poniedziałek, 18 lipca 2016

"SKAZANY NA SUKCES"...czyli rozważania Pana Gie.

Witam wszystkich moich Czytelników. Dzisiejszy tekst, poświęcony będzie… no właśnie, jaki nadać tytuł tego felietonu? Kurdę, sam nie wiem, pomyślmy… „Udany start na życie” ? Yhmm, coś mi nie pasuje… Może inaczej - „Skazany na sukces” - o może taki tytuł będzie odpowiednio pasował do problematyki którą poruszę. Dobra tytuł mamy, no to jedziemy.                                                                                      
                                                                                          
Mianem "Skazanego na sukces", odbieram człowieka który osiągnął w życiu szeroko pojęty sukces, inaczej zwiąc udało mu się w życiu – mam na myśli spełnienie zawodowe, materialne oraz w miłości nie przykładając do tego tak naprawdę wielkiego wysiłku. Nie tyle co typowy dorobkiewicz, ale człowiek który był regularnie wspierany, pchany, ćwiczony aby dojść do zamierzonego celu, bądź miał po prostu życiowego farta. A bo rodzice pomogli, może nawet znalazł kasę na ulicy na jakąś inwestycję (wiem, także trzeba się schylić aby podnieść ją z ulicy) czy odziedziczył po kimś majątek. Zaryzykuje nawet stwierdzenie, że komuś jest nieporównywalnie łatwiej jak posiada jakiś wrodzony talent. Np: talent plastyczny, czy muzyczny. Oczywiście można i go zaprzepaścić ale ogółem - nie zapracował na niego, jest wrodzony czyli tak - człowiek ten był "skazany na sukces".




Nie ukrywam, że kiedyś, często maltretowałem się myślami dlaczego mi jest tak ciężko na starcie, czemu mam aż tak pod górkę. Przecież gdybym był "Zdzisławem" to bym był wygrany. Nieco mniej, bądź inaczej marząc to gdyby moi rodzice odpowiednio mnie wspierali, mieli inne podejście do mnie, czy pomagali chociaż samym zainteresowaniem moją osobą, dobrym słowem to może dziś już był bym magistrem, fighterem albo muzykiem? Oj, jak bardzo by mi to ułatwiło dojście do celu. Nie musiał bym tak kombinować, wysilać się, eksperymentować, przykładowo - pozostać w poligrafii czy iść na takie studia czy inne? Gdybać można w nieskończoność ale sądzę, że każdego z Was nachodzą czasami takie rozkminy. 

Pominę już fakt, że prawdopodobieństwo wylądowania na ulicy gdy twoim rodzicom dobrze się powodzi jest minimalne. Poczucie tej nadanej Ci z góry stabilizacji jest bezcenne, bo ile zaoszczędza stresu i nerwów. Nachodzić może myśl „Jakbym był Frankiem i miał jego warunki ale by mi było dobrze...Bym był wygranym człowiekiem!” Tak, wiem jak to jest z gdybaniem "Gdyby babka miała wąsy byłaby dziadkiem" :)

                                                             *

Dość mocno utkwiła mi w pamięci wypowiedź koleżanki, gdy kiedyś mi oznajmiła „Weronika nic się uczy, wszystko zdaje fartownie bo jej wchodzi materiał do łba za pierwszym razem, a ja muszę tyle zakuwać i nie chce mi to wejść go głowy - ona jest skazana na zdanie tego egzaminu!" Nie mogła biedna się z tym pogodzić, że koleżance tak łatwo przychodziło to, co jej z wielkim trudem. Akurat świetnie ją rozumiałem w tej kwestii, choć sam miałem już wtedy inne podejście.

Przebywając w przeróżnych gronach, zdarza się, że jestem świadkiem, poniekąd irytujących sytuacji, dla mnie nie do końca zrozumiałych. Zacznę do tego jak ktoś się „masturbuje” swoim sukcesem, popada z tego powodu w megalomanię, kim to on nie jest. Uważa się za człowieka wygranego bo np. ileż ma tych pieniędzy. Niby na nie zapracował, bo ma swoją firmę bo to, bo tamto. Zapomniał jednak dodać, że pieniądze na jej założenie dostał od rodziców, także biznesmenów. Owi rodzice również nauczyli delikwenta podejścia do tego interesu. No kurwa, gość skazany na sukces, a zachowuję się jakby wszystkie rozumy pozjadał. Gdzie taka sytuacja może się równać np. z moją sytuacją? Choć nie twierdzę, że moja sytuacja jest jakaś ciężka. Jest raczej normalna. Pracuje, studiuje, mam wielu przyjaciół, obfite życie towarzyskie. Jakoś radzę sobie. Ależ mimo wszystko gdzież on, "bananowiec" który dostał wszystko od mamusi niczym obiad na talerzu, wie co to prawdziwy smak pracy czy ludzkiego wysiłku w dążeniu do celu. Do tego jak to w Polsce bywa, wysiłku za początkowo marne pieniądze.

Wiecie co Wam jeszcze powiem – najbardziej wkurzające jest, gdy nie czuję się od tego potencjalnego człowieka "skazanego na sukces" w niczym gorszy. Powiem więcej - czuję się wręcz mądrzejszym, inteligentniejszym człowiekiem. Nie zmienia to jednak faktu, że to on na chwilę obecną może być moim szefem bo posiada swoją firmę, a nie ja szefem jego. Cóż, sprawiedliwości na tym świecie nie ma co szukać…

Nie tak dawno, byłem świadkiem sytuacji jak pewna dziewczyna narzekała, że w wynajmowanym mieszkaniu (opłacanym przez rodziców oczywiście) to nie może wytrzymać, bo jest za małe i nie ma w nim prywatności, albowiem mieszka z koleżanką, która ją demotywuje do ćwiczenia na siłowni. Uporczywie prosiła rodziców o zmianę mieszkania. Ci jednak nie przystali na jej żądania. Żalu i jadu do mamy i taty było co nie miara. Rzeczywiście, straszni najgorsi na świecie Ci jej rodzice.

Inne, podobne przykłady mogę mnożyć. Jednej mojej znajomej rodzice już na 18 urodziny kupili porządny samochód. Kupili córce auto, mimo, że ta nie ma jeszcze prawa jazdy. Pieniędzy na co dzień także dostaje dużo, tak całkowicie za free. Mieszka tylko z bratem, może robić wiele rzeczy. Nie ogarnia rodzinnego biznesu, no nic. Uczęszcza za to do szkoły średniej. Już na tym szkolnym etapie stać ja na wiele – na każde wyjście, wyjazd za wycieczkę, czy na papierosy, których mało nie pali. Podobno nawet ostro wykłócała się, gdy nowe mieszkanie miało być kupione z dala od dzielnicy gdzie mieszka jej najlepsza koleżanka.  

Każdy z Was zna sytuację, gdy to rodzice inwestują w studia dziecka. Dają pieniądze, opłacają bądź kupują mieszkanie aby ich dziecko mogło spokojnie skupić się studiach w innym mieście. Studia się prędzej czy później się kończą, rzecz jasna zakrapiane melanżami i imprezami, bujnym i bogatym życiem towarzyskim jak to w czasie studiów bywa. Dziecko wedle planów zostaje prawnikiem, lekarzem, pedagogiem.

Inni natomiast, ledwo wiążą koniec z końcem aby skończyć studia i to nie dlatego, że są mniej zdolni. Oprócz studiów, skupiają się na pomocy w domu, pracy za marne grosze, czy nawet użeraniem się z rodzicami którzy nie do końca rozumieją swojego potomka, nie cenią, nie rozumieją jego indywidualności i wyborów. Naturalnie te wszystkie problemy mają także odbicie w związkach. Te się tez nie pojawiają, a jak już pojawią- to niestety kończą się przed czasem, bo partner/partnerka woli osobę z większą stabilizacją nadaną z góry. Tak jest prościej, teściowa przecież zawsze pomoże. Udaje się jednak skończyć studia. Poczucie ulgi, dumy, zwycięstwa, odniesionego sukcesu w takich okolicznościach jest ogromne. Zaczyna się wysyłanie setek CV i listów motywacyjnych. Nikt jednak nie oddzwania, bądź nie udaje się dostać do pracy. Rozterki, analizy, pytania - co robię nie tak? Inaczej więc konstruję dokumenty aplikacyjne, ubarwia trochę, list motywacyjny wedle najlepszych poradników, czy poprawa kwalifikacji jest konieczna. Znów praca, wysiłek, ponownie to samo! Mało oddzwonień, a te które są to po rozmowach rekrutacyjnych kończą się fiaskiem. Ogarnia człowieka depresja, marazm, zgorzknienie życiem i wysiłkiem które w nie włożył.


Znam też jednak wielu ludzi, którzy pomimo tego, iż wcale nie byli "skazani na sukces", konsekwentnie i z uporem podążali za swoją drogą życia. Nie zniechęcali się porażkami, czy nie upajali się zazdrością, że koleżanka ma o niebo łatwiej. Zaczynali od zera, za darmo bądź za nieduże pieniądze realizowali jakaś swoją pasję. Wielu z nich też nie miało jakiegoś wielkiego talentu, a po prostu konsekwentnie podążali za swoją zajawką, która dawała im frajdę. Z biegiem czasu nadszedł ten upragniony czas, że dzięki ciągłej walce, zmaganiami o przetrwanie, byli na tyle dobrzy, że im się udało. Można rzec, że zrobili coś z niczego, choć zrobienie coś z niczego to temat na inny felieton. Ale generalnie udało im się, dziś są w miarę szczęśliwymi ludźmi, którzy dzięki upartym dążeniom do celu, realizacji swojej pasji, zapewnili sobie stabilność finansową. Da się? Oczywiście, że da się. Przykładów takich ludzi, również mogę mnożyć.

Najlepszych przyjaciół poznaję się w biedzie - Siebie również.

Ja osobiście, nigdy nie byłem skazany na sukces. Nie przejąłem po rodzicach firmy (naturalnie nigdy jej nie posiadali) czy np. nie odziedziczyłem po starszej siostrze talentu do sportu, a ściślej mówiąc do Tenisa Stołowego. Moja siostra np. zdobyła młodzieżowe mistrzostwo olimpijskie w tej dyscyplinie. Miała być zawodowym sportowcem, wiele osób, trenerów wróżyło jej wielka karierę. A jednak Ania ostatecznie, sama wybrała inna drogę, na przekór wielu ludziom którzy wiedzieli lepiej, co będzie dla Ani lepsze. Na przekór także naszemu Tacie, który długo nie umiał się pogodzić, że jego córka wybrała inną drogę. Można by rzec, że Ania odwołała się od wyroku "będziesz sportowcem" i została....chemikiem. Dziś jest szczęśliwą żoną i mamą. ;) 

Powiem więcej - cieszę się, że nie jestem "Skazany na sukces", bo patrząc na to z drugiej strony, to dzięki temu, że do wszystkiego musiałem dochodzić sam, zresztą cały czas dochodzę, dziś jestem Grzesiem takim jakim jestem. Nie przeżył bym tych rozterek, które przeżyłem. Spoko, napewno bym przeżył inne, ale czy poznał bym tak bardzo siebie? Nieskromnie powiem, że ludzie mówią o mnie, iż jestem kreatywnym i ciekawym człowiekiem, a to jest dla mnie bezcenne. Tego nie kupię, za żadne pieniądze. 

Po za tym gdybym został "Skazany na sukces", nie poznał bym tylu ludzi z różnych kultur, i nie robił bym aż tylu rzeczy w życiu. Mogę z czystą świadomością powiedzieć, że moja egzystencja jest bardzo obfita w przeróżne doświadczenia. Zajmowałem się już tak wieloma rzeczami w życiu, wręcz ogromem zajęć bym rzekł, na tyle, że nie jestem w stanie wszystkich zliczyć. Łapałem się tylu zajęć, bo przecież trzeba wiązać koniec z końcem, albo mieć zwyczajnie jakąś zajawkę, odskocznie od codziennych patologi które mnie otaczały i dalej otaczają. Wszystkie te doświadczenia czynią mnie mądrzejszym człowiekiem, który umie zrozumieć każdego człowieka. Warto też dodać, że dzięki temu, iż nie ciąży na mnie ten nieformalny wyrok, umiem doceniać i cieszyć się każdą rzeczą materialną na którą zarobię. I Ostatnie ale nie najmniej ważne - do każdej rzeczy, sukcesu dochodzę sam. Własnym umysłem i własnymi rękoma!

Kuba Witek - raper, podróżnik, pisarz którym się czasami inspiruje, ludzi "skazanych na sukces" określił mianem niewolników. No i rzeczywiście coś w tym jest, zgodzę się nim. No bo czy osobnicy, "skazani na sukces" mają duży wybór odnośnie drogi życiowej? NIE! Często nie mają go wcale, a muszą spełnić pokładane w nich nadzieje odnośnie życia. Czy to przejąć firmę po rodzicach, czy skończyć studia prawnicze - bo mamusia adwokat załatwi aplikację, albo poprostu - skończyć jakiekolwiek studia magisterskie, bo przeciwnie będzie wstyd w rodzinie. O przejęciu gospodarki na Wsi nie wspomnę, bo każdy z Was oglądał film "Kogel Mogel". Ludzie tacy, ci skazani często są wbrew pozorom są nieszczęśliwymi istotami, ponieważ zajmują się kwestiami które tak naprawdę ich zupełnie nie interesują. I jak pisałem na początku - bywa, że są płytcy. Mało razy słyszałem od ludzi, że robią coś co zupełnie ich nie interesuje? Opinie ludzi, którzy twierdzą, że woleli by pracować choćby i na budowie, niż dalej robić to robią, nawet za tak duże pieniądze, które na dłuższą metę szczęścia wcale nie dają. Jednak "Skazani na sukces" muszą podążać konsekwentnie drogą na którą zostali skazani swoim nieformalnym wyrokiem. Zostali skazani bez dużego wpływu na wyrok, bez wyboru, z małą możliwością obrony.

Ja natomiast uważam, że każdy z nas powinien mieć wybór - czy chce być prawnikiem czy budowlańcem, kierowcą czy lekarzem, czy chce wierzyć w Jezusa czy w Allaha, mieszkać w kempingu bądź w willi. Każdego to wybór indywidualny, poprzez poznanie swojego "Ja". I właśnie przez poznanie, zrozumienie swojego własnego "Ja" możemy stać się spełnionymi ludźmi, wiedzącymi co chcą robić w życiu i co im daje naprawdę szczęście. Wyrok na sukces, może uniemożliwić to poznanie tego niepowtarzalnego, pięknego człowieka, którym jest każdy z nas.

Pozdrawiam wszystkich chrześcijan i patriotów.



6 komentarzy:

  1. Spoko tekścik, zgadzam się, że "wyrok" może przytłaczać, ale nie zawsze. Zdarzają się też ludzie, którzy dążą do swojego celu własną pracą mimo, że mogą obrać prostą ścieżkę "skazanych na sukces". Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Zgadzam się z Tobą, Grzesiu. Też nie byłam i nie jestem "Skazana na Sukces" i choć jest mi ciężko, to jestem szczęśliwa, że sama mogę o sobie decydować i spełniać swoje marzenia ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Zgadzam się z Tobą, Grzesiu. Też nie byłam "Skazana na Sukces" i odkąd pamiętam było ciężko i pod górkę, ale mimo to jestem szczęśliwa, że sama mogę o sobie decydować i spełniać swoje marzenia :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Stwierdzam, po przeczytaniu, tego artykułu i innych, że Autor ma talent pisarski. Twoje artykuły, uderzają prawdziwością. Z drugiej strony, piszesz na tak wiele tematów, że możesz trochę tracić bo twój blog kojarzony jest glownie z tematami polityczno-narodowymi. A jest o wiele bardziej kreatywny. Pozdrawiowienia od czytelniczki :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Zgadzam się. Nie każdy też musi odnieść sukces, nie każdy jest do tego stworzony i nie każdego to uszczęśliwi.

    OdpowiedzUsuń
  6. nawet "skazanym na sukces" czasem nie wychodzi i lądują po czasie na dnie, także nie ma czego zazdrościć, jasne, że niektórym jest łatwiej a innym gorzej, nie można się zrażać oglądać na innych, trzeba robić swoje, trzeba swoje wiedzieć i do tego dążyć

    OdpowiedzUsuń