjeżdżając dobrowolnie z ośrodka już po kilku dniach. Tam wszakże nie musieli pracować, ale automatycznie pojawia się pytanie - czy "odwyk" w więzieniu przyniesie rezultat w postaci odejścia od nałogu, jak już na samym starcie jednostka przegrała ze swoimi słabościami, poddając się?  Terapia w monarze dla odmiany dawała szansę na zwycięski bój w walce z samym sobą, w ciężkiej walce ze swoją "narkomańską dumą". Z całą pewnością należy przyznać, iż w ośrodkach monarowskich, przebywają tylko prawdziwi wojownicy, którzy chcą wygrać swoje życie.

W tym fragmencie mojej relacji pojawia się również pytanie, jakie efekty daje proces resocjalizacji poprzez pracę? Zdaje się, że ministerstwo sprawiedliwości z PiS, lobbowało za taką właśnie polityką penitencjarną, gdzie praca w zakładach karnych była by obowiązkowa. Po pobycie w ośrodku Monaru i ja zrozumiałem, że to rzeczywiście dobre rozwiązanie.



Moja osoba zaś, coraz bardziej pogłębiała znajomości z pacjentami. Z jednym, z którym "poznałem się" w czasie powrotu z lasu, bardzo się zaprzyjaźniłem, dużo rozmawiałem i wskazywałem mu wiele światełek w tunelu. Bez cienia wątpliwości trafiały do niego moje słowa, co przekazał swojej terapeutce, która następnie powiedziała mi o tym. Nie ukrywam, iż byłem z siebie dumny, choć nie tylko on jeden korzystał z mojego doświadczenia życiowego, o którym mogłem opowiedzieć i pomóc wskazać właściwą drogę. Z każdą godziną, poznawałem kogoś nowego, relacje się nawiązywały coraz lepsze, pacjenci się do mnie przekonywali. Z godziny na godzinę coraz lepiej to wszystko wyglądało, coraz bardziej "okazale" wyglądał mój udział w społeczności.

2 - ego dnia mojego pobytu w ośrodku, do społeczności zawitała nowa pacjentka. Młoda, atrakcyjna dziewczyna, z "amatorskimi" tatuażami na rękach, dziarami na dłoniach typu "JP" itp.
Widać było na pierwszy rzut oka, iż wszelka patologia nie jest jej obca, przyznam bez ogródek. Pierwszego dnia jednak, płakała i dziwnie się zachowywała np. usilnie walczyła o papierosy które przy niej znaleziono. Okazało się, że była jeszcze pod wpływem narkotyków i przyjeżdżając do ośrodka nie bardzo zdawała sobie sprawę gdzie tak naprawdę się znajduję.
Gdy zapytano się jej na porannej społeczności czym się interesuje, odrzekła - "jak ktoś bierze, to chyba normalne, że niczym...".
W tym momencie zrobiło mi się autentycznie szkoda, nie tylko jej samej w sumie lecz wszystkich ludzi którym narkotyki odebrały słońce, słońce tak radosne i tak gorące...
Nowa członkini społeczności rozmawiając ze mną na następnego dnia powiedziała "muszę tu jakoś wytrzymać, niech mi to szybko zleci..."...
Widziałem, że przeżywała wtedy ciężkie chwile, teraz natomiast być może, że jest już na etapie domownika, czego jej serdecznie życzę ;)

Tego samego dnia, do ośrodka przyjechała moja koleżanka ze studiów, odbywająca praktyki w tymże ośrodku tydzień wcześniej. Załatwiała ona sobie wolontariat, czyli darmową posługę w ośrodku w określonym czasie. Była to jedna z najbliższych mi koleżanek z grupy studyjnej, czułem do niej duże zaufanie. Ceniłem jej pomoc z poprzednich semestrach roku akademickiego, oraz szczerość. Charakteryzowała ją "ogarniętość" i wręcz gigantyczny konkretyzm w działaniu. Tego dnia była jednak tak bardzo pewna siebie i tak ta pewność z niej mocno biła, już na odległość biła, iż sądziłem że to wręcz przesada, czułem, że dosłownie parę rożnych zdań i mogliśmy się posprzeczać.
Nie mniej jednak, udało mi się zamienić z nią kilka zdań i w chwili słabości wyznałem, że nie chce aby sądziła o mnie źle, z powodu iż zawaliłem jedna naszą prywatną kwestię w czasie roku akademickiego. Powiedziała mi bez wahania, iż nie sądzi źle i że nic takiego nie przyszło jej do głowy. Niby nic, szczegół, ale było to ogromnie cenne dla mojej psychiki, szczerze mówiąc tak poturbowanej wtedy, choć nie wiem czy ona zdawała sobie z tego sprawę. Do dziś, mam w głowie jej słowa. Bo prawda jest taka, że w tamtym okresie ja nie znosiłem samego Siebie, nienawidziłem wręcz siebie za pewne potknięcia, a jej słowa znacząco pozwoliły mi zaakceptować moją własną drogę życia oraz własne "Ja". Tak, zgadza się - nie można ulec swoim własnym, sztywnym schematom które istnieją ale tylko w naszych głowach...
Wynika więc, iż pobyt w ośrodku był także dla mnie swoistą terapią, a moją terapeutką została koleżanka z grupy. Hmm, fajnie to w sumie wyszło.

Mijały kolejne dni i z godziny na godzinę, mój pobyt w "Monarze" powoli dobiegał końca.
Nie ukrywam, że cieszyłem się, choć .... z niektórymi pacjentami się mocno zżyłem.
Na zewnątrz czekał na mnie ważny sprawdzian, w zasadzie to swoista chwila prawdy, że tak to nazwę, albowiem zaraz po przyjeździe miałem się zgłosić na ważne badania.
Nie spodziewałem się jednak, że ta chwila prawdy doprowadzi mnie do depresji, która wkrótce po przyjeździe do domu nastąpiła, ponieważ badania w szpitalu wyszły mi negatywnie.
Dobrze jednak, że wspomniana koleżanka przygotowała mnie w miarę do tego, choć rozmawialiśmy jedynie z 5 minut o tym, ale dzięki temu łatwiej mi było zetknąć się z problemem.
Nie zrozumcie mnie źle - piszę o tym aby podkreślić, że pobyt w Monarze był również i dla mnie terapią w dosłownym tego słowa znaczeniu. Ale do rzeczy.
W dzień mojego wyjazdu, na wieczornej społeczności, zabrałem głos - "Mój czas tutaj z Wami dobiega końca. Dziękuję wszystkim, za wspólnie spędzone dni, bardzo sobie je cenię - dzięki za wszystko". Zaraz po tym powiedziałem też swoje krótkie świadectwo z pobytu, zapisawszy je na kartce papieru. Przeczytałem swoje świadectwo choć raczej niezbyt płynnie, do tego mocno się denerwując, po czym cała sala zaczęła bić brawo. Było to o tyle budujące, że moim dwóm poprzedniczkom na praktykach brawa nie bili, choć koleżance o której wspomniałem powyżej już tak. Wiedziałem więc, że oklaski w społeczności były znakiem swojego rodzaju szacunku ze strony społeczności, wyznacznikiem tego, iż coś pozytywnego wniosłem do nich, choć to tylko kilka dni.

- Grzesiu pierwszego dnia twojego pobytu tutaj, miałem mieszane uczucia co do Ciebie. Sądziłem- może przez pryzmat twoich poprzedniczek, ale sądziłem że jesteś nieco zamulony i nie interesuje Cię nasza społeczność. Tymczasem porozmawiałem z Tobą i bardzo mi pomogłeś, widać, że wiesz o czym mówisz. Nie oceniaj książki po okładce i Ty jesteś tego idealnym przykładem- Dzięki wielkie! - powiedział pierwszy zgłaszający do wypowiedzi się pacjent.

- Grześ dużo rozmawiałeś ze mną, dzięki Tobie zrozumiałem co to znaczy mądrość. Jesteś niesamowicie inteligentnym człowiekiem, i do tego zawsze uśmiechniętym, zarażający pozytywną energia. Dzięki.- powiedział następny pacjent.

-  Grzegorzu, uważam że naprawdę się nadajesz to tego co studiujesz. Dzięki za wszystkie rozmowy, pomogły mi.

- Panie Grzegorzu - odrzekła terapeutka odbywająca dyżur. Zaskoczyłeś mnie bardzo pozytywnie, tym co zaprezentowałeś podczas praktyki. Widać, że pragniesz zostawić tutaj coś po Sobie, choć nie podobało mi się, że czytałeś z kartki swoje świadectwo. Jesteś bardzo ciekawym człowiekiem, choć trochę też takim mędrcem...

To te wypowiedzi na temat mojej posługi które najbardziej utknęły mi w pamięci. Ja natomiast, zaproponowałem już wcześniej kadrze terapeutycznej, iż naprawdę chciałbym coś fajnego (co dokładnie - niech zostanie tajemnicą) zorganizować dla społeczności, mając takowe możliwości i znajomości. Zgodę dostałem od kadry terapeutycznej, pierwsze tygodnie jednak po przyjeździe, musiałem poświęcić dla tylko dla Siebie, ale teraz zakończeniem tej relacji wracam do żywych i biorę się ostro do pracy. Jak mawiają - lepiej późno niż wcale. Tym działaniem chociaż będę mógł pomóc społeczności, wskazać światełko w tunelu poprzez przykład i inspirację, oraz spełnić się jako człowiek, będąc pewnym, że wybierając ten właśnie kierunek studiów nie pomyliłem się i z tej drogi nie należy nigdy rezygnować, a iść za ciosem. Tak, praktyki w ośrodku rehabilitacji uzależnień stowarzyszenia Monar, uświadomiły mi wiele rzeczy i były również dla samego mnie terapią. Na koniec napiszę, że niech każdy z Was drodzy czytelnicy zastanowi się pięciokrotnie, zanim sięgnie po to gówno, jakim są narkotyki.

Pozdrawiam wszystkich chrześcijan i patriotów.      

____________________________________________
myslimlodegopolaka.pl

1 komentarz:

  1. Pobyt w ośrodku nie należy do najłatwiejszych. Jednak detoksykacja alkoholowa bardzo mi pomogła. Specjaliści dopasowali terapię do moich potrzeb, czułem się dobrze w tamtych warunkach i normalnie funkcjonowałem. Najpierw dokonano analizy, a dopiero później ustaliłem razem z terapeutą, że wolę indywidualne spotkania. Oczywiście poskutkowało.

    OdpowiedzUsuń