piątek, 23 grudnia 2016

Czym są dla Ciebie święta Bożego narodzenia?

Zbliżają się święta Narodzenia Pańskiego. Niewątpliwie, jest to dla nas chrześcijan szczególny czas - celebrujemy narodziny samego Boga, bardzo ważne święto dla chrześcijan które powinno mieć także ogromny wymiar duchowy. Tylko co z tego mamy obecnie? Jak MY chrześcijanie tak naprawdę obchodzimy święta Bożego Narodzenia? Ano tak, że wręczamy sobie wzajemnie prezenty z powodu wizyty Św. Mikołaja w Laponii, Świętego Mikołaja który paradoksalnie - był kimś zupełnie innym niż postać którą wykreowały mass media. Święta Bożego narodzenia, dla nas chrześcijan nie powinny być świętem reniferów, elfów, mass medialnego Św. Mikołaja który zresztą nie ma nic wspólnego z prawdziwą postacią, choinek, ozdób, świecidełek i innych duperelek, jak i również nie powinny być świętem obżarstwa - to wszystko o czym piszę nie ma nic wspólnego z narodzinami Jezusa. Powiem więcej - w istocie jest walką z prawdziwym celebrowaniem narodzin Jezusa - Boga w człowieczej postaci.

Dla wielu ludzi czas święta, to Kevin sam w domu w TV, obżarstwo i pseudo życzenia jak slogan "wesołych świąt" albo skopiowane wierszyki na facebooku które wielu nawet nie czyta, tylko wykonuje bez wysiłkową operacje - "kopiuj - wklej"... 
Prawda jest taka, że święta Bożego narodzenia w wymiarze kulturowym nie tylko, że nie mają nic wspólnego z chrześcijaństwem, ale są tak naprawdę zaprzeczeniem chrześcijaństwa i niestety - często ogromną hipokryzją wielu ludzi. Magia świąt ?! Żadna magia, za to moc Ducha świętego do godnego świętowania narodzin Jezusa zdecydowanie tak. 

W świąteczne dni składamy sobie życzenia, na portalach społecznościowych także ale przemyślcie i powiedzcie szczerze - jaką one dziś mają wartość? "Wesołych świat" powtarzamy na każdym kroku do każdego człowieka, gdzie byśmy się w tym czasie nie znaleźli co powoduje, że wartość tego sloganu jest znikoma, albo wręcz zerowa. Odnoszę wrażenie, że podanie ręki na przywitanie jest bardziej prawdziwe, niż ten puste słowa jak "Wesołych świąt"...
Swoją drogą, to święta te trwają aż dwa dni, więc najważniejsze jest to, żeby były te aż DWA DNI wesołe prawda? To jest ważniejsze niż to, aby podczas tych dni składać sobie SZCZERE życzenia życiowe... Tak to ma wyglądać, chrześcijanie? ... 

Dlatego, jak osobiście składam życzenia to robię to w sposób SZCZERY, na tyle szczery, że mają one jakąś wartość - albowiem płyną prosto z serca, szczerego życzenia dla drugiego człowieka. Staram się wtedy jakieś osobiste urazy do ludzi wyrzucać z Siebie daleko, albowiem to prawdziwy znak celebracji narodzin Jezusa. Jeśli jednak nie daje rady jakiś animozji do danego człowieka zostawić za Sobą, to hipokrytą nie jestem i życzeń poprostu nie składam. I to właśnie moim zdaniem czytelnicy powinno być dla nas prawdziwą, Bożą mocą świątecznego czasu. Pokonywanie naszych własnych słabości względem drugiego człowieka.
Ja osobiście zawsze, bez wyjątku tak robię i lata mi co sobie o tym ktoś pomyśli, że wolę powiedzieć coś bardziej ambitnego od serca, łamiąc się opłatkiem, czy składając osobiście życzenia niż "Zdrowych, wesołych świąt"... 

I My umiejmy się zatrzymać choć na chwilę w toku przygotowań świątecznych, i przemyślmy nasze osobiste przeżywanie Świąt, co naprawdę znaczą dla nas święta Bożego narodzenia. Jezus nikomu na siłę się nie narzuca, dlatego wymiar duchowy jest naszą osobistą sprawą, ale chociaż życzenia dla naszych bliskich niech będą szczere i mające wartość. Bądźmy prawdziwi i nie dajmy się pochłonąć w absurd i sztuczność, czyli to wszystko co nas na codzień otacza. W końcu święta to szczególny czas. 

 
Pozdrawiam
Pan Gie.


czwartek, 15 grudnia 2016

Bądź Sobą i idź pod prąd - zdrowe ryby tylko tak płyną!

"Chcemy być Sobą, chcemy być Sobą wreszcie..."

Znacie skądś te słowa Moi Czytelnicy? Jeśli nie, bądź wyleciało Wam z głowy to podpowiem Wam, że są to słowa kawałka Perfectu "Chcemy być Sobą". Chyba każdy tego pragnie prawda - być Sobą, choć wydaje mi się, że nie każdy rozumie co naprawdę znaczy być Sobą i co się na to składa. Naturalnie jak mamy być Sobą, jak nawet Siebie na dobrą sprawę nie poznaliśmy? W innym tekście pt: "Skazany na Sukces" pisałem - "I właśnie przez poznanie, zrozumienie swojego własnego "Ja" możemy stać się spełnionymi ludźmi, wiedzącymi co chcą robić w życiu i co im daje naprawdę szczęście".
No właśnie, spoko loko ładnie brzmi, ale jak w dzisiejszych czasach poznać swoje własne "JA", umieć być Sobą i Sobą dalej pozostać? Nie jest to bowiem takie proste, jak może się wydawać.


Pokuszę się o wyznanie, że zawsze imponowały mi osoby silne psychicznie, które swój szacunek wypracowały sobie kwestią naprawdę konkretną. Konkretną to np: ciężkim długotrwałym wysiłkiem, swoją indywidualną prawdziwością - jakże odmienną od pustych, płytkich szarych mas. Uzyskali sobie moje uznanie ciągłą walką w dążeniu do swoich ideałów, dojściu do swoich celów pomimo potyczek, wbrew zawsze czyhającym wrogom, czy zawdzięczają szacunek poprzez odwagę w wyrażaniu swojego zdania - szczególnie tam, gdzie może to być niewygodne i nie mile widziane. Krótko mówiąc, inspirowały mnie osoby które posiadały twardy, ugruntowany charakter, ludzie którzy nie boją się pozostać sobą, a wiadomo, że w obecnych czasach oto nie łatwo, choć oczywiście wartości które wyznają to inna bardzo ważna sprawa. W każdym razie napewno nie imponowały mi te silne psychicznie osoby, silne ale jedynie w postaci bezczelnego cwaniactwa, manipulacji, czy umiejętności dobrego "gadanego". Jeśli takich zdemaskowałem, a przy bliższym poznaniu niemal zawsze było, to "odpulałem" ich ze swojego towarzystwa, no albo osoby te wchodziły ze mną w otwarty konflikt, albowiem nie toleruję pewnych negatywnych postaw takich jak wywieranie presji na słabszych, czy narzucanie swojego zdania. Konflikty te kończyły się różnie - jedne rzeczywiście oznaczały swojego rodzaju pseudo kosę czyli oficjalną wzajemną niechęć, drugie nawrócenie mojego oponenta w swoich postawach, trzecie natomiast strach przed niewygodnym zdaniem i walkę ze mną, ale z reguły tylko za plecami. No cóż, bywało różnie.


Ktoś mi kiedyś powiedział, jedna ze znajomych, że jestem osobą kontrowersyjną. No oczywiście, w odniesieniu do niej to raczej wada, bo ta zawsze dostosowywała się do otoczenia, towarzystwa, niczym wiatrak - w zależności w którą stronę zawieje. Dla mnie jednak, chyba bardziej jest to zaleta. No bo zadajmy sobie wszyscy pytanie: co to znaczy być w dzisiejszych czasach osobą "nie kontrowersyjną" ? Czyż to nie jest bezrefleksyjne przyjmowanie tego, co narzuca nam system, poprawność polityczna, wszechobecny lobbing który nas otacza? Oj nie, nie ma opcji, to stanowczo nie dla mnie, no więc tak - jestem osobą kontrowersyjną.
Wiadomą kwestią jest, że jak każdy człowiek w życiu różne wady i zalety słyszałem w odniesieniu do mojej osoby, zarówno te prawdziwe i nieprawdziwe, przyznaję że wady czasami bywały ostre jak brzytwa - ale tego, że nie jestem szczery bądź, że można mi zarzucić brak charakteru nikt poważny mi nie zarzuci, tak przynajmniej na chwilę obecną. Dopilnuję aby tak było zawsze, albowiem bycie prawdziwym ze samym Sobą, pomimo nawet potknięć jakie przechodzę jest najważniejsze, bezcenne. W przeciwnym wypadku czuł bym się jak chodzące bezbarwne zero, czuł bym się bez osobowości, bez własnego wyrazu i tym samym wartości oraz intelektu. W moim przekonaniu, życie jako bezbarwne tło sensu jest pozbawione, nie rozumiem jak można się cieszyć z tego, że kosztem siebie unikamy pewnego dialektyzmu, przeciwieństwa które nie tylko czasami może poróżnić ludzi bądź wywołać konflikt, ale nie rzadko to właśnie ta odmienność fascynuje nas w drugim człowieku.

Zadaje Wam pytanie Drodzy Czytelnicy: Jaką wartość ma dana osoba jeśli postępuje, mówi, czyni dokładnie tak, jak wymaga tego chory system, który na każdym kroku poddaje nas manipulacji, jednostka która jest tylko maszynką innych ludzi, różnego rodzaju grup nacisku do osiągnięcia swoich egoistycznych celów takich jak - np. władza, pozycja, pieniądze, panowanie nad innymi? Odnoszę wrażenie niestety, że są niczym innym jak głupiutkimi tylko pionkami w całej potężnej machinie propagandy, wojnie o każdego człowieka, o jego model, schemat postępowania i poglądów w świecie, czy także w mniejszym, lokalnym środowisku. Nie zrozumcie mnie Czytelnicy, że piszę na ten temat tylko w wymiarze politycznym, choć wiem, że może tak to brzmieć.

Nie ukrywam, że strasznie mnie irytują, a zarazem śmieszą ludzie którzy wyłącznie jak wrony w stadzie powtarzają hasła, frazesy które w ich środowisku są na topie, zupełnie nie mając pojęcia o co chodzi w tej całym systemie. Ci kretyni (sorry - inaczej nazwać ich nie mogę) umieją krytykować drugich bezmyślnie powielając to co gdzieś kiedyś usłyszeli, albo wręcz brzydzą mnie nawet ludzie którzy na każdym kroku ulegają nieustannej presji silniejszych jednostek w swoim postępowaniu, poglądach czy opiniach. Albo osobnicy którzy udają kogoś innego niż są.
"Nie wiesz kim być - bądź Sobą - nie Kubą Wojewódzkim, nie Rysiem Ochudzkim - tylko Sobą, naprawdę Sobą!". To z kolei słowa kawałka grupy operacyjnej "bądź Sobą". Korzystając z okazji polecam Wam go. Tak, dobrze, okej - wiem, że gdybym był Milerem to Ziobro był dla mnie zerem, lecz jestem Panem Gie i Ziobro oprócz tego, że jest ministrem sprawiedliwości jest dla mnie sprawnym politykiem, nie zaś zerem ;). Nie mniej jednak, przyznaję, że często mam ochotę rozprawić się słownie z daną wroną albo kretynem, jeśli w dodatku sądzi o sobie, jakaż to nie jest mądra, bo swojego zdania pozbawiona jest za grosz, a jedyne co zrobiła w życiu to zamieniła się z człowieka na kiepską kserokopiarkę i z takim oto ślinotokiem powtarza kwestie które drugą osobę mogą zranić.

W naszym bogatym w różne doświadczenia życiu czytelnicy być może, że niejednokrotnie zaliczymy ostry nokaut, padając bezwładnie jako ten niby przegrany - na matę niczym Tomek Adamek w starciu z Moliną. Mimo tego bólu który z nas się ulatnia i kolejnej cierpkiej lekcji musimy zawsze podnosić się po danym ciosie i dalej konsekwentnie robić swoje, nie przejmując się opinią oponentów. Następny cios jak już padnie, to tym razem mnie nas już tak nie powali jak poprzednio, bo będziemy umieli go celnie skontrować i skutecznie się wybronić, aby w końcu wygrać i tym samym dopiąć do swego upragnionego celu. Po pewnym czasie poprostu stajemy się trwale silniejsi, umiejący stawić opór swoim oponentom, przywarom, troskom i skutecznie walczyć, używając swoich największych atutów. Krótko mówiąc to właśnie w bólu i walce poznajemy Siebie, kształtuje się wtedy charakter człowieka, swoje indywidualne, wyjątkowe, jakże bardzo wyraziste -  własne "JA" drogi czytelniku. Tego nie kupisz za żadne pieniądze, to musisz sobie sam wypracować. Niech każdy z osobna sobie odpowie na pytanie kim naprawdę jest w życiu? Apeluję do każdego człowieka - nie bójcie się być Sobą!

Proszę Was, nie odbierzcie tego narcystycznie ale dlatego właśnie, że znam siebie i nie boje się być sobą, nie obchodzi mnie zdanie ludzi na mój temat którzy mnie nie znają, bądź opierają je na zasadzie, "bo ktoś tak powiedział". Sam natomiast, zawsze walę prosto z mostu co mi leży na sercu, co sądzę na dany temat, a mając odpowiednie poczucie własnej wartości nie muszę nikomu się podlizywać i potakiwać na wszystko co ktoś powie. Wyrażałam śmiało, dosadnie kiedy uznam za stosowane swoje opinie (dosadnie nie znaczy, że nie kulturalnie czy jak cham totalny!) a kiedy trzeba to nawet bardzo ostro w stosunku do niektórych osób formułuje odpowiedni pogląd, czy na tematy np. różnych ludzi, środowisk, kultur, gron w których niegdyś byłem, bądź dalej jestem. Nie żebym robił to na wariata oczywiście typu, że znajduje się w towarzystwie kibiców Kszo Ostrowiec, a krzyczę na cały głos "Korona Kielce chamy!", ale też nie zamierzam przed nikim się płaszczyć, klękać żebym to nie wyraził swojego zdania, bo komuś jest ono nie na rękę, czy bo jakiegoś pajaca ono tak zaboli, że serce będzie mu krwawić, bo on potrzebował np.wierzyć w manię swojej urojonej wielkości, czy swojej wygodnej rzeczywistości... Ale co mnie to obchodzi? Wiadomo, ciężka prawda zawsze boli, ale w moim przekonaniu będę ją używał stale, jak to jest tylko możliwe aby to właśnie nią trafiać w serca hipokrytów i innych cymbałów myślących, że jak podporządkowali sobie jakieś wrony, które w stadzie zawsze kraczą tak jak one, bądź kraczą tak jak wszyscy inni w danym środowisku, że koniecznie mają rację, czy że błyszczą.
Nie wspominam już nawet o wiatrakach - Ci z kolei mówią tak, jak w danym momencie zawieje.

Naturalnie wiem, że banda giermków, przydupasów i wdupowłazów swoich "guru" zaraz się na mnie rzuci, broniąc meinstramowej, powszechnej opinii. Zupełnie mnie to jednak nie rusza, no bo jak mogę się przejmować opinią prostaków którzy dają się wykorzystywać jak zwykli bezbarwni frajerzy? Przecież za przeproszeniem nawet gówno ma swój kolor... Mogę za to, z uśmiechem na twarzy zapytać się ilu ich będzie następnym razem, bo poprzednio, przy poprzednim hejtingu było ich np. kilkunastu no i nie są w stanie poradzić sobie argumentowo ze mną jednym. Tak więc wynika z tego, że wszystko co oni mogą... to jedynie pocałować mnie w dupę ;)

Drodzy Czytelnicy, nikt nie jest w stanie pozbawić mnie bycia sobą. Dlatego, także w swoich felietonach nigdy nie ukrywałem swojej tożsamości (bo to przecież prawdziwy Ja!) czy nie zatajałem swoich problemów, choć spotkałem się z opinią - "Grzesiu po co się odkrywasz czy srasz we własne gniazdo, pisząc o tym czy o tamtym - to jest bardzo prywatne...". Odpowiedź, dla każdego kto by tak pomyślał brzmi następująco: Ja nie potrzebuję nikomu i tym bardziej sobie niczego udowadniać, nie posiadam kompleksów na punkcie mojej tożsamości, sikam natomiast na to, co ktoś pomyśli o mnie w związku z tym że napisałem o swoich dylematach czy cierpieniach które de facto ma każdy, więc zupełnie mi nie wadzi to, że podzielę się częścią siebie, nawet gdy jest ona zbudowana na rozterkach. Przecież to na rozterkach budujemy Siebie...Odpowiedzią na taki zarzut jest także pytanie - czy mam się wstydzić własnego siebie, własnego życia? Przecież, to właśnie jestem prawdziwy "JA"...


Tak, zgadza się - często idę pod prąd i jestem z tego dumny, choć zdaje sobie również sprawę, że wiele ludzi mnie znienawidzi z tego powodu, czy będę się stawał obiektem jakiś drwin, ośmieszania ale przynajmniej na tym etapie - tylko z ust nic nie znaczących hejterów, wron i wiatraków, ludzi przeżywających swoje kompleksy, nowe pryszcze na dupie. Z drugiej zaś strony, wiele, bardzo wiele ludzi doceni taką postawę i u nich się zyska autentyczny, trwały szacunek. Odnośnie hejterów jednak, w związku z tym, już teraz mogę dla nich zapowiedzieć, że niebawem ukażą się moje niewygodne, kontrowersyjne felietony na temat różnych kultur. Domyślam się, że tymi tekstami również nie wzbudzę aplauzu wśród większości ludzi, czy głównego nurtu tych środowisk. Zostanę zjechany? Ilu Was będzie tym razem?...Oczywiście na konstruktywną nawet bardzo mocną krytykę jestem otwarty zawsze, w tym wypadku piszę o hejterach którzy nieustannie się pojawiają. Nie ma osoby, która wspinając się na swój własny szczyt nie stykała by się z tą bandą, jednakowoż mnie ona tak skutecznie pobudza do śmiechu.

Jak to mam w zwyczaju w mojej publicystyce, zadaje Wam pytanie czytelnicy: Czym się dana osoba np. z kultury oazowej, czy ruchu kibicowskiego która bezmyślnie powtarza meinstremowe opinie panujące w tym środowisku, czym ona różni się od przeciętnego dziadka równie bezmyślnie powtarzającego slogany z rodem TVN które te grupy tak mocno krytykują? Otóż niczym się nie różnią, oprócz tego, że żyją w innych kulturach, światach (kulturach często narzuconych im z góry) ale tak samo bezmózgo, ślepo powtarzają modne hasła w danym środowisku.


Nie przypadkowo wymieniłem oazę, bo pamiętam jak swego czasu jak angażowałem się w Ruch - Światło Życie, to miałem wtedy zakaz publiczny wyrażania swojej opinii na temat postaw wielu decyzyjnych, ponieważ burzyłem - jak to powiedział moderator - obowiązujące zasady panujące w tym środowisku, rzekomo buntowałem innych uczestników. Przez jakiś czas, byłem poddawany swojego rodzaju dyskryminacji w tej kulturze, zarówno w czasie rekolekcji na 2 stopniu formacyjnym, jak i formacji śródrocznej. Z biegiem czasu, zaniechałem tam czynnego uczestnictwa, choć oazy rekolekcyjne zawsze będą bliskie mojemu sercu i tego również nic nie zmieni. Pamiętam także, jak mój artykuł o metroseksualiźmie spotkał się z ogromną dozą krytyki, tak samo jak moje tezy dotyczące wyborów prezydenckich w 1 turze. Wtedy m.in publicznie mocno skrytykowali mnie ludzie, z którymi mnie wiele łączy. Warto wspomnieć, że już samo moje członkostwo w takim, a nie innym ugrupowaniu sporo hejtu mi przystwożyło. Na studiach natomiast, podczas konferencji naukowej wyraziłem w dość dobitnych słowach co sądzę o pewnym polityku PSL obecnym na konferencji, za co cześć ludzi skrytykowała mnie również mocno, druga zaś cześć sali zaczęła nieśmiale bić brawo ;) Nie tak dawno znowuż prowadziłem publicznie ostrą dyskusję na temat ruchu kibicowskiego, po publikacji mojego tekstu na ten temat. Oczywiście grono ludzi (a może prędzej bezmózgich wron? hehe) hejtujących moją opinię publicznie było nie małe, ale jak pisałem - potęguję to jedynie mój śmiech i uświęca w słuszności swojej opinii. Gdyby nie była słuszna nikt aż tak by się obruszył, proste. Ta sama cecha która odpowiada za to, że nie boje się iść pod prąd, nie zmieniała się także w stosunku do osób prywatnych, co za tym idzie - parę osób usłyszało kilka cierpkich słów na temat swojej postawy, (staram się ludzi nie oceniać - Bóg jest od tego) gdy na to zasługiwali rzecz jasna. Nigdy jednak mnie to nie zastopowało, w byciu niezmiennie Sobą. No właśnie, tylko jak nauczyć się być sobą, jak nie wszyscy mają na tyle odwagi, a nawet nie wiedzą jak to zrobić? I o tym m.in właśnie przeczytacie w kolejnym moim felietonie, który już czeka na publikację.

Pozdrawiam wszystkich chrześcijan i patriotów.





piątek, 2 grudnia 2016

Uzależnienia, zniewolenia, stowarzyszenie MONAR czyli teoria wyzwolenia cześć 3.

Przyznaję, że za bardzo nie wiem, od czego rozpocząć trzecią cześć relacji pobytu w ośrodku terapii rehabilitacji uzależnień Stowarzyszenia Monar. W drugiej części napisałem o pewnych kontrowersjach, ale tych w ośrodku było zdecydowanie więcej moi zdaniem. No cóż... Przynajmniej wiem już od czego zacząć ;). No to jedziemy.


Jak pamiętacie drodzy czytelnicy, poprzednio pisałem o wydalonym pacjencie - w drugiej części tejże relacji. Ten sam chłopak którego wydalili z ośrodka wyznał wcześniej na społeczności, iż boi się wracać do swojego miasta, albowiem krąży o nim nie prawdziwa plotka, że się "zgolił" na chłopaków - czyli powiedział panom policjantom nieco za dużo o swoich kolegach, bądź dilerach. Wytłumaczył sytuację w miarę logicznie, iż jest niewinny - widać było, że naprawdę jest to ogromny problem dla niego. Chyba wszyscy wiecie Drodzy czytelnicy z czym to się wiążę i jakie ma konsekwencje, taki "eter" na mieście potwierdzony dowodami w postaci wielu osób jako świadków i tzw: "papieru". Daleko mi od pajacyków "Jotpowców" i tym podobnych, próbujących zabłysnąć swoją sztywnością, ale odpowiedź terapeutki do niego nie podobała mi się bo świadczyła o tym, że zupełnie nie ma ona pojęcia o realiach świata ulicy. Kobieta mieniąca się terapeutką poprostu nie wiedziała moim zdaniem o czym w ogóle mówi... Powiedziała mu mniej więcej - "nie rozumiem czym Ty się przejmujesz? Jesteś już po innej stronie barykady, tej przeciwnej więc nie powinieneś się tym przejmować. Odpowiedz sobie po której stronie jesteś, skoro martwisz się tym? Nie jesteś już z nimi, masz teraz inne poglądy, jeśli się przejmujesz tym, to świadczy, że mentalnie wciąż jesteś po tamtej stronie"...

Usłyszawszy to, pomyślałem sobie - co to ma być?! I to jest dobra, znająca się na fachu specjalistka? Jak myślicie czytelnicy - czy to, że dana osoba walczy z uzależnieniem narkotykowym w ośrodku, czy to znaczy, że ma zamienić się w osobę hmm jak ją nazwać... no "lamusa", który donosi na złych kolegów, że Ci robią to, czy tamto? Z wypowiedzi terapeutki tak wynikało niestety, że pobyt o ośrodku wiąże się z tym, iż pacjent ma totalnie zmienić się z jednej skrajności w drugą. Przecież nie oto chodzi w ogóle całym procesie resocjalizacji, pomijając już nawet leczenie uzależnień... Ja osobiście gdybym był terapeutą, nigdy bym nie doradzał swoim podopiecznym, aby całkowicie wyzbyć się dawnej osobowości, natomiast przewartościować Siebie to już tak i zostawić dalej to, co jest pozytywne w danej jednostce, negatywne zaś odrzucić bezpowrotnie, pamiętając jednak o realiach jakie panują w świecie i danej kulturze, na osiedlu, w szkole. Bo czy celem pacjenta, jest spalić za Sobą wszelkie mosty i walczyć prócz z uzależnieniem, to z reputacją i czarną stroną miasta? Dokładając do tego napewno różną maść pajaców, którzy będą dręczyć delikwenta. Jestem zdania, że należało by spojrzeć na ten problem zdroworozsądkowo, bo od pewnych kwestii uciec się nie da, szara rzeczywistość nie jest zamiętowa, a realne społeczeństwo wygląda inaczej niż społeczność Monarowska. Wszystkim pacjentom prędzej czy później przyjdzie się z tym zmierzyć.

Na koniec dodam, że jestem także zdania iż jeśli nikt nie zmusza danej osoby do brania narkotyków, zażywa je ona z pełną świadomością, nie przymuszona tylko z własnej woli to powinna też wiedzieć, z czym to się wiążę i jak się należy zachowywać. Jeśli jednak, zachowała się nieodpowiednio co się zdarza, to należy szukać rozwiązania - a nie uciekać od realiów świata rzeczywistego jak w przypadku komentarza terapeutki. Swoim nieodpowiednim, odrealnionym nieco podejściem, może znacząco zaszkodzić w terapii. Czyż nie mam racji? A Wy co o tym sądzicie drodzy Czytelnicy, o tej powszechnej i ważnej kwestii w tym podobnych ośrodkach?

Kolejna kwestią kontrowersyjną jaką poruszę, to twarda, niemal żołnierska dyscyplina i nakręcanie się na ... wzajemne donoszenie właśnie... Przynajmniej moja osoba tak odebrała to chore zjawisko. Obserwując społeczność pod tym względem można było odnieść wrażenie, że niektórzy pacjenci swoje niepowiedzenia mogli zrekompensować jedynie tym, że ukarają bądź zwrócą uwagę kompanowi, że ten coś źle zrobił, bądź nie dotrzymał pewnych zasad. Kiedy sytuacja dotyczy rzeczywistego "wyślizgiwania" się od obowiązków czy świadomego gwałcenia zasad, to postawa taka jest wskazana, każdy pacjent musi wiedzieć gdzie i po co właśnie w tym miejscu się znajduje, społeczność zaś powinna dbać o Siebie wzajemnie. Ale czy "podkablowanie" do społeczności, że dany "kuracjusz" niechcący w czasie pracy usiadł na krześle na dosłownie 3 sekundy ze zwykłego zapomnienia się, albowiem przebywał dopiero dwa i pół tygodnia w ośrodku, nie jest przesadą? Jak myślicie Czytelnicy?

Moim zdaniem jest i to grubą, taką postawę rzeczywiście oceniam jako konfidenctwo i złośliwość, nic innego jak zwykłe donosicielstwo. A takie sytuacje miały miejsce w społeczności i to nie rzadko, karą za nie była oczywiście całodniowa praca do 21 godz. Śmiem twierdzić, że to ogromnie rujnuje terapię, co do tego jestem zresztą przekonany. Raz, że tworzy to poczucie ogromnej niesprawiedliwości, oraz niezrozumienia i pokrzywdzenia. Dwa - uprzedzenia odnośnie "kapusia" co biorąc pod uwagę hasła z którymi utożsamia się społeczność, powoduje dwa światy - ten oficjalny monarowski i realny który tkwi głęboko w sercu, z prawdziwymi odczuciami względem innych pacjentów (może tworzyć to podwójną osobowość). Po trzecie - daje możliwość wyżywania się pacjentów, wywyższania ponad drugimi, uczy złych postaw - bezduszności i służbistości albowiem mowa jest tutaj o drobnostkach popełnionych niechcący, nie zaś świadomemu działaniu. Czy oto w tym wszystkim chodzi? Szczególnie jeden chłopak, chełpił się wręcz chamskim zwracaniu uwagi innym i donoszeniu. Ja jednak zaraz typa rozgryzłem i porozmawiałem z nim na ten temat. Przyznał, że ma tendencję do wyżywania się w taki sposób, odreagowywania swoich własnych niepowodzeń na innych, jako poczucie wyższości daje mu podniesienie własnej wartości... Powiedziałem mu, że skoro jest taki mocny to po sięgał po narkotyki? Nic nie odpowiedział, ale nie zmienia to faktu, że nie tylko on ale i większość społeczności nie widziała w takich postawach nic zdrożnego...



Kontrowersji może starczy, przejdę teraz do tajników leczenia w ośrodku.

Jak zdążyliście przeczytać, pacjenci czas mieli wypełniony bo brzegi, od świtu aż do zmierzchu. Dni mijają szybko, zlewają się w jedną sekwencję biegów, gimnastyk i przede wszystkim pracy, przerywanej dźwiękiem dzwonu. W ciągu dnia minimum 3 krotne zebrania społeczności, czyli jedyna okazja by móc spojrzeć na Siebie z boku, pomagały w tym opinie pozostałych członków społeczności. Dzięki temu na rozmyślanie o rozterkach nie ma za bardzo czasu, dopiero na społecznościach, po jakimś czasie można było na Siebie spojrzeć niczym w zwierciadle.

Ciągła praca miała jeszcze kilka innych ogromnych zalet w kurowaniu się. Mianowicie - uzurpowała ona realną codzienną pracę w życiu, pewien schemat wymagań od Siebie samego. Poprzez pracę, pacjenci nie tylko uczyli się sumienności, nabierali samodyscypliny, ale także przystosowywali się do życia w społeczeństwie, nabierali przydatnych umiejętności. Po jakimś czasie sami dostrzegali iż wstają już wyspani, ochoty do życia jest coraz więcej, a na twarzy zaczynają się odbijać odcienie lata, kontrastujące ze ścianami sali terapeutycznej. W lustrze coraz wyraźniej umieją dostrzec Siebie i z dnia na dzień powracający uśmiech na ich twarzach, oceniają coraz bardziej racjonalnie sytuacje życiowe. Tak, jest znacznie lepiej, wreszcie ma się ochotę robić coś konstruktywnego w życiu, albowiem nasza ziemska tułaczka nabiera kolorów.

Trzecią, ale moim zdaniem chyba najważniejszą zaletą wypełnionego czasu, pracy i dyscypliny było pokonanie tzw: "narkomańskiej dumy" (duma ta występuje w większości rodzajów uzależnień od substancji psychoaktywnych). Polega ona na tym, że dla osoby uzależnionej od substancji psychoaktywnych liczy się tylko to, czego ona chce. Jest z reguły obojętna na drugiego człowieka, nawet tego którego cały czas kocha i zrobi niemal wszystko, by spełnić swoją zachciankę, szczególnie tę dotyczącą uzależnienia. W związku z tym, kłamstwa jakie powtarza uzależniony od substancji psychoaktywnych człowiek, brzmią coraz bardziej absurdalnie, ale sam ich autor tego jeszcze nie dostrzega. Działanie takiej osoby charakteryzuje spory egoizm, z czasem coraz bardziej nasilający się. Delikwent niby widzi, że kosztem ludzi po tzw: "trupach" dochodzi do swojego celu, albowiem nie ubywa mu znacząco inteligencji, za to pozbawiony jest racjonalności. Przykładowo - nieuczciwie, kosztem innych ludzi, wbrew swoim przyjaciołom zarabia na swój nałóg, ale tłumaczy to sobie na wszystkie możliwe sposoby - że tak musi, że jest to w porządku, że może robić co chce itp, prosi upominających aby się nikt nie wtrącał do jego życia, bo on wie co robi. Bardzo wiele rzeczy odbiera jako wtrącanie się, bądź atak na swoja osobę. Najczęściej musi znaleźć się dopiero na rozdrożu, by zrozumieć iż każdą sytuację tłumaczył sobie tak, aby sam z nią mógł się pogodzić i tym sposobem dalej trwać w nałogu. To właśnie charakteryzuje narkomanów i alkoholików, łatwo po tym poznać np. alkoholika, który akurat nie musi codziennie spożywać alkoholu, w odmianie od narkomana. Alkoholizm, charakteryzują ciągi.

Praca natomiast wymaga podporządkowania się, choć napewno początkowo, szczególnie nowicjusze chcieli się wymigać od pracy na wszelkie możliwe sposoby. Byli też podobno tacy, którzy na starcie przegrywali ze swoją "narkomańską dumą" - czyli wybierali zakłady karne, wyjeżdzając dobrowolnie z ośrodka już po kilku dniach. No cóż...Tam wszakże nie musieli pracować, ale automatycznie pojawia się pytanie - czy "odwyk" w więzieniu przyniesie rezultat w postaci odejścia od nałogu, jak już na samym starcie jednostka przegrała ze swoimi słabościami, poddając się?  Monar dla odmiany dawał szansę na zwycięski bój w walce z samym Sobą, w ciężkiej walce ze swoją "narkomańską dumą". Z całą pewnością należy przyznać, iż w ośrodkach monarowskich, przebywają tylko prawdziwi Wojownicy, którzy chcą wygrać swoje życie.

W tym fragmencie mojej relacji pojawia się również pytanie, jakie efekty daje proces resocjalizacji poprzez pracę? Zdaje się, że ministerstwo sprawiedliwości z PiS, lobbowało za taką właśnie polityką penitencjarną, gdzie praca w zakładach karnych była by obowiązkowa. Po pobycie w ośrodku Monaru i ja zrozumiałem, że to rzeczywiście dobre rozwiązanie.



Ja za to, coraz bardziej pogłębiałem znajomości z pacjentami. Z jednym, z którym "poznałem się" w czasie powrotu z lasu, bardzo się zaprzyjaźniłem, dużo rozmawiałem i wskazywałem mu wiele światełek w tunelu. Bez cienia wątpliwości trafiały do niego moje słowa, co przekazał swojej terapeutce, która następnie powiedziała mi o tym. Nie ukrywam, iż byłem z siebie dumny, choć nie tylko on jeden korzystał z mojego doświadczenia życiowego, o którym mogłem opowiedzieć i pomóc wskazać właściwą drogę. Z każdą godziną, poznawałem kogoś nowego, relacje się nawiązywały coraz lepsze, pacjenci się do mnie przekonywali. Z godziny na godzinę coraz lepiej to wszystko wyglądało, coraz bardziej okazale wyglądał mój udział w społeczności.

2 - ego dnia mojego pobytu w ośrodku, do społeczności zawitała nowa pacjentka. Młoda, atrakcyjna dziewczyna, z amatorskimi tatuażami na rękach, dziarami na dłoniach typu "JP" itp...Widać było na pierwszy rzut oka, iż wszelka patologia nie jest jej obca. Pierwszego dnia jednak, płakała i dziwnie się zachowywała np. usilnie walczyła o papierosy które przy niej znaleziono. Okazało się, że była jeszcze pod wpływem narkotyków i przyjeżdzając do ośrodka nie bardzo zdawała Sobie sprawę gdzie się znajduję. Gdy zapytano się jej na porannej społeczności czym się interesuje, odrzekła - "jak ktoś bierze, to chyba normalne, że niczym...". W tym momencie zrobiło mi się strasznie szkoda, nie tylko jej samej ale wszystkich ludzi którym narkotyki odebrały słońce, słońce tak radosne i tak gorące... Nowa członkini społeczności rozmawiając ze mną na następnego dnia powiedziała "muszę tu jakoś wytrzymać, niech mi to szybko zleci..."... Widziałem, że przeżywała wtedy ciężkie chwile, teraz natomiast być może, że jest już na etapie domownika, czego jej serdecznie życzę ;)

Tego samego dnia, do ośrodka przyjechała moja koleżanka ze studiów, odbywająca praktyki w tymże ośrodku tydzień wcześniej. Załatwiała ona sobie wolontariat, czyli darmową posługę w ośrodku w określonym czasie. Była to jedna z najbliższych mi koleżanek z grupy studyjnej, czułem do niej duże zaufanie. Ceniłem jej pomoc z poprzednich semestrach roku akademickiego, oraz szczerość. Charakteryzowała ją "ogarniętość" i wręcz gigantyczny konkretyzm w działaniu. Tego dnia była jednak tak bardzo pewna Siebie i tak ta pewność z niej mocno biła, już na odległość biła, iż sądziłem że to wręcz przesada, czułem, że dosłownie parę rożnych zdań i mogliśmy się posprzeczać. Nie mniej jednak, udało mi się zamienić z nią kilka zdań i w chwili słabości wyznałem, że nie chce aby sądziła o mnie źle, z powodu iż zawaliłem jedna naszą prywatną kwestię w czasie roku akademickiego. Powiedziała mi bez wahania, iż nie sądzi źle i że nic takiego nie przyszło jej do głowy. Niby nic, szczegół, ale było to ogromnie cenne dla mojej psychiki, szczerze mówiąc tak poturbowanej wtedy, choć nie wiem czy ona zdawała sobie z tego sprawę. Do dziś, mam w głowie jej słowa. Bo prawda jest taka, że w tamtym okresie ja nie znosiłem samego Siebie, nie nawidziłem wręcz Siebie za pewne potknięcia, a jej słowa znacząco pozwoliły mi zaakceptować moją własną drogę życia oraz włąsne "Ja". Tak - nie można ulec swoim własnym, sztywnym schematom które istnieją ale tylko w naszych głowach... Wynika więc, iż pobyt w ośrodku był także dla mnie swoistą terapią, a moją terapeutką została koleżanka z grupy. Hmm, fajnie to w sumie wyszło.

Mijały kolejne dni i z godziny na godzinę, mój pobyt w "Monarze" powoli dobiegał końca. Nie ukrywam, że cieszyłem się, choć .... z niektórymi pacjentami się mocno zżyłem. Na zewnątrz czekał na mnie ważny sprawdzian, w zasadzie to swoista chwila prawdy, że tak to nazwę, albowiem zaraz po przyjeździe miałem się zgłosić na ważne badania. Nie spodziewałem się jednak, że ta chwila prawdy doprowadzi mnie do depresji, która wkrótce po przyjeździe do domu nastąpiła, ponieważ badania w szpitalu wyszły mi negatywnie. Dobrze jednak, że wspomniana koleżanka przygotowała mnie w miarę do tego, choć rozmawialiśmy jedynie z 5 minut o tym, ale dzięki temu łatwiej mi było zetknąć się z problemem. Piszę o tym aby podkreślić, że pobyt w Monarze był również i dla mnie terapią w dosłownym tego słowa znaczeniu. Ale do rzeczy. W dzień mojego wyjazdu, na wieczornej społeczności, zabrałem głos - "Mój czas tutaj z Wami dobiega końca. Dziękuję wszystkim, za wspólnie spędzone dni, bardzo sobie je cenię - dzięki za wszystko". Zaraz po tym powiedziałem też swoje krótkie świadectwo z pobytu, zapisawszy je na kartce papieru. Przeczytałem swoje świadectwo choć raczej niezbyt płynnie, do tego mocno się denerwując, po czym cała sala zaczęła bić brawo. Było to o tyle budujące, że moim dwóm poprzedniczkom na praktykach brawa nie bili, choć koleżance o której wspomniałem powyżej już tak. Wiedziałem więc, że oklaski w społeczności były znakiem swojego rodzaju szacunku ze strony społeczności, wyznacznikiem tego, iż coś pozytywnego wniosłem do nich, choć to tylko kilka dni.

- Grzesiu pierwszego dnia twojego pobytu tutaj, miałem mieszane uczucia co do Ciebie. Sądziłem- może przez pryzmat twoich poprzedniczek, ale sądziłem że jesteś nieco zamulony i nie interesuje Cię nasza społeczność. Tymczasem porozmawiałem z Tobą i bardzo mi pomogłeś, widać, że wiesz o czym mówisz. Nie oceniaj książki po okładce i Ty jesteś tego idealnym przykładem- Dzięki wielkie! - powiedział pierwszy zgłaszający do wypowiedzi się pacjent.

- Grześ dużo rozmawiałeś ze mną, dzięki Tobie zrozumiałem co to znaczy mądrość. Jesteś niesamowicie inteligentnym człowiekiem, i do tego zawsze uśmiechniętym, zarażający pozytywną energia. Dzięki.- powiedział następny pacjent.

-  Grzegorzu, uważam że naprawdę się nadajesz to tego co studiujesz. Dzięki za wszystkie rozmowy, pomogły mi.

- Panie Grzegorzu - odrzekła terapeutka odbywająca dyżur. Zaskoczyłeś mnie bardzo pozytywnie, tym co zaprezentowałeś podczas praktyki. Widać, że pragniesz zostawić tutaj coś po Sobie, choć nie podobało mi się, że czytałeś z kartki swoje świadectwo. Jesteś bardzo ciekawym człowiekiem, choć trochę też takim mędrcem...

To te wypowiedzi na temat mojej posługi które najbardziej utknęły mi w pamięci. Ja natomiast, zaproponowałem już wcześniej kadrze terapeutycznej, iż naprawdę chciałbym coś fajnego (co dokładnie - niech zostanie tajemnicą) zorganizować dla społeczności, mając takowe możliwości i znajomości. Zgodę dostałem od kadry terapeutycznej, pierwsze tygodnie jednak po przyjeździe, musiałem poświęcić dla tylko dla Siebie, ale teraz zakończeniem tej relacji wracam do żywych i biorę się ostro do pracy. Jak mawiają - lepiej późno niż wcale. Tym działaniem chociaż będę mógł pomóc społeczności, wskazać światełko w tunelu poprzez przykład i inspirację, oraz spełnić się jako człowiek, będąc pewnym, że wybierając ten właśnie kierunek studiów nie pomyliłem się i z tej drogi nie należy nigdy rezygnować, a iść za ciosem. Tak, praktyki w ośrodku rehabilitacji uzależnień stowarzyszenia Monar, uświadomiły mi wiele rzeczy i były również dla samego mnie terapią. Na koniec napiszę, że niech każdy z Was drodzy czytelnicy zastanowi się pięciokrotnie, zanim sięgnie po to gówno, jakim są narkotyki.

Pozdrawiam wszystkich chrześcijan i patriotów.      

____________________________________________
myslimlodegopolaka.pl