sobota, 19 listopada 2016

Uzależnienia, zniewolenia, Stowarzyszenie MONAR czyli teoria wyzwolenia cześć 2.

Drugą cześć mojej relacji, swoistego świadectwa z pobytu w ośrodku terapii rehabilitacji uzależnień stowarzyszenia MONAR, rozpocznę od napisana swojego stanu samopoczucia tamtego okresu, które delikatnie mówiąc było kiepskie. Nawarstwiało mi się wtedy różnych rozterek od groma, sesja na uczelni, a i termin wyznaczony na praktykę był dla mnie bardzo nieodpowiedni. Niestety okolice sierpnia, w których pierwotnie planowałem przyjazd do ośrodka, odpadły ze względu na mój groźny wypadek który skutkował pobytem w szpitalu, zatem praktyki musiały zostać przesunięte na późny wrzesień. Owy termin miał ogromne wady, ale cóż... innego wyjścia nie miałem. Przyjeżdzając na praktyki, pojawiało się przede mną wiele znaków zapytania - czy akurat w tym ciężkim dla mnie czasie wygram ze swoimi własnymi zniewoleniami, sprawdzę się w tym miejscu, na tyle że zrobię "boruty"?


Papierosów palę od groma i od jakiegoś pół roku przerzuciłem się na czerwone, czyli te najmocniejsze. Przyznam Szczerze to nie wyobrażałem sobie dnia bez papierosa w tamtym czasie.
Pomysł z "zajaraniem szlugi" po kryjomu także odpadał ze względu na SOM czyli Służbę Ochrony Monaru. Tworzyli ją domownicy oraz absolwenci, odpowiadała ona za kontrolę wszystkich członków społeczności. Podobno zdarzały się kontrole nawet i środku nocy, polegające na sprawdzeniu reakcji żrenic na światło i kontroli oddechu. Dzięki temu było by wiadome, gdybym odważył się zapalić "szlugę".

Poprzez moją pracę jako wówczas Dejaay przestawiłem się na tryb nocny, tak więc sama egzystencja od wczesnego ranka i płynny sen w nocy był dla mnie nie lada wyzwaniem i nie mam na myśli rannego wstawania, a żywą egzystencję przez cały dzień, bez mojego wspomagacza czyli mocnej herbaty.
W domu nigdy nie udawało mi zasnąć o godzinie 22, więc w ośrodku Monaru mi się uda?
Na praktykach ma się udać, na których czeka mnie cały dzień ciężkiej pracy, z której zostanę doszczętnie rozliczony... Trzeba powiedzieć, że w tamtym czasie kiedy jechałem na praktyki, traktowałem je jako karę, przyznaję bez bicia.

Pierwszy dzień był najcięższy, albowiem czułem się strasznie nieswojo, proces adaptacji potrzebował czasu. Poprzez kontuzję spowodowaną sierpniowym wypadkiem, mój udział w porannej gimnastyce był wykluczony, co od razu zostało poruszone na porannej społeczności.
- Grzesiek dlaczego nie brałeś udziału w gimnastyce? Musisz brać w niej udział, przebywasz tu na takich samych zasadach jak my! - usłyszałem od jednego z pacjentów.
Inny z pacjentów stanął jednak w mojej obronie, podkreślając, iż przyjechałem na praktyki jak by nie było, a nie leczyć się razem ze społecznością, że miałem wypadek i aby społeczność nie popadała w absurd, że nie zostanie zrozumiany fakt iż nie mogę brać udziału w gimnastyce. Opinię tę poparło jeszcze kilka innych osób i temat się zakończył, a ja odetchnąłem z ulgą. No cóż, zdawałem sobie też sprawę, że przebywam w budynku pełnym narkomanów, o niekoniecznie superowych przeżyciach i w związku z tym - nie koniecznie o łatwych charakterach.

Jak pisałem w pierwszej części relacji, irytowało mnie początkowo to, że jadąc na praktyki byłem traktowany jak pacjent. Bo czym zasłużyłem sobie na to, aby ciężko pracować jak reszta społeczności? Mam się uczyć zawodu "resocjalizatora", terapeuty, nie zaś wcielać się w rolę pacjenta - myślałem sobie w duchu i początkowo w mym sercu narastał spory bunt. Oficjalnie wstrzymywałem się jednak od komentarzy, co z moją buntowniczą naturą należy uznać za spory sukces odnośnie pojedynku ze swoimi własnymi słabościami.
Odnośnie mojej pracy w ośrodku, to z reguły pomagałem w kuchni, tzn:obierałem różne warzywa, kroiłem i inne tego typu czynności, choć jednego dnia chciano mnie wciągnąć w brudną i ciężką pracę przy zwierzętach. Ja jednak twardo przystałem na stanowisku, że zostaję w kuchni, choćby nie wiem co i już. Odpuścili...
Podczas wykonywania prac kuchennych natomiast, udawało mi się zawiązać ciekawe rozmowy z pacjentami, pomimo faktu, iż rankiem bez pobudzającej mnie herbaty (i ta w formie tradycyjnej była zabroniona w ośrodku) czułem się jak chodzące zombie, język mi się plątał, tak tradycyjnie.
I tak podczas pracy poruszaliśmy różne ciekawe wątki, także te dotyczące przeszłości pacjentów - choć wiadomo, osobiście nie wchodziłem w szczegóły. Te jak wychodziły, to sami pacjenci chcieli mi o nich opowiadać, co nie ukrywam - ceniłem. 

W pokoju do którego zostałem przydzielony, trafiłem na wporządku ludzi, szczególnie z jednym z chłopaków wszedłem w mocno bliskie relacje, nadawaliśmy na podobnych falach. Jak to ja, zabrałem ze sobą kilka książek oczywiście, w tym tę Kuby Witka właśnie o problemie narkotykowym oraz... o jego pobycie w ośrodku Monaru. Przyznaję, że mentalnie ta książka przygotowała mnie do tego co zastanę w ośrodku, z bohaterem tej książki czułem się wtedy mocno związany, tak psychicznie związany czytając to, co on opisał w swojej powieści. Inną kwestią jest fakt, że pacjenci nie mieli prawa wiedzieć, jaką książkę zebrałem ze sobą. Ale w każdej wolnej chwili, szczególnie przed snem, po raz kolejny do niej wracałem i czytałem ją po raz "enty" z rzędu. Także ta książka, była moim osobistym terapeutą w ośrodku.

Na społecznościach siedziałem cicho, nie odzywałem się w ogóle (nawet nie wypadało mi) za to z uwagą przysłuchiwałem wypowiedziom terapeutów i pacjentów. Pacjenci mówili często tak mądre rzeczy, że gdybym nie wiedział z kim się znajduję, to nie uwierzył bym, iż to grupa narkomanów. Jeden z terapeutów zaś, osobnik którego spotkałem w dniu przyjazdu, tak często używał wulgaryzmów i zgrywał wielkiego kozaka, że muszę przyznać iż mnie tak strasznie irytował, że nie mogłem go słuchać. Chwała Bogu, że tylko przez kilka godzin przystało mi z nim przebywać, bowiem dyżur miał tylko pierwszego dnia mojego przyjazdu. Warto dodać, że opisywany przeze mnie terapeuta był neofitą - czyli nawróconym narkomanem, który zakończył swoje leczenie kilka ładnych lat temu, w tym samym ośrodku. Wiele to więc tłumaczyło, bo osobiście uważam, że jak by nie było, ale nie wypada jako terapeuta i tym samym lider społeczności, co drugie słowo mówić "kurwa" w agresywnym, pseudo kozackim tonie.



Nagły zwrot.


Drugiego dnia mojego pobytu, w czasie w którym powinna odbywać się praca, społeczność udała się do lasu na grzyby. Zostaliśmy podzieleni w kilka 6-7 osobowych grupek i udaliśmy się w przeciwne strony, muszę przyznać, że jakże pięknego, pobliskiego lasu. Wyprawa wraz z pieszym powrotem do ośrodka trwała kilka godzin, więc podczas tego czasu miałem okazję dłużej porozmawiać z rekowalestentami, oraz podzielić się i swoim świadectwem. Jeden z chłopaków np. opowiedział mi jak zaczynał się jego nałóg narkotykowy, a mianowicie - jako wspomagacz przed ustawkami, bo rzekomo był bojówkarzem jednej ze śląskich ekip kibicowskich. Faktycznie widać było, że siłownia nie jest tu obca. A jednak, zgubiły go narkotyki, co gorsza - zażywane do celów pseudo, ale jednak sportowych!

Każdy z leczących się miał swoją osobną historię, ale często powodem sięgnięcia po narkotyki była pozycja w grupie, poziom "kumatości" - chęć zaimponowania rówieśnikom, brak perspektyw, niezadowolenie z życia, czy poziom demoralizacji. Wiele osób -  i to pragnę podkreślić - zgubiło to, iż nie przeprowadzili żadnej selekcji ludzi których do siebie dopuszczali. Zaczynało się zatem niewinne, albowiem analogicznie jak na każdym poczciwym melanżu alkoholowym.
Z biegiem czasu, powielał się ten sam prosty schemat - czyli picie, ćpanie i nic konkretnego po za tym, żadnej rozmowy konstruktywnej, żadnego poziomu generalnie, zero jakiejś dyskusji czy prawdziwej chęci spędzania z kolegami czasu, liczy się tylko "faza" i bezmyślna, hedonistyczna żądza upojenia narkotycznego... Słuchając tych opowieści pacjentów, wyobrażałem sobie siebie samego gdy byłem w ich wieku i dziękowałem Bogu, iż nie pozwolił sięgnąć mi po ten "shit" jakim są narkotyki.

Co ja mogłem przekazać tym chłopakom? Wydaje mi się, że były to słowa które warto by znalazły się w tym tekście. Mianowicie tłumaczyłem pacjentom, że każda pozycja w grupie, ten poziom tzw: "kumatości" - ja to wszystko świetnie rozumiem, bo sam kiedyś miałem bardzo podobne myślenie, ale to wszystko jest czasowe, rozpływa się i nic z tego nie zostaje na dłuższą metę, tak naprawdę. Zdecydowanie zawsze tak jest, bez wyjątku, niech nikt co do tego nie ma wątpliwości.
I tak po czasie, gdy wszystko przeminie, wtedy możemy niestety poczuć się niczym, bo jako młodzi ludzie totalnie nie zadbaliśmy o swój odpowiedni rozwój oraz zabezpieczenie. Bo co robić w życiu, czym się zajmować, jeżeli ja nic nie umiem, bo całe życie żyłem na ulicy, ćpając, pijąc i temu spuszczając oklep czy tamtemu? Dawni koledzy albo siedzą po więzieniach i to jest ich dewizą życia, albo skończyli jako żule narkotyczni czy alkoholowi, inni pozakładali swoje rodziny, cześć na pewno studiuje - krótko mówiąc "odpulili" z destrukcyjnego klimatu w porę. Wiedząc o czym mówię, pokazywałem tym chłopakom wiele alternatyw, możliwości, tych światełek w tunelu, kilka z nich opierając na swoim własnym życiu i doświadczeniu, przewartościowaniu swojej egzystencji kilka lat temu, które co prawda postępowało etapami, ale od pewnego momentu już nigdy się nie zatrzymało i trwa po dzień dzisiejszy.
Gdy dziś widzę siebie jak w zwierciadle to dostrzegam, że teraz jestem już innym człowiekiem, wyzwolonym od wielu rzeczy, patrzącym na świat niezależnie, jako wolna istota. Trafiało do nich zdecydowanie i bardzo mnie to cieszyło.
Potrafiłem zauważyć, że pacjenci czuli, że wiem o czym mówię. Ja zaś, pragnąłem z całego serca ukazać im tę iskierkę, punkt zaczepienia, ukryty sens, że dzięki tym rozterkom które przeżyli, mogą iść do przodu jako ludzie, że to one umacniają i budują sukces w człowieku, są wręcz głównym budulcem sukcesu w życiu, bo dzięki nim możemy poznać Siebie.
Przykładów na to co mówię jest bardzo wiele, ja wspominałem o Tomku Adamku który w porę uciekł z destrukcyjnego klimatu, Arturze Szpilce czy Jakubie Błaszczykowskim który także nie miał łatwej drogi w młodości. Oczywiście trzeba też umieć wyciągnąć odpowiednie wnioski z przeszłości, bez tego ciężko jest ruszyć na przód, no ale przecież po to pacjenci się tutaj znajdują.
Czułem, że pacjentów chwytają za serca moje słowa, a moja posługa w ośrodku Monaru, od tego czasu nabrała nowy, ten właściwy już kształt. Tak - wycieczka do lasu na grzybki, to właśnie był moment przełomowy dla mnie, jeśli chodzi o moje monarowskie praktyki studenckie.

Konsekwencja czy hipokryzja?


Bodajże trzeciego dnia mojego pobytu, jeden z pacjentów został wysłany, a w zasadzie to wyrzucony do domu. Wyglądało to dość brutalnie muszę przyznać, wzbudziło to we mnie duże pokłady współczucia dla niego. Miał on wśród społeczności spapraną opinię, jako osoba która wiecznie ściemnia oraz opiernicza się w pracach. Ja z boku to jednak widziałem inaczej, a być może u źródła jego opieszałości jest anemia, bądź chora tarczyca? Ciężko mi powiedzieć, ale słowa jakie padały na społecznościach pod jego adresem, były tak chamskie i brutalne, że sądzę iż to przesada i to gruba ze strony kadry terapeutycznej, że na to pozwolili.
Wyobraźcie sobie czytelnicy, że jeden z pacjentów powiedział wprost do tejże osoby -"wypierdalaj stąd i nie interesuje mnie to, co będzie się z Tobą działo, spierdalaj i nie wracaj!".
Biorąc pod uwagę hasła z jakimi utożsamia się społeczność, przekaz, czy choćby filozofie monarowską to moim zdaniem była to ogromna hipokryzja niektórych pacjentów, na domiar złego - także terapeutów. Ukazało mi to, pewną jednak utopię która występuje w tego typu ośrodkach, pewne rozdwojenie postaw u części pacjentów że tak to nazwę, albo niestety poddanie się procesowi manipulacji, nie zaś autentycznemu leczeniu. Bo ile wartości i znaczenia miały np. słowa wypowiadane na rannej społeczności "Dobrze, że jesteś?" skoro, tak chamskie zwroty padały do drugiego pacjenta, jaki by on nie był, co gorsza z przyzwoleniem kadry terapeutycznej?
Budzi to moje kontrowersje. Tak więc zaraz po głosowaniu o pozostaniu bądź nie w społeczności Monarowskiej (większość, choć nie wszyscy była za wydaleniem) zapytano głównego bohatera, jak się odniesie do tego wszystkiego co jest na jego temat mówione. "No co, nie chcą mnie tu..." - odpowiedział z wyraźnym smutkiem na twarzy. I tylko tyle? - zapytał terapeuta.
A co mam więcej powiedzieć? - W takim razie do góry i pakuj się - stanowczo odrzekł terapeuta. Wydalony pacjent wyszedł bez słowa ze społeczności na górę pakować walizki, a przez parę chwil w społeczności zapadła niezręczna cisza.
- Okej, przechodzimy dalej - przerwał ciszę lider społeczności i jakby nigdy nic i zaczęły być omawiane pozostałe kwestie w społeczności. Gdy "wydaleniec" pakował się, kilka pacjentów towarzyszyło mu w jego ostatniej drodze w tym ośrodku, albowiem żaden pacjent nie może zostać sam, wszyscy członkowie społeczności muszą mieć na Siebie oko.
Cóż, komfortu pewnie to mu nie przystworzyło, tym bardziej w takich okolicznościach, prawda?

Później, czasami był jeszcze poruszany jego temat, i co najważniejsze oraz jednak radujące moją duszę - kilka osób jednak miało gula, że został on wydalony i to w takich okolicznościach.
Ja osobiście mam nadzieję, że u tego wyrzuconego pacjenta wszystko ułożyło się dobrze i że poradził sobie ze wszystkimi problemami. Z całego serca życzę mu powodzenia w życiu, choć prawdopodobnie nigdy go już nie spotkam na swojej drodze.

Kontrowersji jak się później okazało także z tym wydalonym pacjentem, było o wiele więcej, ale by tekst nie był zbyt długi, wiec teraz na tym poprzestanę. O reszcie przeczytacie w 3 części mojej relacji, czyli o innych kontrowersjach, o tym jak rozwinęła się moja rola, o tajnikach leczenia w ośrodku, oraz krótkie świadectwo z pobytu także się znajdzie. Zapraszam Serdecznie Was już teraz, do przeczytania 3 części relacji z pobytu w ośrodku Monaru ;)

Pozdrawiam wszystkich chrześcijan i patriotów.

1 komentarz:

  1. Moje Życie title="ośrodek terapii">www.moje-zycie.eu? Specjaliści, którym warto zaufać. Mają ogrmoną wiedzę i doświadczenie.

    OdpowiedzUsuń