sobota, 19 listopada 2016

Uzależnienia, zniewolenia, Stowarzyszenie MONAR czyli teoria wyzwolenia cześć 2.

Drugą cześć mojej relacji, swoistego świadectwa z pobytu w ośrodku terapii rehabilitacji uzależnień stowarzyszenia MONAR, rozpocznę od napisana swojego stanu samopoczucia tamtego okresu, które delikatnie było kiepskie. Nawarstwiało mi się wtedy różnych rozterek od groma, sesja na uczelni, a i termin wyznaczony na praktykę był dla mnie bardzo nieodpowiedni. Niestety okolice sierpnia, w których pierwotnie planowałem przyjazd do ośrodka, odpadły ze względu na mój groźny wypadek który skutkował pobytem w szpitalu, zatem praktyki musiały zostać przesunięte na późny wrzesień. Owy termin miał ogromne wady, ale cóż... innego wyjścia nie miałem. Przyjeżdzając na praktyki, pojawiało się przede mną wiele znaków zapytania - czy akurat w tym ciężkim dla mnie czasie wygram ze swoimi własnymi zniewoleniami, sprawdzę się w tym miejscu?


Papierosów palę od groma i od jakiegoś pół roku przerzuciłem się na czerwone, czyli te najmocniejsze. Szczerze to nie wyobrażałem sobie dnia bez papierosa w tamtym czasie. Pomysł z "zajaraniem szlugi" po kryjomu także odpadał ze względu na SOM czyli Służbę Ochrony Monaru. Tworzyli ją domownicy oraz absolwenci, odpowiadała ona za kontrolę wszystkich członków społeczności. Podobno zdarzały się kontrole nawet i środku nocy, polegające na sprawdzeniu reakcji żrenic na światło i kontroli oddechu. Dzięki temu było by wiadome, gdybym odważył się zapalić "szlugę".

Poprzez moją pracę jako dejaay przestawiłem się na tryb nocny, tak więc sama egzystencja od wczesnego ranka i płynny sen w nocy był dla mnie nie lada wyzwaniem, nie mam na myśli rannego wstawania, a żywą egzystencję przez cały dzień, bez wspomagacza czyli mocnej herbaty. W domu nigdy nie udawało mi zasnąć o godzinie 22, więc w ośrodku Monaru mi się uda? Na praktykach ma się udać, na których czeka mnie cały dzień ciężkiej pracy, z której zostanę doszczętnie rozliczony... Trzeba powiedzieć, że w tamtym czasie kiedy jechałem na praktyki, traktowałem je jako karę, przyznaję bez bicia.

Pierwszy dzień był najcięższy, albowiem czułem się strasznie nieswojo, proces adaptacji potrzebował czasu. Poprzez kontuzję spowodowaną sierpniowym wypadkiem, mój udział w porannej gimnastyce był wykluczony, co od razu zostało poruszone na porannej społeczności.
- Grzesiek dlaczego nie brałeś udziału w gimnastyce? Musisz brać w niej udział, przebywasz tu na takich samych zasadach jak my! - usłyszałem od jednego z pacjentów. Inny z pacjentów stanął jednak w mojej obronie, podkreślając, iż przyjechałem na praktyki jak by nie było, a nie leczyć się razem ze społecznością, że miałem wypadek i aby społeczność nie popadała w absurd, że nie zostanie zrozumiany fakt iż nie mogę brać udziału w gimnastyce. Opinię tę poparło jeszcze kilka innych osób i temat się zakończył, a ja odetchnąłem z ulgą. No cóż, zdawałem sobie też sprawę, że przebywam w budynku pełnym narkomanów, o niekoniecznie superowych przeżyciach i w związku z tym - nie koniecznie o łatwych charakterach.

Jak pisałem w pierwszej części relacji, irytowało mnie początkowo to, że jadąc na praktyki byłem traktowany jak pacjent. Bo czym zasłużyłem sobie na to, aby ciężko pracować jak reszta społeczności? Mam się uczyć zawodu "resocjalizatora", terapeuty, nie zaś wcielać się w rolę pacjenta - myślałem sobie w duchu i początkowo w mym sercu narastał spory bunt. Oficjalnie wstrzymywałem się jednak od komentarzy, co z moją buntowniczą naturą należy uznać za spory sukces odnośnie pojedynku ze swoimi własnymi słabościami.
Odnośnie mojej pracy w ośrodku, to z reguły pomagałem w kuchni, tzn:obierałem różne warzywa, kroiłem i inne tego typu czynności, choć jednego dnia chciano mnie wciągnąć w brudną i ciężką pracę przy zwierzętach. Ja jednak twardo przystałem na stanowisku, że zostaję w kuchni, choćby nie wiem co i już. Odpuścili... Podczas wykonywania prac kuchennych natomiast, udawało mi się zawiązać ciekawe rozmowy z pacjentami, pomimo faktu, iż rankiem bez pobudzającej mnie herbaty (i ta w formie tradycyjnej była zabroniona w ośrodku) czułem się jak chodzące zombie. I tak podczas pracy poruszaliśmy różne ciekawe wątki, także te dotyczące przeszłości pacjentów - choć wiadomo, osobiście nie wchodziłem w szczegóły. Te jak wychodziły, to sami pacjenci chcieli mi o nich opowiadać, co nie ukrywam - ceniłem. 

W pokoju do którego zostałem przydzielony, trafiłem na wporządku ludzi, szczególnie z jednym z chłopaków wszedłem w mocno bliskie relacje, nadawaliśmy na podobnych falach. Jak to ja, zabrałem ze sobą kilka książek oczywiście, w tym tę Kuby Witka właśnie o problemie narkotykowym oraz... o jego pobycie w ośrodku Monaru. Przyznaję, że mentalnie ta książka przygotowała mnie do tego co zastanę w ośrodku, z bohaterem tej książki czułem się wtedy mocno związany, tak psychicznie związany czytając to, co on opisał w swojej powieści. Inną kwestią jest fakt, że pacjenci nie mieli prawa wiedzieć, jaką książkę zebrałem ze sobą. Ale w każdej wolnej chwili, szczególnie przed snem, po raz kolejny do niej wracałem i czytałem ją po raz "enty" z rzędu. To właśnie ta książka, była moim osobistym terapeutą w ośrodku.

Na społecznościach siedziałem cicho, nie odzywałem się w ogóle (nawet nie wypadało mi) za to z uwagą przysłuchiwałem wypowiedziom terapeutów i pacjentów. Pacjenci mówili często tak mądre rzeczy, że gdybym nie wiedział z kim się znajduję, to nie uwierzył bym, iż to grupa narkomanów. Jeden z terapeutów zaś, osobnik którego spotkałem w dniu przyjazdu, tak często używał wulgaryzmów i zgrywał wielkiego kozaka, że muszę przyznać iż mnie tak strasznie irytował, że nie mogłem go słuchać. Chwała Bogu, że tylko przez kilka godzin przystało mi z nim przebywać, bowiem dyżur miał tylko pierwszego dnia mojego przyjazdu. Warto dodać, że opisywany przeze mnie terapeuta był neofitą - czyli nawróconym narkomanem, który zakończył swoje leczenie kilka ładnych lat temu, w tym samym ośrodku. Wiele to więc tłumaczyło, bo osobiście uważam, że jak by nie było, ale nie wypada jako terapeuta i tym samym lider społeczności, co drugie słowo mówić "kurwa" w agresywnym, pseudo kozackim tonie.



Nagły zwrot.


Drugiego dnia mojego pobytu, w czasie w którym powinna odbywać się praca, społeczność udała się do lasu na grzyby. Zostaliśmy podzieleni w kilka 6-7 osobowych grupek i udaliśmy się w przeciwne strony, muszę przyznać, że jakże pięknego, pobliskiego lasu. Wyprawa wraz z pieszym powrotem do ośrodka trwała kilka godzin, więc podczas tego czasu miałem okazję dłużej porozmawiać z rekowalestentami, oraz podzielić się i swoim świadectwem. Jeden z chłopaków np. opowiedział mi jak zaczynał się jego nałóg narkotykowy, a mianowicie - jako wspomagacz przed ustawkami, bo rzekomo był bojówkarzem jednej ze śląskich ekip kibicowskich. Faktycznie widać było, że siłownia nie jest tu obca. A jednak, zgubiły go narkotyki, co gorsza - zażywane do celów pseudo, ale jednak sportowych!

Każdy z leczących się miał swoją osobną historię, ale często powodem sięgnięcia po narkotyki była pozycja w grupie, poziom "kumatości" - chęć zaimponowania rówieśnikom, brak perspektyw, niezadowolenie z życia, czy poziom demoralizacji. Wiele osób -  i to pragnę podkreślić - zgubiło to, iż nie przeprowadzili żadnej selekcji ludzi których do siebie dopuszczali. Zaczynało się zatem niewinne, albowiem analogicznie jak na każdym poczciwym melanżu alkoholowym. Z biegiem czasu, powielał się ten sam prosty schemat - czyli picie, ćpanie i nic konkretnego po za tym, żadnej rozmowy konstruktywnej, żadnego poziomu generalnie, zero jakiejś dyskusji czy prawdziwej chęci spędzania z kolegami czasu, liczy się tylko "faza" i bezmyślna, hedonistyczna żądza upojenia narkotycznego... Słuchając tych opowieści pacjentów, wyobrażałem sobie siebie samego gdy byłem w ich wieku i dziękowałem Bogu, iż nie pozwolił sięgnąć mi po ten "shit" jakim są narkotyki.

Co ja mogłem przekazać tym chłopakom? Wydaje mi się, że były to słowa które warto by znalazły się w tym tekście. Mianowicie tłumaczyłem pacjentom, że każda pozycja w grupie, ten poziom tzw: "kumatości" - ja to wszystko świetnie rozumiem, bo sam kiedyś miałem bardzo podobne myślenie, ale to wszystko jest czasowe, rozpływa się i nic z tego nie zostaje na dłuższą metę, tak naprawdę. Zdecydowanie zawsze tak jest, bez wyjątku, niech nikt co do tego nie ma wątpliwości. I tak po czasie, gdy wszystko przeminie, wtedy możemy niestety poczuć się niczym, bo jako młodzi ludzie totalnie nie zadbaliśmy o swój odpowiedni rozwój oraz zabezpieczenie. Bo co robić w życiu, czym się zajmować, jeżeli ja nic nie umiem, bo całe życie żyłem na ulicy, ćpając, pijąc i temu spuszczając oklep czy tamtemu? Dawni koledzy albo siedzą po więzieniach i to jest ich dewizą życia, albo skończyli jako żule narkotyczni czy alkoholowi, inni pozakładali swoje rodziny, cześć napewno studiuje - krótko mówiąc "odpulili" z destrukcyjnego klimatu w porę. Wiedząc o czym mówię, pokazywałem tym chłopakom wiele alternatyw, możliwości, tych światełek w tunelu, kilka z nich opierając na swoim własnym życiu i doświadczeniu, przewartościowaniu swojej egzystencji, które co prawda postępowało etapami, ale od pewnego momentu już nigdy się nie zatrzymało i trwa po dzień dzisiejszy. Dziś widzę siebie jak w zwierciadle i dostrzegam, że teraz jestem już innym człowiekiem, wyzwolonym od wielu rzeczy, patrzącym na świat niezależnie, jako wolna istota. Trafiało do nich zdecydowanie i bardzo mnie to cieszyło. Potrafiłem zauważyć, że pacjenci czuli, że wiem o czym mówię. Ja zaś, pragnąłem z całego serca ukazać im tę iskierkę, punkt zaczepienia, ukryty sens, że dzięki tym rozterkom które przeżyli, mogą iść do przodu jako ludzie, że to one umacniają i budują sukces w człowieku, są wręcz głównym budulcem sukcesu w życiu, dzięki nim możemy poznać Siebie. Przykładów na to co mówię jest bardzo wiele, ja wspominałem o Tomku Adamku który w porę uciekł z destrukcyjnego klimatu, Arturze Szpilce czy Jakubie Błaszczykowskim który także nie miał łatwej drogi w młodości. Oczywiście trzeba też umieć wyciągnąć odpowiednie wnioski z przeszłości, bez tego ciężko jest ruszyć na przód.
Czułem, że pacjentów chwytają za serca moje słowa, a moja posługa w ośrodku Monaru, od tego czasu nabrała nowy, ten właściwy już kształt. Tak - wycieczka do lasu na grzybki, to właśnie był moment przełomowy dla mnie, jeśli chodzi o moje monarowskie praktyki studenckie.

Konsekwencja czy hipokryzja?


Bodajże trzeciego dnia mojego pobytu, jeden z pacjentów został wysłany, a w zasadzie to wyrzucony do domu. Wyglądało to dość brutalnie muszę przyznać, wzbudziło to we mnie duże pokłady współczucia dla niego. Miał on wśród społeczności spapraną opinię, jako osoba która wiecznie ściemnia oraz opiernicza się w pracach. Ja z boku to jednak widziałem inaczej, a być może u źródła jego opieszałości jest anemia, bądź chora tarczyca? Ciężko mi powiedzieć, ale słowa jakie padały na społecznościach pod jego adresem, były tak chamskie i brutalne, że sądzę iż to przesada i to gruba ze strony kadry terapeutycznej, że na to pozwolili. Wyobraźcie sobie czytelnicy, że jeden z pacjentów powiedział wprost do tejże osoby -"wypierdalaj stąd i nie interesuje mnie to, co będzie się z Tobą działo, spierdalaj i nie wracaj!". Biorąc pod uwagę hasła z jakimi utożsamia się społeczność, przekaz, czy choćby filozofie monarowską to moim zdaniem była to ogromna hipokryzja niektórych pacjentów, na domiar złego - także terapeutów. Ukazało mi to, pewną jednak utopię która występuje w tego typu ośrodkach, pewne rozdwojenie postaw u części pacjentów że tak to nazwę, albo niestety poddanie się procesowi manipulacji, nie zaś autentycznemu leczeniu. Bo ile wartości i znaczenia miały np. słowa wypowiadane na rannej społeczności "Dobrze, że jesteś?" skoro, tak chamskie zwroty padały do drugiego pacjenta, jaki by on nie był, co gorsza z przyzwoleniem kadry terapeutycznej? Budzi to moje kontrowersje. Tak więc zaraz po głosowaniu o pozostaniu bądź nie w społeczności Monarowskiej (większość, choć nie wszyscy była za wydaleniem) zapytano głównego bohatera, jak się odniesie do tego wszystkiego co jest na jego temat mówione. "No co, nie chcą mnie tu..." - odpowiedział z wyraźnym smutkiem na twarzy. I tylko tyle? - zapytał terapeuta. A co mam więcej powiedzieć? - W takim razie do góry i pakuj się - stanowczo odrzekł terapeuta. Wydalony pacjent wyszedł bez słowa ze społeczności na górę pakować walizki, a przez parę chwil w społeczności zapadła niezręczna cisza. - Okej, przechodzimy dalej - przerwał ciszę lider społeczności i jakby nigdy nic i zaczęły być omawiane pozostałe kwestie w społeczności. Gdy "wydaleniec" pakował się, kilka pacjentów towarzyszyło mu w jego ostatniej drodze w tym ośrodku, albowiem żaden pacjent nie może zostać sam, wszyscy członkowie społeczności muszą mieć na Siebie oko. Komfortu to nie przystwarzało, tymbardziej w takich okolicznościach...Później, czasami był jeszcze poruszany jego temat, i co najważniejsze oraz jednak radujące moją duszę - kilka osób jednak miało gula, że został on wydalony i to w takich okolicznościach. Ja osobiście mam nadzieję, że u tego wyrzuconego pacjenta wszystko ułożyło się dobrze i że poradził sobie ze wszystkimi swoimi problemami. Z całego serca życzę mu powodzenia w życiu, choć prawdopodobnie nigdy go już nie spotkam na swojej drodze.

Kontrowersji jak się później okazało także z tym wydalonym pacjentem, było o wiele więcej, ale by tekst nie był zbyt długi, wiec teraz na tym poprzestanę. O reszcie przeczytacie w 3 części mojej relacji, czyli o innych kontrowersjach, o tym jak rozwinęła się moja rola, o tajnikach leczenia w ośrodku, oraz krótkie świadectwo z pobytu także się znajdzie. Zapraszam Serdecznie Was już teraz, do przeczytania 3 części relacji z pobytu w ośrodku Monaru ;)

Pozdrawiam wszystkich chrześcijan i patriotów.

niedziela, 6 listopada 2016

Uzależnienia, zniewolenia, Stowarzyszenie MONAR czyli teoria wyzwolenia.

Uzależnienia - wydaje mi się że w obecnych czasach każdy je posiada, mniej lub bardziej szkodliwe. Wszystkie są niebezpieczne jak się przekroczy magiczną granicę rozsądku, a jak wiadomo uzależnić się można od wszystkiego. Od substancji psychoaktywnych, takich jak alkohol czy narkotyki, po drugą osobę, internet, zakupy, a nawet od samego siebie - także można się uzależnić. Człowiekowi wydaje się, że dzięki nałogowi ucieknie od otaczającego świata, problemów ale tak naprawdę tylko bardziej się pogłębia w kłopoty, które się nawarstwiają bo nie są rozwiązywane. Tym oto schematem rozterek przybywa coraz więcej i niestety ucieczek w postaci nałogu także albowiem często idzie to w parze. Nie rzadko bywa, że człowiek bardzo wiele straci nim spostrzeże, że jest więźniem swoich własnych słabości. Wtedy zrozumie, że to już nie on jest panem własnego życia, tylko jakaś martwa substancja, czynność czy choćby toksyczna osoba, bez której nie może żyć... I tak sobie dumam, że biorąc pod uwagę możliwości jakie my ludzie posiadamy - intelekt, możliwości rozwoju, współczesne warunki - co za tym idzie tysiące alternatyw na życie, zdaje mi się to wręcz śmiesznie, jak dajemy przejąc kierownice nad naszym życiem danemu nałogowi, który staje się dyktatorem naszego życia. Wydaje się zabawne, a przecież sam mam swoje zniewolenia...Eh wszystko to jest dziwne i ciężkie. Jestem jednak pewny, że to My ludzie tworzymy swoje własne ciężkie więzienie, także poprzez swoje sztywne schematy i ograniczenia które istnieją - ale tylko w naszych głowach, bo ze swojej natury jesteśmy istotami wolnymi, z drogą swobodnego wyboru. No cóż, w końcu uzależnienie to choroba duszy i ciała, oraz napewno jeden z "bożków" tego świata...


Moje filozoficzne rozważania na temat zniewoleń ludzkich powoli jednak dobiegają końca bo znowu się rozpiszę, przejdę więc Drodzy Czytelnicy do relacji i odczuć z pobytu w ośrodku leczenia terapii, rehabilitacji uzależnień dla dzieci i młodzieży stowarzyszenie "MONAR". Dobrowolnie wybrałem to właśnie miejsce na odbycie praktyki studenckiej ciągłej, przebywałem tam jako praktykant we wrześniu przez całe 5 dni, mieszkając razem z pacjentami ośrodka jako student Resocjalizacji. W związku z pobytem w tym ośrodku nawiedziło mnie wiele refleksji oraz wniosków z którymi chciałem się z Wami podzielić. W tej części wpisu napiszę dlaczego zdecydowałem się właśnie tam odbyć soje praktyki oraz jak wygląda leczenie w ośrodku i jaka jest jego specyfika.

Stowarzyszenie Monar, to organizacja (jedna z największych tego typu na świecie!) zajmująca się terapią uzależnień, głównie narkotykowych ale także przeciwdziałania bezdomności, oraz szerzeniem pomocy dla osób samotnych i opuszczonych. Ja zaś znajdowałem się w ośrodku leczenia uzależnień narkotykowych. Młodzi ludzie odbywają leczenie w ośrodku, odwyk na zasadzie terapii, tworząc swoją własną społeczność. Znajdują się tam osoby które mają nakaz sądowy, jak i również tacy którzy dobrowolnie poddali się leczeniu. Są z różnych rejonów Polski, z różnych kultur (nie rzadko przestępczych) często wzajemnie się wykluczających w realnej rzeczywistości. Ludzi odbywających odwyk dzielić może wiele. Wszyscy jednak przeszli piekło związane z narkotykami i nie tylko z nimi, używkami które swego czasu rujnowały im życie...

Dlaczego wybrałem właśnie to miejsce na praktykę, a nie inne może to bardziej "wygodne"? Mogłem wszakże praktykę ciągłą odbyć w zakładach karnych, kieleckim areszcie śledczym, młodzieżowym ośrodku wychowawczym czyli tzw "poprawczaku", czy w szkole (miałem propozycję ze swojej szkoły średniej) przyglądając się pracy pedagoga szkolnego oraz prowadząc zajęcia. Moja dobra koleżanka za to, kierowniczka jednej z kieleckich świetlic środowiskowych zapewniała mi teoretycznie bardzo atrakcyjne warunki odbywania praktyk w jej świetlicy. Ja jednak znając specyfikę praktyk studenckich w tym zawodzie, chciałem jednak coś z nich konstruktywnego wynieść, tak na całe życie, coś znacznie więcej niż tylko wpis w indeksie. Nie bez znaczenia była także walka ze swoimi własnymi słabościami, choć oczywiście nie narkotykowymi bo tych nigdy nie zażywałem. Za wybraniem tego miejsca przemawiało wiele plusów owszem, ale zarazem odwodziło również sporo minusów, generalnie sporo ryzykowałem wybierając właśnie MONAR na miejsce praktyk, choć przecież do odważnych świat należy! I wyznam Wam, iż po ich odbyciu zdecydowanie nie żałuje swojego wyboru. Łatwo nie było, ale wybór ten to strzał w dziesiątkę!


Przyjeżdzając do ośrodka lekko spóźniony ok 8 rano (po drodze jadąc samochodem sporo błądziłem jakby mogło być inaczej...) zawitałem od razu na tzw. poranną społeczność czyli zebranie wszystkich pacjentów. W specjalnej do tego wyznaczonej sali terapeutycznej, wszyscy pacjenci (ponad 20 w tym kilka kobiet, pacjenci w wieku od 16 do 28 lat ) wraz z terapeutą (liderem) odbywającym dyżur zbierali się w kółku i np. wyznaczali sobie obowiązki związane z obecnym i następnym dniem, odmawiali tzw: filozofię czyli inaczej nazywając przysięgę Monarowską, czy wyznaczona dzień wcześniej osoba (również na porannej społeczności) czytała zgromadzone przez Siebie wiadomości że świata i kraju. Koniec rannej społeczności przypadał na zabawę grupową i słowa "Dobrze, że jesteś" wraz z uściskiem dłoni przez wszystkich członków społeczności. Ja natomiast przedstawiłem się całej społeczności, opowiedziałem trochę o Sobie oraz dlaczego się znajduję w tym miejscu. Chwilę później padło pytanie od lidera:"Czy społeczność przyjmuję Grzegorza? Kto jest przeciw?" Nikt jednak nie podniósł ręki i od tego czasu byłem jednym z nich, choć przecież odbywałem tylko praktyki...


                                                                           (Filozofia Monar-u)

Na wstępie musiałem oddać terapeutce swój telefon komórkowy (mogłem z niego skorzystać jedynie godzinę dziennie w wyznaczonej porze i nie na oczach pacjentów) oraz papierosy albowiem na terenie ośrodka obowiązywał bezwzględny zakaz palenia, samo wyjście po za teren z papierosami groziło wysłaniem mnie do domu. Wiedziałem co prawda, że tak będzie - no ale z początkiem się trochę poirytowałem, przecież nie jestem tutaj pacjentem, a praktykantem! Warto dodać, że koszulkę z napisem "Full good of beer" którą miałem na sobie przyjeżdzając, także musiałem bezzwłocznie zmienić, ponieważ takie treści na terenie ośrodka są stanowczo niedozwolone. Niestety moja koszulka wywołała mocne oburzenie społeczności i już na samym wstępie dostałem za nią reprymendę. Nie miałem wyjścia, zasady które panowały w ośrodku musiałem bezwzględnie przyjąć, a były one bardzo surowe. Nie tylko oficjalna rozmowa typowo o swoim nałogu była niedozwolona ale także o np. o Hip Hopie, kibicowaniu, czy o dawnych "akcjach" pacjentów tych na pograniczu prawa oczywiście. O totalnej abstynencji seksualnej nawet nie wspominając. Miało to na celu nie nakręcanie się wzajemnie do dawnego stylu życia który przybliżał, przypominał narkomańskie życie i treści i co za tym idzie - burzył terapię. Rozumiałem to doskonale, aczkolwiek przyplatało to wiele dość trudnych dla mnie sytuacji, szczególnie na początku mojego pobytu w ośrodku. Poprostu nie wiedziałem za bardzo jak nawiązać kontakt z pacjentami, aby nie naruszyć panujących zasad i tym samym nie podrażnić ich terapii.

Pacjenci leczyli się nawzajem i mimo, że było sporo osób z nakazem sądowym to każdy leczył się dobrowolnie i świadomie. Co było dla mnie piękne - nikt nie chciał jechać do domu, każdy chciał sobie pomóc i odbywać wcale przecież nie łatwą terapię. Wszyscy sobie pomagali, opiekowali wzajemnie, rozmawiali o swoich słabościach jak i zachowaniu w ośrodku. O wszelkim "kozaczeniu" nie było mowy, delikwent taki zaraz by wyjechał z ośrodka, skarcony i wyrzucony przez całą grupę.

W społeczności natomiast obowiązywała ścisła hierarchia. Jej członkowie dzielili się na trzy główne grupy. Nowicjuszy, domowników i absolwentów. Każda z grup miała określone obowiązki i przywileje, nowicjusze jak się można domyśleć tych drugich miały bardzo mało. Jeśli nowicjusz dobrze się sprawował po upływie ponad dwóch miesięcy mógł ubiegać się o przyjęcie do grona domowników. Absolwenci byli natomiast weteranami przy końcu leczenia w ośrodku, już po jego oficjalnym zakończeniu które oficjalnie miało trwać rok (niektórzy decydowali się jednak zostać na dłużej). Koniec leczenia w ośrodku nie powodował jednak zakończenie go definitywnego, albowiem - w następnym etapie leczenia pacjenci dostawali hostel w pewnym mieście na rok za symboliczne 100zł miesięcznie i sprawdzali się jak sobie poradzą w społeczeństwie. Na ich głowie od tego czasu było znalezienie pracy, utrzymanie i najważniejsze - trzeźwość. Co kilka dni mieli też spotkania z przydzielonym terapeutą.

Społeczność była zdecydowanie z przewagą mężczyzn, w ośrodku było tylko sześć dziewczyn, na dwudziestu mężczyzn. Odnośnie zażywanych narkotyków to bywało wszystko, niemal wszystkie kolory tęczy określonych substancji. Od marihuany, po amfetaminę, kokainę, heroinę, po klej a był i chłopak który zażywał mieszankę leków. Dzień zaczynał się charakterystyczną pobudką o siódmej rano (wyznaczony pacjent chodził po pokojach i swoim donośnym głosem charakterystycznie oznajmiał "czas wstawać za pół godziny poranna gimnastyka!" wraz z dzwonkiem). Następnie szybki prysznic i właśnie wspomniana wcześniej poranna gimnastyka na podwórzu, prowadzona przez jednego z wyznaczonych danego dnia pacjentów. W dalszej kolejności śniadanie i społeczność poranna podczas której jak już wspomniałem - każdy dostawał swój przydział pracy. Praca trwała od 8.30 do godziny 13. Było to np. sprzątanie budynku, skwerka, całego terenu ośrodka, prace w ogródku, pomoc w kuchni, oraz praca przy zwierzętach hodowlanych które społeczność miała do dyspozycji (kury, kaczki, kozy, króliki i pies). Oczywiście społeczność zarządzała wszystkim sama. Wybierany był kierownik kuchni, kierownik pracy, osoba zajmująca się określonymi zwierzętami itp. Terapeuci sprawowali tylko niewidzialną pieczę nad działaniem, organizacją pracy społeczności. Wszystkie konflikty rozwiązywane były jednak pod ich okiem na społecznościach.


I tak właśnie, o 13 był obiad, a zaraz po nim zebranie czyli tzw: społeczność popołudniowa, na której pacjenci oceniali swoją pracę, ew. zarzuty w stosunku do zaniedbań poszczególnych członków społeczności, oraz oceniali swoją postawę w ośrodku, dzielili się refleksjami, wymierzali sobie kary za nadużycia czy zaniedbania np.podczas pracy. Przykładowo, gdy dany pacjent usiadł w czasie pracy choćby na chwilkę i ktoś go przyłapał niemal zawsze to skutkowało karą. Cóż "ni ma lekko"... Pacjenci upominali siebie wzajemnie i poruszali to potem na społecznościach. Najczęstszą karą była praca całodniowa od 8.30 do 21, którą następnie społeczność oceniała czy została wykonana poprawnie. Jeśli grupa oceniła ją negatywnie, wówczas dochodził dodatkowy dzień całodniowej pracy, bywało nawet tak, że dana osoba musiała odrabiać nawet całe tygodnie... Zebrania pacjentów czyli Społeczności bywały czasami bardzo burzliwe i długotrwałe, dyskusje były dla niektórych pacjentów bardzo bolesne, dla innych natomiast przyjemne i przynoszące chlubę, jak dany pacjent pochwalił drugiego za godną postawę. Tylko na społeczności można było przeklinać, ze względu na emocjonalny charakter wulgaryzmów. I muszę przyznać, że wtedy przekleństw padało ich w brud, także ze strony terapeutów. Następnie, po popołudniowej społeczności był czas na sport (obowiązkowy dla każdego) oraz różnego rodzaju zajęcia, grupy wsparcia poszczególnych grup takich jak nowicjusze, domownicy i absolwenci. Wieczorem kolacja, wspólne oglądanie telewizji na świetlicy które zaczynało się wiadomościami o 19 i ustalony wcześniej program czy film (rzecz jasna taki gdzie nie miało prawa być ukazane nawet picie alkoholu). Pod koniec dnia, około 21 - społeczność wieczorna (często również burzliwa), gdzie jednak odbywały się czasy przeprosin i podziękowań za dany dzień w stosunku do poszczególnych pacjentów, oraz wyznania kiedy się czuło empatię i do kogo. I po tym punkcie programu określony czas na mycie i bezwzględna cisza nocna. Odbywały się też zajęcia okazjonalne raz w tygodniu takie jak siłownia, sauna, karaoke, czy czytanie książek. Tak więc jak widzicie Drodzy Czytelnicy czas był maksymalnie wypełniony, zawsze coś się działo i miało to swoje ogromne zalety w leczeniu, ale o tym napiszę w drugiej części mojej relacji, w tej opisałem Wam mniej więcej specyfikę działania ośrodka MONAR- owskiego.  

W drugiej części przeczytacie moją subiektywną analizę terapii MONAR-owskiej, oraz wiele ciekawych opowieści z poszczególnych dni pobytu w ośrodku, które sądzę, że dadzą sporo każdemu do myślenia zanim zdecyduje się na zapalenie "jointa".W drugiej części relacji znajdzie się również miejsce na moje świadectwo z pobytu w ośrodku. To wszystko przeczytacie już niebawem, zapraszam wszystkich  już teraz, a tymczasem żegnam się z Wami drodzy Czytelnicy, tradycyjnie pozdrawiając...

Wszystkich chrześcijan i patriotów.
Pan Gie.