sobota, 7 maja 2016

Chcesz w życiu zmiany? Stań w wprawdzie przed samym Sobą!

Witam wszystkich po dłuższej przerwie :) Wróciłem, ożyłem... Tak wróciłem do żywych i to silniejszy, po wielu dniach absencji spowodowanej nawarstwiającymi dylematami, problemami, z którymi w ostatnim czasie przyszło mi się zmierzyć. Nie ukrywam, że wyssały one ze mnie resztki sił, pogodę ducha i jakąkolwiek ochotę do działania i w ogóle życia… Tak naprawdę, to przez ostatnie dni, nie miałem ochoty mieć z nikim kontaktu, wyjątkiem były 3 osoby, które wiedziały co się w moim życiu dzieje. Chaos, spadnie w dół i wycofywanie się ze wszystkiego co mnie otacza to jest to, co się działo u mnie. I tak oto uczelnię zawaliłem w zeszłym tygodniu (nawet raz się nie pojawiłem na zajęciach), spotkania towarzyskie również, spotkania związane z formą dodatkowej pracy tak samo, akcję, którą moja grupa organizowała na mieście również odpuściłem, baa – nie dałem im nawet znaku życia. Ogarnęli się beze mnie, świetnie sobie poradzili oczywiście, aczkolwiek prawda jest taka, że na mnie liczyć nie mogli w tych w tych dniach, a przecież powinni. Jak gdzieś działam, z czymś się utożsamiam powinno mnie to również do czegoś obligować. Proste.

Ja natomiast zamknąłem się we własnym świecie, rozmyślając o tym i o tamtym, o alkoholu i papierosach nie wspomnę, bo wypaliłem ich bardzo dużo. Kiedy mój „czarny nastrój” powoli przechodził (też nie sam z siebie – musiałem sporo rozmawiać z nielicznymi osobami), nie widziałem nawet jak tu zacząć od nowa, i wrócić do żywych, albowiem dalej trzeba się zmierzyć z wieloma kwestiami, powiem więcej, dokładając do tego, także te, które w owym czasie zawaliłem.

Mając w pamięci słowa znajomego księdza wypowiedziane na kręgu biblijnym, na który uczęszczam, wiedziałem jednak w głębi serca, że muszę stanąć w prawdzie przed samym sobą. 

To jest niezbędny pierwszy krok do ruszenia na przód. 
Ależ gdzie, gdzie moje zgorzkniałe, pełne żalu i pretensji do świata serce przecież nie było w stanie tego zrobić! 
Łatwiej, wygodniej było mi przecież zamykać się w swoim własnym świecie i gniewać się, że wszystko jest do dupy. I tak oto mimo, że już było trochę lepiej psychicznie, do przodu wcale nie ruszyłem i czegoś tutaj brakowało, i nie była to wcale jakaś mała cząstka. Brakowało mi tego klucza, tej iskierki aby mogła płonąć we mnie ochota do życia. Faktem jest, że los mnie ostatnio nie oszczędzał, ale czy to jest powód żebym zachowywał się jak egocentryk na wszystko „lejąc”?
To, że dzięki takiemu zachowaniu wgłębiam się jeszcze bardziej w różnorakie problemy z bliskimi mi ludźmi wydaje się być oczywistą oczywistością. Ja w tych dniach po prostu sięgnąłem dna.

Momentem przełomowym była Niedzielna Msza Święta, na którą poszedłem wprawdzie ale na siłę. Tam ponownie usłyszałem, że dopóki nie otworzę swego serca na Boże działanie, nie będę chciał podjąć z Duchem Świętym współpracy, nie stanę w prawdzie przed samym sobą, do tego momentu będę czuł ten cały marazm, który mnie otaczał. Nawet wtedy gdy sam będę sobie wmawiał, że już wszystko jest dobrze, a nie otworzę się na pewną głębie - sam się będę oszukiwał. Doszło w tamtej chwili do mnie, uderzyło w serce siłą lewego prostego Andrzeja Gołoty, że przecież wszystko zależy ode mnie, od mojej własnej woli i działania oraz nastawienia! Nawet z psychologicznego punktu widzenia jak miało być lepiej, jak na wszystko byłem zamknięty? Ponowny rachunek sumienia, ponowne spojrzenie w głąb samego siebie powiedziało mi, że pierwszym krokiem do odnowy i ruszenia do przodu, jest sakrament spowiedzi oraz przeprosiny ode mnie dla wszystkich ludzi, których w owych dniach zaniedbałem, bądź zachowałem się nie w porządku. Tak więc Was także Czytelnicy przepraszam, bo przecież i Was również zaniedbałem.

Powierzając te sprawy Bogu, przyznając się przed nim do błędów i oczyszczając się z nich, tylko wtedy ruszę do przodu i pokonam przeciwności losu. Jak chciałem poradzić sobie sam z problemami bez Boga? Nadało by się tutaj przysłowie "Jeśli Bóg będzie na pierwszym miejscu, wszystko inne będzie na właściwym miejscu". Ja jednak miałem to pretensje do niego, że niby mało reaguje na moje kłopoty, ale czy w pełni korzystałem z mocy sakramentów świętych, które Bóg mi ofiarował, otworzyłem się na jego pomoc? Ależ nie, dla mnie w tych dniach szczęście powinno spłynąć samo, bez mojej ingerencji, a w sumie to i bez Pana Boga. I to jest właśnie odpowiedź na to, czemu byłem taki bezsilny i zgorzkniały. Nie stanąłem w prawdzie przed samym sobą i nie powierzyłem Bogu tego co we mnie siedziało, nie poddałem się uzdrawiającej mocy sakramentalnej. Już teraz wypełnia mnie spokój i siła do działania, a dopiero za chwilę czeka mnie sakrament spowiedzi.

 Albowiem jak Bóg ze mną, to któż przeciwko mnie?

Pozdrawiam wszystkich chrześcijan i patriotów.


















                                                                  

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza