piątek, 23 grudnia 2016

Czym są dla Ciebie święta Bożego narodzenia?

Zbliżają się święta Narodzenia Pańskiego. Niewątpliwie, jest to dla nas chrześcijan szczególny czas - celebrujemy narodziny samego Boga, bardzo ważne święto dla chrześcijan które powinno mieć także ogromny wymiar duchowy. Tylko co z tego mamy obecnie? Jak MY chrześcijanie tak naprawdę obchodzimy święta Bożego Narodzenia? Ano tak, że wręczamy sobie wzajemnie prezenty z powodu wizyty Św. Mikołaja w Laponii, Świętego Mikołaja który paradoksalnie - był kimś zupełnie innym niż postać którą wykreowały mass media. Święta Bożego narodzenia, dla nas chrześcijan nie powinny być świętem reniferów, elfów, mass medialnego Św. Mikołaja który zresztą nie ma nic wspólnego z prawdziwą postacią, choinek, ozdób, świecidełek i innych duperelek, jak i również nie powinny być świętem obżarstwa - to wszystko o czym piszę nie ma nic wspólnego z narodzinami Jezusa. Powiem więcej - w istocie jest walką z prawdziwym celebrowaniem narodzin Jezusa - Boga w człowieczej postaci.

Dla wielu ludzi czas święta, to Kevin sam w domu w TV, obżarstwo i pseudo życzenia jak slogan "wesołych świąt" albo skopiowane wierszyki na facebooku które wielu nawet nie czyta, tylko wykonuje bez wysiłkową operacje - "kopiuj - wklej"... 
Prawda jest taka, że święta Bożego narodzenia w wymiarze kulturowym nie tylko, że nie mają nic wspólnego z chrześcijaństwem, ale są tak naprawdę zaprzeczeniem chrześcijaństwa i niestety - często ogromną hipokryzją wielu ludzi. Magia świąt ?! Żadna magia, za to moc Ducha świętego do godnego świętowania narodzin Jezusa zdecydowanie tak. 

W świąteczne dni składamy sobie życzenia, na portalach społecznościowych także ale przemyślcie i powiedzcie szczerze - jaką one dziś mają wartość? "Wesołych świat" powtarzamy na każdym kroku do każdego człowieka, gdzie byśmy się w tym czasie nie znaleźli co powoduje, że wartość tego sloganu jest znikoma, albo wręcz zerowa. Odnoszę wrażenie, że podanie ręki na przywitanie jest bardziej prawdziwe, niż ten puste słowa jak "Wesołych świąt"...
Swoją drogą, to święta te trwają aż dwa dni, więc najważniejsze jest to, żeby były te aż DWA DNI wesołe prawda? To jest ważniejsze niż to, aby podczas tych dni składać sobie SZCZERE życzenia życiowe... Tak to ma wyglądać, chrześcijanie? ... 

Dlatego, jak osobiście składam życzenia to robię to w sposób SZCZERY, na tyle szczery, że mają one jakąś wartość - albowiem płyną prosto z serca, szczerego życzenia dla drugiego człowieka. Staram się wtedy jakieś osobiste urazy do ludzi wyrzucać z Siebie daleko, albowiem to prawdziwy znak celebracji narodzin Jezusa. Jeśli jednak nie daje rady jakiś animozji do danego człowieka zostawić za Sobą, to hipokrytą nie jestem i życzeń poprostu nie składam. I to właśnie moim zdaniem czytelnicy powinno być dla nas prawdziwą, Bożą mocą świątecznego czasu. Pokonywanie naszych własnych słabości względem drugiego człowieka.
Ja osobiście zawsze, bez wyjątku tak robię i lata mi co sobie o tym ktoś pomyśli, że wolę powiedzieć coś bardziej ambitnego od serca, łamiąc się opłatkiem, czy składając osobiście życzenia niż "Zdrowych, wesołych świąt"... 

I My umiejmy się zatrzymać choć na chwilę w toku przygotowań świątecznych, i przemyślmy nasze osobiste przeżywanie Świąt, co naprawdę znaczą dla nas święta Bożego narodzenia. Jezus nikomu na siłę się nie narzuca, dlatego wymiar duchowy jest naszą osobistą sprawą, ale chociaż życzenia dla naszych bliskich niech będą szczere i mające wartość. Bądźmy prawdziwi i nie dajmy się pochłonąć w absurd i sztuczność, czyli to wszystko co nas na codzień otacza. W końcu święta to szczególny czas. 

 
Pozdrawiam
Pan Gie.


czwartek, 15 grudnia 2016

Bądź Sobą i idź pod prąd - zdrowe ryby tylko tak płyną!

"Chcemy być Sobą, chcemy być Sobą wreszcie..."

Znacie skądś te słowa Moi Czytelnicy? Jeśli nie, bądź wyleciało Wam z głowy to podpowiem Wam, że są to słowa kawałka Perfectu "Chcemy być Sobą". Chyba każdy tego pragnie prawda - być Sobą, choć wydaje mi się, że nie każdy rozumie co naprawdę znaczy być Sobą i co się na to składa. Naturalnie jak mamy być Sobą, jak nawet Siebie na dobrą sprawę nie poznaliśmy? W innym tekście pt: "Skazany na Sukces" pisałem - "I właśnie przez poznanie, zrozumienie swojego własnego "Ja" możemy stać się spełnionymi ludźmi, wiedzącymi co chcą robić w życiu i co im daje naprawdę szczęście".
No właśnie, spoko loko ładnie brzmi, ale jak w dzisiejszych czasach poznać swoje własne "JA", umieć być Sobą i Sobą dalej pozostać? Nie jest to bowiem takie proste, jak może się wydawać.


Pokuszę się o wyznanie, że zawsze imponowały mi osoby silne psychicznie, które swój szacunek wypracowały sobie kwestią naprawdę konkretną. Konkretną to np: ciężkim długotrwałym wysiłkiem, swoją indywidualną prawdziwością - jakże odmienną od pustych, płytkich szarych mas. Uzyskali sobie moje uznanie ciągłą walką w dążeniu do swoich ideałów, dojściu do swoich celów pomimo potyczek, wbrew zawsze czyhającym wrogom, czy zawdzięczają szacunek poprzez odwagę w wyrażaniu swojego zdania - szczególnie tam, gdzie może to być niewygodne i nie mile widziane. Krótko mówiąc, inspirowały mnie osoby które posiadały twardy, ugruntowany charakter, ludzie którzy nie boją się pozostać sobą, a wiadomo, że w obecnych czasach oto nie łatwo, choć oczywiście wartości które wyznają to inna bardzo ważna sprawa. W każdym razie napewno nie imponowały mi te silne psychicznie osoby, silne ale jedynie w postaci bezczelnego cwaniactwa, manipulacji, czy umiejętności dobrego "gadanego". Jeśli takich zdemaskowałem, a przy bliższym poznaniu niemal zawsze było, to "odpulałem" ich ze swojego towarzystwa, no albo osoby te wchodziły ze mną w otwarty konflikt, albowiem nie toleruję pewnych negatywnych postaw takich jak wywieranie presji na słabszych, czy narzucanie swojego zdania. Konflikty te kończyły się różnie - jedne rzeczywiście oznaczały swojego rodzaju pseudo kosę czyli oficjalną wzajemną niechęć, drugie nawrócenie mojego oponenta w swoich postawach, trzecie natomiast strach przed niewygodnym zdaniem i walkę ze mną, ale z reguły tylko za plecami. No cóż, bywało różnie.


Ktoś mi kiedyś powiedział, jedna ze znajomych, że jestem osobą kontrowersyjną. No oczywiście, w odniesieniu do niej to raczej wada, bo ta zawsze dostosowywała się do otoczenia, towarzystwa, niczym wiatrak - w zależności w którą stronę zawieje. Dla mnie jednak, chyba bardziej jest to zaleta. No bo zadajmy sobie wszyscy pytanie: co to znaczy być w dzisiejszych czasach osobą "nie kontrowersyjną" ? Czyż to nie jest bezrefleksyjne przyjmowanie tego, co narzuca nam system, poprawność polityczna, wszechobecny lobbing który nas otacza? Oj nie, nie ma opcji, to stanowczo nie dla mnie, no więc tak - jestem osobą kontrowersyjną.
Wiadomą kwestią jest, że jak każdy człowiek w życiu różne wady i zalety słyszałem w odniesieniu do mojej osoby, zarówno te prawdziwe i nieprawdziwe, przyznaję że wady czasami bywały ostre jak brzytwa - ale tego, że nie jestem szczery bądź, że można mi zarzucić brak charakteru nikt poważny mi nie zarzuci, tak przynajmniej na chwilę obecną. Dopilnuję aby tak było zawsze, albowiem bycie prawdziwym ze samym Sobą, pomimo nawet potknięć jakie przechodzę jest najważniejsze, bezcenne. W przeciwnym wypadku czuł bym się jak chodzące bezbarwne zero, czuł bym się bez osobowości, bez własnego wyrazu i tym samym wartości oraz intelektu. W moim przekonaniu, życie jako bezbarwne tło sensu jest pozbawione, nie rozumiem jak można się cieszyć z tego, że kosztem siebie unikamy pewnego dialektyzmu, przeciwieństwa które nie tylko czasami może poróżnić ludzi bądź wywołać konflikt, ale nie rzadko to właśnie ta odmienność fascynuje nas w drugim człowieku.

Zadaje Wam pytanie Drodzy Czytelnicy: Jaką wartość ma dana osoba jeśli postępuje, mówi, czyni dokładnie tak, jak wymaga tego chory system, który na każdym kroku poddaje nas manipulacji, jednostka która jest tylko maszynką innych ludzi, różnego rodzaju grup nacisku do osiągnięcia swoich egoistycznych celów takich jak - np. władza, pozycja, pieniądze, panowanie nad innymi? Odnoszę wrażenie niestety, że są niczym innym jak głupiutkimi tylko pionkami w całej potężnej machinie propagandy, wojnie o każdego człowieka, o jego model, schemat postępowania i poglądów w świecie, czy także w mniejszym, lokalnym środowisku. Nie zrozumcie mnie Czytelnicy, że piszę na ten temat tylko w wymiarze politycznym, choć wiem, że może tak to brzmieć.

Nie ukrywam, że strasznie mnie irytują, a zarazem śmieszą ludzie którzy wyłącznie jak wrony w stadzie powtarzają hasła, frazesy które w ich środowisku są na topie, zupełnie nie mając pojęcia o co chodzi w tej całym systemie. Ci kretyni (sorry - inaczej nazwać ich nie mogę) umieją krytykować drugich bezmyślnie powielając to co gdzieś kiedyś usłyszeli, albo wręcz brzydzą mnie nawet ludzie którzy na każdym kroku ulegają nieustannej presji silniejszych jednostek w swoim postępowaniu, poglądach czy opiniach. Albo osobnicy którzy udają kogoś innego niż są.
"Nie wiesz kim być - bądź Sobą - nie Kubą Wojewódzkim, nie Rysiem Ochudzkim - tylko Sobą, naprawdę Sobą!". To z kolei słowa kawałka grupy operacyjnej "bądź Sobą". Korzystając z okazji polecam Wam go. Tak, dobrze, okej - wiem, że gdybym był Milerem to Ziobro był dla mnie zerem, lecz jestem Panem Gie i Ziobro oprócz tego, że jest ministrem sprawiedliwości jest dla mnie sprawnym politykiem, nie zaś zerem ;). Nie mniej jednak, przyznaję, że często mam ochotę rozprawić się słownie z daną wroną albo kretynem, jeśli w dodatku sądzi o sobie, jakaż to nie jest mądra, bo swojego zdania pozbawiona jest za grosz, a jedyne co zrobiła w życiu to zamieniła się z człowieka na kiepską kserokopiarkę i z takim oto ślinotokiem powtarza kwestie które drugą osobę mogą zranić.

W naszym bogatym w różne doświadczenia życiu czytelnicy być może, że niejednokrotnie zaliczymy ostry nokaut, padając bezwładnie jako ten niby przegrany - na matę niczym Tomek Adamek w starciu z Moliną. Mimo tego bólu który z nas się ulatnia i kolejnej cierpkiej lekcji musimy zawsze podnosić się po danym ciosie i dalej konsekwentnie robić swoje, nie przejmując się opinią oponentów. Następny cios jak już padnie, to tym razem mnie nas już tak nie powali jak poprzednio, bo będziemy umieli go celnie skontrować i skutecznie się wybronić, aby w końcu wygrać i tym samym dopiąć do swego upragnionego celu. Po pewnym czasie poprostu stajemy się trwale silniejsi, umiejący stawić opór swoim oponentom, przywarom, troskom i skutecznie walczyć, używając swoich największych atutów. Krótko mówiąc to właśnie w bólu i walce poznajemy Siebie, kształtuje się wtedy charakter człowieka, swoje indywidualne, wyjątkowe, jakże bardzo wyraziste -  własne "JA" drogi czytelniku. Tego nie kupisz za żadne pieniądze, to musisz sobie sam wypracować. Niech każdy z osobna sobie odpowie na pytanie kim naprawdę jest w życiu? Apeluję do każdego człowieka - nie bójcie się być Sobą!

Proszę Was, nie odbierzcie tego narcystycznie ale dlatego właśnie, że znam siebie i nie boje się być sobą, nie obchodzi mnie zdanie ludzi na mój temat którzy mnie nie znają, bądź opierają je na zasadzie, "bo ktoś tak powiedział". Sam natomiast, zawsze walę prosto z mostu co mi leży na sercu, co sądzę na dany temat, a mając odpowiednie poczucie własnej wartości nie muszę nikomu się podlizywać i potakiwać na wszystko co ktoś powie. Wyrażałam śmiało, dosadnie kiedy uznam za stosowane swoje opinie (dosadnie nie znaczy, że nie kulturalnie czy jak cham totalny!) a kiedy trzeba to nawet bardzo ostro w stosunku do niektórych osób formułuje odpowiedni pogląd, czy na tematy np. różnych ludzi, środowisk, kultur, gron w których niegdyś byłem, bądź dalej jestem. Nie żebym robił to na wariata oczywiście typu, że znajduje się w towarzystwie kibiców Kszo Ostrowiec, a krzyczę na cały głos "Korona Kielce chamy!", ale też nie zamierzam przed nikim się płaszczyć, klękać żebym to nie wyraził swojego zdania, bo komuś jest ono nie na rękę, czy bo jakiegoś pajaca ono tak zaboli, że serce będzie mu krwawić, bo on potrzebował np.wierzyć w manię swojej urojonej wielkości, czy swojej wygodnej rzeczywistości... Ale co mnie to obchodzi? Wiadomo, ciężka prawda zawsze boli, ale w moim przekonaniu będę ją używał stale, jak to jest tylko możliwe aby to właśnie nią trafiać w serca hipokrytów i innych cymbałów myślących, że jak podporządkowali sobie jakieś wrony, które w stadzie zawsze kraczą tak jak one, bądź kraczą tak jak wszyscy inni w danym środowisku, że koniecznie mają rację, czy że błyszczą.
Nie wspominam już nawet o wiatrakach - Ci z kolei mówią tak, jak w danym momencie zawieje.

Naturalnie wiem, że banda giermków, przydupasów i wdupowłazów swoich "guru" zaraz się na mnie rzuci, broniąc meinstramowej, powszechnej opinii. Zupełnie mnie to jednak nie rusza, no bo jak mogę się przejmować opinią prostaków którzy dają się wykorzystywać jak zwykli bezbarwni frajerzy? Przecież za przeproszeniem nawet gówno ma swój kolor... Mogę za to, z uśmiechem na twarzy zapytać się ilu ich będzie następnym razem, bo poprzednio, przy poprzednim hejtingu było ich np. kilkunastu no i nie są w stanie poradzić sobie argumentowo ze mną jednym. Tak więc wynika z tego, że wszystko co oni mogą... to jedynie pocałować mnie w dupę ;)

Drodzy Czytelnicy, nikt nie jest w stanie pozbawić mnie bycia sobą. Dlatego, także w swoich felietonach nigdy nie ukrywałem swojej tożsamości (bo to przecież prawdziwy Ja!) czy nie zatajałem swoich problemów, choć spotkałem się z opinią - "Grzesiu po co się odkrywasz czy srasz we własne gniazdo, pisząc o tym czy o tamtym - to jest bardzo prywatne...". Odpowiedź, dla każdego kto by tak pomyślał brzmi następująco: Ja nie potrzebuję nikomu i tym bardziej sobie niczego udowadniać, nie posiadam kompleksów na punkcie mojej tożsamości, sikam natomiast na to, co ktoś pomyśli o mnie w związku z tym że napisałem o swoich dylematach czy cierpieniach które de facto ma każdy, więc zupełnie mi nie wadzi to, że podzielę się częścią siebie, nawet gdy jest ona zbudowana na rozterkach. Przecież to na rozterkach budujemy Siebie...Odpowiedzią na taki zarzut jest także pytanie - czy mam się wstydzić własnego siebie, własnego życia? Przecież, to właśnie jestem prawdziwy "JA"...


Tak, zgadza się - często idę pod prąd i jestem z tego dumny, choć zdaje sobie również sprawę, że wiele ludzi mnie znienawidzi z tego powodu, czy będę się stawał obiektem jakiś drwin, ośmieszania ale przynajmniej na tym etapie - tylko z ust nic nie znaczących hejterów, wron i wiatraków, ludzi przeżywających swoje kompleksy, nowe pryszcze na dupie. Z drugiej zaś strony, wiele, bardzo wiele ludzi doceni taką postawę i u nich się zyska autentyczny, trwały szacunek. Odnośnie hejterów jednak, w związku z tym, już teraz mogę dla nich zapowiedzieć, że niebawem ukażą się moje niewygodne, kontrowersyjne felietony na temat różnych kultur. Domyślam się, że tymi tekstami również nie wzbudzę aplauzu wśród większości ludzi, czy głównego nurtu tych środowisk. Zostanę zjechany? Ilu Was będzie tym razem?...Oczywiście na konstruktywną nawet bardzo mocną krytykę jestem otwarty zawsze, w tym wypadku piszę o hejterach którzy nieustannie się pojawiają. Nie ma osoby, która wspinając się na swój własny szczyt nie stykała by się z tą bandą, jednakowoż mnie ona tak skutecznie pobudza do śmiechu.

Jak to mam w zwyczaju w mojej publicystyce, zadaje Wam pytanie czytelnicy: Czym się dana osoba np. z kultury oazowej, czy ruchu kibicowskiego która bezmyślnie powtarza meinstremowe opinie panujące w tym środowisku, czym ona różni się od przeciętnego dziadka równie bezmyślnie powtarzającego slogany z rodem TVN które te grupy tak mocno krytykują? Otóż niczym się nie różnią, oprócz tego, że żyją w innych kulturach, światach (kulturach często narzuconych im z góry) ale tak samo bezmózgo, ślepo powtarzają modne hasła w danym środowisku.


Nie przypadkowo wymieniłem oazę, bo pamiętam jak swego czasu jak angażowałem się w Ruch - Światło Życie, to miałem wtedy zakaz publiczny wyrażania swojej opinii na temat postaw wielu decyzyjnych, ponieważ burzyłem - jak to powiedział moderator - obowiązujące zasady panujące w tym środowisku, rzekomo buntowałem innych uczestników. Przez jakiś czas, byłem poddawany swojego rodzaju dyskryminacji w tej kulturze, zarówno w czasie rekolekcji na 2 stopniu formacyjnym, jak i formacji śródrocznej. Z biegiem czasu, zaniechałem tam czynnego uczestnictwa, choć oazy rekolekcyjne zawsze będą bliskie mojemu sercu i tego również nic nie zmieni. Pamiętam także, jak mój artykuł o metroseksualiźmie spotkał się z ogromną dozą krytyki, tak samo jak moje tezy dotyczące wyborów prezydenckich w 1 turze. Wtedy m.in publicznie mocno skrytykowali mnie ludzie, z którymi mnie wiele łączy. Warto wspomnieć, że już samo moje członkostwo w takim, a nie innym ugrupowaniu sporo hejtu mi przystwożyło. Na studiach natomiast, podczas konferencji naukowej wyraziłem w dość dobitnych słowach co sądzę o pewnym polityku PSL obecnym na konferencji, za co cześć ludzi skrytykowała mnie również mocno, druga zaś cześć sali zaczęła nieśmiale bić brawo ;) Nie tak dawno znowuż prowadziłem publicznie ostrą dyskusję na temat ruchu kibicowskiego, po publikacji mojego tekstu na ten temat. Oczywiście grono ludzi (a może prędzej bezmózgich wron? hehe) hejtujących moją opinię publicznie było nie małe, ale jak pisałem - potęguję to jedynie mój śmiech i uświęca w słuszności swojej opinii. Gdyby nie była słuszna nikt aż tak by się obruszył, proste. Ta sama cecha która odpowiada za to, że nie boje się iść pod prąd, nie zmieniała się także w stosunku do osób prywatnych, co za tym idzie - parę osób usłyszało kilka cierpkich słów na temat swojej postawy, (staram się ludzi nie oceniać - Bóg jest od tego) gdy na to zasługiwali rzecz jasna. Nigdy jednak mnie to nie zastopowało, w byciu niezmiennie Sobą. No właśnie, tylko jak nauczyć się być sobą, jak nie wszyscy mają na tyle odwagi, a nawet nie wiedzą jak to zrobić? I o tym m.in właśnie przeczytacie w kolejnym moim felietonie, który już czeka na publikację.

Pozdrawiam wszystkich chrześcijan i patriotów.





piątek, 2 grudnia 2016

Uzależnienia, zniewolenia, stowarzyszenie MONAR czyli teoria wyzwolenia cześć 3.

Przyznaję, że za bardzo nie wiem, od czego rozpocząć trzecią cześć relacji pobytu w ośrodku terapii rehabilitacji uzależnień Stowarzyszenia Monar. W drugiej części napisałem o pewnych kontrowersjach, ale tych w ośrodku było zdecydowanie więcej moi zdaniem. No cóż... Przynajmniej wiem już od czego zacząć ;). No to jedziemy.


Jak pamiętacie drodzy czytelnicy, poprzednio pisałem o wydalonym pacjencie - w drugiej części tejże relacji. Ten sam chłopak którego wydalili z ośrodka wyznał wcześniej na społeczności, iż boi się wracać do swojego miasta, albowiem krąży o nim nie prawdziwa plotka, że się "zgolił" na chłopaków - czyli powiedział panom policjantom nieco za dużo o swoich kolegach, bądź dilerach. Wytłumaczył sytuację w miarę logicznie, iż jest niewinny - widać było, że naprawdę jest to ogromny problem dla niego. Chyba wszyscy wiecie Drodzy czytelnicy z czym to się wiążę i jakie ma konsekwencje, taki "eter" na mieście potwierdzony dowodami w postaci wielu osób jako świadków i tzw: "papieru". Daleko mi od pajacyków "Jotpowców" i tym podobnych, próbujących zabłysnąć swoją sztywnością, ale odpowiedź terapeutki do niego nie podobała mi się bo świadczyła o tym, że zupełnie nie ma ona pojęcia o realiach świata ulicy. Kobieta mieniąca się terapeutką poprostu nie wiedziała moim zdaniem o czym w ogóle mówi... Powiedziała mu mniej więcej - "nie rozumiem czym Ty się przejmujesz? Jesteś już po innej stronie barykady, tej przeciwnej więc nie powinieneś się tym przejmować. Odpowiedz sobie po której stronie jesteś, skoro martwisz się tym? Nie jesteś już z nimi, masz teraz inne poglądy, jeśli się przejmujesz tym, to świadczy, że mentalnie wciąż jesteś po tamtej stronie"...

Usłyszawszy to, pomyślałem sobie - co to ma być?! I to jest dobra, znająca się na fachu specjalistka? Jak myślicie czytelnicy - czy to, że dana osoba walczy z uzależnieniem narkotykowym w ośrodku, czy to znaczy, że ma zamienić się w osobę hmm jak ją nazwać... no "lamusa", który donosi na złych kolegów, że Ci robią to, czy tamto? Z wypowiedzi terapeutki tak wynikało niestety, że pobyt o ośrodku wiąże się z tym, iż pacjent ma totalnie zmienić się z jednej skrajności w drugą. Przecież nie oto chodzi w ogóle całym procesie resocjalizacji, pomijając już nawet leczenie uzależnień... Ja osobiście gdybym był terapeutą, nigdy bym nie doradzał swoim podopiecznym, aby całkowicie wyzbyć się dawnej osobowości, natomiast przewartościować Siebie to już tak i zostawić dalej to, co jest pozytywne w danej jednostce, negatywne zaś odrzucić bezpowrotnie, pamiętając jednak o realiach jakie panują w świecie i danej kulturze, na osiedlu, w szkole. Bo czy celem pacjenta, jest spalić za Sobą wszelkie mosty i walczyć prócz z uzależnieniem, to z reputacją i czarną stroną miasta? Dokładając do tego napewno różną maść pajaców, którzy będą dręczyć delikwenta. Jestem zdania, że należało by spojrzeć na ten problem zdroworozsądkowo, bo od pewnych kwestii uciec się nie da, szara rzeczywistość nie jest zamiętowa, a realne społeczeństwo wygląda inaczej niż społeczność Monarowska. Wszystkim pacjentom prędzej czy później przyjdzie się z tym zmierzyć.

Na koniec dodam, że jestem także zdania iż jeśli nikt nie zmusza danej osoby do brania narkotyków, zażywa je ona z pełną świadomością, nie przymuszona tylko z własnej woli to powinna też wiedzieć, z czym to się wiążę i jak się należy zachowywać. Jeśli jednak, zachowała się nieodpowiednio co się zdarza, to należy szukać rozwiązania - a nie uciekać od realiów świata rzeczywistego jak w przypadku komentarza terapeutki. Swoim nieodpowiednim, odrealnionym nieco podejściem, może znacząco zaszkodzić w terapii. Czyż nie mam racji? A Wy co o tym sądzicie drodzy Czytelnicy, o tej powszechnej i ważnej kwestii w tym podobnych ośrodkach?

Kolejna kwestią kontrowersyjną jaką poruszę, to twarda, niemal żołnierska dyscyplina i nakręcanie się na ... wzajemne donoszenie właśnie... Przynajmniej moja osoba tak odebrała to chore zjawisko. Obserwując społeczność pod tym względem można było odnieść wrażenie, że niektórzy pacjenci swoje niepowiedzenia mogli zrekompensować jedynie tym, że ukarają bądź zwrócą uwagę kompanowi, że ten coś źle zrobił, bądź nie dotrzymał pewnych zasad. Kiedy sytuacja dotyczy rzeczywistego "wyślizgiwania" się od obowiązków czy świadomego gwałcenia zasad, to postawa taka jest wskazana, każdy pacjent musi wiedzieć gdzie i po co właśnie w tym miejscu się znajduje, społeczność zaś powinna dbać o Siebie wzajemnie. Ale czy "podkablowanie" do społeczności, że dany "kuracjusz" niechcący w czasie pracy usiadł na krześle na dosłownie 3 sekundy ze zwykłego zapomnienia się, albowiem przebywał dopiero dwa i pół tygodnia w ośrodku, nie jest przesadą? Jak myślicie Czytelnicy?

Moim zdaniem jest i to grubą, taką postawę rzeczywiście oceniam jako konfidenctwo i złośliwość, nic innego jak zwykłe donosicielstwo. A takie sytuacje miały miejsce w społeczności i to nie rzadko, karą za nie była oczywiście całodniowa praca do 21 godz. Śmiem twierdzić, że to ogromnie rujnuje terapię, co do tego jestem zresztą przekonany. Raz, że tworzy to poczucie ogromnej niesprawiedliwości, oraz niezrozumienia i pokrzywdzenia. Dwa - uprzedzenia odnośnie "kapusia" co biorąc pod uwagę hasła z którymi utożsamia się społeczność, powoduje dwa światy - ten oficjalny monarowski i realny który tkwi głęboko w sercu, z prawdziwymi odczuciami względem innych pacjentów (może tworzyć to podwójną osobowość). Po trzecie - daje możliwość wyżywania się pacjentów, wywyższania ponad drugimi, uczy złych postaw - bezduszności i służbistości albowiem mowa jest tutaj o drobnostkach popełnionych niechcący, nie zaś świadomemu działaniu. Czy oto w tym wszystkim chodzi? Szczególnie jeden chłopak, chełpił się wręcz chamskim zwracaniu uwagi innym i donoszeniu. Ja jednak zaraz typa rozgryzłem i porozmawiałem z nim na ten temat. Przyznał, że ma tendencję do wyżywania się w taki sposób, odreagowywania swoich własnych niepowodzeń na innych, jako poczucie wyższości daje mu podniesienie własnej wartości... Powiedziałem mu, że skoro jest taki mocny to po sięgał po narkotyki? Nic nie odpowiedział, ale nie zmienia to faktu, że nie tylko on ale i większość społeczności nie widziała w takich postawach nic zdrożnego...



Kontrowersji może starczy, przejdę teraz do tajników leczenia w ośrodku.

Jak zdążyliście przeczytać, pacjenci czas mieli wypełniony bo brzegi, od świtu aż do zmierzchu. Dni mijają szybko, zlewają się w jedną sekwencję biegów, gimnastyk i przede wszystkim pracy, przerywanej dźwiękiem dzwonu. W ciągu dnia minimum 3 krotne zebrania społeczności, czyli jedyna okazja by móc spojrzeć na Siebie z boku, pomagały w tym opinie pozostałych członków społeczności. Dzięki temu na rozmyślanie o rozterkach nie ma za bardzo czasu, dopiero na społecznościach, po jakimś czasie można było na Siebie spojrzeć niczym w zwierciadle.

Ciągła praca miała jeszcze kilka innych ogromnych zalet w kurowaniu się. Mianowicie - uzurpowała ona realną codzienną pracę w życiu, pewien schemat wymagań od Siebie samego. Poprzez pracę, pacjenci nie tylko uczyli się sumienności, nabierali samodyscypliny, ale także przystosowywali się do życia w społeczeństwie, nabierali przydatnych umiejętności. Po jakimś czasie sami dostrzegali iż wstają już wyspani, ochoty do życia jest coraz więcej, a na twarzy zaczynają się odbijać odcienie lata, kontrastujące ze ścianami sali terapeutycznej. W lustrze coraz wyraźniej umieją dostrzec Siebie i z dnia na dzień powracający uśmiech na ich twarzach, oceniają coraz bardziej racjonalnie sytuacje życiowe. Tak, jest znacznie lepiej, wreszcie ma się ochotę robić coś konstruktywnego w życiu, albowiem nasza ziemska tułaczka nabiera kolorów.

Trzecią, ale moim zdaniem chyba najważniejszą zaletą wypełnionego czasu, pracy i dyscypliny było pokonanie tzw: "narkomańskiej dumy" (duma ta występuje w większości rodzajów uzależnień od substancji psychoaktywnych). Polega ona na tym, że dla osoby uzależnionej od substancji psychoaktywnych liczy się tylko to, czego ona chce. Jest z reguły obojętna na drugiego człowieka, nawet tego którego cały czas kocha i zrobi niemal wszystko, by spełnić swoją zachciankę, szczególnie tę dotyczącą uzależnienia. W związku z tym, kłamstwa jakie powtarza uzależniony od substancji psychoaktywnych człowiek, brzmią coraz bardziej absurdalnie, ale sam ich autor tego jeszcze nie dostrzega. Działanie takiej osoby charakteryzuje spory egoizm, z czasem coraz bardziej nasilający się. Delikwent niby widzi, że kosztem ludzi po tzw: "trupach" dochodzi do swojego celu, albowiem nie ubywa mu znacząco inteligencji, za to pozbawiony jest racjonalności. Przykładowo - nieuczciwie, kosztem innych ludzi, wbrew swoim przyjaciołom zarabia na swój nałóg, ale tłumaczy to sobie na wszystkie możliwe sposoby - że tak musi, że jest to w porządku, że może robić co chce itp, prosi upominających aby się nikt nie wtrącał do jego życia, bo on wie co robi. Bardzo wiele rzeczy odbiera jako wtrącanie się, bądź atak na swoja osobę. Najczęściej musi znaleźć się dopiero na rozdrożu, by zrozumieć iż każdą sytuację tłumaczył sobie tak, aby sam z nią mógł się pogodzić i tym sposobem dalej trwać w nałogu. To właśnie charakteryzuje narkomanów i alkoholików, łatwo po tym poznać np. alkoholika, który akurat nie musi codziennie spożywać alkoholu, w odmianie od narkomana. Alkoholizm, charakteryzują ciągi.

Praca natomiast wymaga podporządkowania się, choć napewno początkowo, szczególnie nowicjusze chcieli się wymigać od pracy na wszelkie możliwe sposoby. Byli też podobno tacy, którzy na starcie przegrywali ze swoją "narkomańską dumą" - czyli wybierali zakłady karne, wyjeżdzając dobrowolnie z ośrodka już po kilku dniach. No cóż...Tam wszakże nie musieli pracować, ale automatycznie pojawia się pytanie - czy "odwyk" w więzieniu przyniesie rezultat w postaci odejścia od nałogu, jak już na samym starcie jednostka przegrała ze swoimi słabościami, poddając się?  Monar dla odmiany dawał szansę na zwycięski bój w walce z samym Sobą, w ciężkiej walce ze swoją "narkomańską dumą". Z całą pewnością należy przyznać, iż w ośrodkach monarowskich, przebywają tylko prawdziwi Wojownicy, którzy chcą wygrać swoje życie.

W tym fragmencie mojej relacji pojawia się również pytanie, jakie efekty daje proces resocjalizacji poprzez pracę? Zdaje się, że ministerstwo sprawiedliwości z PiS, lobbowało za taką właśnie polityką penitencjarną, gdzie praca w zakładach karnych była by obowiązkowa. Po pobycie w ośrodku Monaru i ja zrozumiałem, że to rzeczywiście dobre rozwiązanie.



Ja za to, coraz bardziej pogłębiałem znajomości z pacjentami. Z jednym, z którym "poznałem się" w czasie powrotu z lasu, bardzo się zaprzyjaźniłem, dużo rozmawiałem i wskazywałem mu wiele światełek w tunelu. Bez cienia wątpliwości trafiały do niego moje słowa, co przekazał swojej terapeutce, która następnie powiedziała mi o tym. Nie ukrywam, iż byłem z siebie dumny, choć nie tylko on jeden korzystał z mojego doświadczenia życiowego, o którym mogłem opowiedzieć i pomóc wskazać właściwą drogę. Z każdą godziną, poznawałem kogoś nowego, relacje się nawiązywały coraz lepsze, pacjenci się do mnie przekonywali. Z godziny na godzinę coraz lepiej to wszystko wyglądało, coraz bardziej okazale wyglądał mój udział w społeczności.

2 - ego dnia mojego pobytu w ośrodku, do społeczności zawitała nowa pacjentka. Młoda, atrakcyjna dziewczyna, z amatorskimi tatuażami na rękach, dziarami na dłoniach typu "JP" itp...Widać było na pierwszy rzut oka, iż wszelka patologia nie jest jej obca. Pierwszego dnia jednak, płakała i dziwnie się zachowywała np. usilnie walczyła o papierosy które przy niej znaleziono. Okazało się, że była jeszcze pod wpływem narkotyków i przyjeżdzając do ośrodka nie bardzo zdawała Sobie sprawę gdzie się znajduję. Gdy zapytano się jej na porannej społeczności czym się interesuje, odrzekła - "jak ktoś bierze, to chyba normalne, że niczym...". W tym momencie zrobiło mi się strasznie szkoda, nie tylko jej samej ale wszystkich ludzi którym narkotyki odebrały słońce, słońce tak radosne i tak gorące... Nowa członkini społeczności rozmawiając ze mną na następnego dnia powiedziała "muszę tu jakoś wytrzymać, niech mi to szybko zleci..."... Widziałem, że przeżywała wtedy ciężkie chwile, teraz natomiast być może, że jest już na etapie domownika, czego jej serdecznie życzę ;)

Tego samego dnia, do ośrodka przyjechała moja koleżanka ze studiów, odbywająca praktyki w tymże ośrodku tydzień wcześniej. Załatwiała ona sobie wolontariat, czyli darmową posługę w ośrodku w określonym czasie. Była to jedna z najbliższych mi koleżanek z grupy studyjnej, czułem do niej duże zaufanie. Ceniłem jej pomoc z poprzednich semestrach roku akademickiego, oraz szczerość. Charakteryzowała ją "ogarniętość" i wręcz gigantyczny konkretyzm w działaniu. Tego dnia była jednak tak bardzo pewna Siebie i tak ta pewność z niej mocno biła, już na odległość biła, iż sądziłem że to wręcz przesada, czułem, że dosłownie parę rożnych zdań i mogliśmy się posprzeczać. Nie mniej jednak, udało mi się zamienić z nią kilka zdań i w chwili słabości wyznałem, że nie chce aby sądziła o mnie źle, z powodu iż zawaliłem jedna naszą prywatną kwestię w czasie roku akademickiego. Powiedziała mi bez wahania, iż nie sądzi źle i że nic takiego nie przyszło jej do głowy. Niby nic, szczegół, ale było to ogromnie cenne dla mojej psychiki, szczerze mówiąc tak poturbowanej wtedy, choć nie wiem czy ona zdawała sobie z tego sprawę. Do dziś, mam w głowie jej słowa. Bo prawda jest taka, że w tamtym okresie ja nie znosiłem samego Siebie, nie nawidziłem wręcz Siebie za pewne potknięcia, a jej słowa znacząco pozwoliły mi zaakceptować moją własną drogę życia oraz włąsne "Ja". Tak - nie można ulec swoim własnym, sztywnym schematom które istnieją ale tylko w naszych głowach... Wynika więc, iż pobyt w ośrodku był także dla mnie swoistą terapią, a moją terapeutką została koleżanka z grupy. Hmm, fajnie to w sumie wyszło.

Mijały kolejne dni i z godziny na godzinę, mój pobyt w "Monarze" powoli dobiegał końca. Nie ukrywam, że cieszyłem się, choć .... z niektórymi pacjentami się mocno zżyłem. Na zewnątrz czekał na mnie ważny sprawdzian, w zasadzie to swoista chwila prawdy, że tak to nazwę, albowiem zaraz po przyjeździe miałem się zgłosić na ważne badania. Nie spodziewałem się jednak, że ta chwila prawdy doprowadzi mnie do depresji, która wkrótce po przyjeździe do domu nastąpiła, ponieważ badania w szpitalu wyszły mi negatywnie. Dobrze jednak, że wspomniana koleżanka przygotowała mnie w miarę do tego, choć rozmawialiśmy jedynie z 5 minut o tym, ale dzięki temu łatwiej mi było zetknąć się z problemem. Piszę o tym aby podkreślić, że pobyt w Monarze był również i dla mnie terapią w dosłownym tego słowa znaczeniu. Ale do rzeczy. W dzień mojego wyjazdu, na wieczornej społeczności, zabrałem głos - "Mój czas tutaj z Wami dobiega końca. Dziękuję wszystkim, za wspólnie spędzone dni, bardzo sobie je cenię - dzięki za wszystko". Zaraz po tym powiedziałem też swoje krótkie świadectwo z pobytu, zapisawszy je na kartce papieru. Przeczytałem swoje świadectwo choć raczej niezbyt płynnie, do tego mocno się denerwując, po czym cała sala zaczęła bić brawo. Było to o tyle budujące, że moim dwóm poprzedniczkom na praktykach brawa nie bili, choć koleżance o której wspomniałem powyżej już tak. Wiedziałem więc, że oklaski w społeczności były znakiem swojego rodzaju szacunku ze strony społeczności, wyznacznikiem tego, iż coś pozytywnego wniosłem do nich, choć to tylko kilka dni.

- Grzesiu pierwszego dnia twojego pobytu tutaj, miałem mieszane uczucia co do Ciebie. Sądziłem- może przez pryzmat twoich poprzedniczek, ale sądziłem że jesteś nieco zamulony i nie interesuje Cię nasza społeczność. Tymczasem porozmawiałem z Tobą i bardzo mi pomogłeś, widać, że wiesz o czym mówisz. Nie oceniaj książki po okładce i Ty jesteś tego idealnym przykładem- Dzięki wielkie! - powiedział pierwszy zgłaszający do wypowiedzi się pacjent.

- Grześ dużo rozmawiałeś ze mną, dzięki Tobie zrozumiałem co to znaczy mądrość. Jesteś niesamowicie inteligentnym człowiekiem, i do tego zawsze uśmiechniętym, zarażający pozytywną energia. Dzięki.- powiedział następny pacjent.

-  Grzegorzu, uważam że naprawdę się nadajesz to tego co studiujesz. Dzięki za wszystkie rozmowy, pomogły mi.

- Panie Grzegorzu - odrzekła terapeutka odbywająca dyżur. Zaskoczyłeś mnie bardzo pozytywnie, tym co zaprezentowałeś podczas praktyki. Widać, że pragniesz zostawić tutaj coś po Sobie, choć nie podobało mi się, że czytałeś z kartki swoje świadectwo. Jesteś bardzo ciekawym człowiekiem, choć trochę też takim mędrcem...

To te wypowiedzi na temat mojej posługi które najbardziej utknęły mi w pamięci. Ja natomiast, zaproponowałem już wcześniej kadrze terapeutycznej, iż naprawdę chciałbym coś fajnego (co dokładnie - niech zostanie tajemnicą) zorganizować dla społeczności, mając takowe możliwości i znajomości. Zgodę dostałem od kadry terapeutycznej, pierwsze tygodnie jednak po przyjeździe, musiałem poświęcić dla tylko dla Siebie, ale teraz zakończeniem tej relacji wracam do żywych i biorę się ostro do pracy. Jak mawiają - lepiej późno niż wcale. Tym działaniem chociaż będę mógł pomóc społeczności, wskazać światełko w tunelu poprzez przykład i inspirację, oraz spełnić się jako człowiek, będąc pewnym, że wybierając ten właśnie kierunek studiów nie pomyliłem się i z tej drogi nie należy nigdy rezygnować, a iść za ciosem. Tak, praktyki w ośrodku rehabilitacji uzależnień stowarzyszenia Monar, uświadomiły mi wiele rzeczy i były również dla samego mnie terapią. Na koniec napiszę, że niech każdy z Was drodzy czytelnicy zastanowi się pięciokrotnie, zanim sięgnie po to gówno, jakim są narkotyki.

Pozdrawiam wszystkich chrześcijan i patriotów.      

____________________________________________
myslimlodegopolaka.pl

sobota, 19 listopada 2016

Uzależnienia, zniewolenia, Stowarzyszenie MONAR czyli teoria wyzwolenia cześć 2.

Drugą cześć mojej relacji, swoistego świadectwa z pobytu w ośrodku terapii rehabilitacji uzależnień stowarzyszenia MONAR, rozpocznę od napisana swojego stanu samopoczucia tamtego okresu, które delikatnie było kiepskie. Nawarstwiało mi się wtedy różnych rozterek od groma, sesja na uczelni, a i termin wyznaczony na praktykę był dla mnie bardzo nieodpowiedni. Niestety okolice sierpnia, w których pierwotnie planowałem przyjazd do ośrodka, odpadły ze względu na mój groźny wypadek który skutkował pobytem w szpitalu, zatem praktyki musiały zostać przesunięte na późny wrzesień. Owy termin miał ogromne wady, ale cóż... innego wyjścia nie miałem. Przyjeżdzając na praktyki, pojawiało się przede mną wiele znaków zapytania - czy akurat w tym ciężkim dla mnie czasie wygram ze swoimi własnymi zniewoleniami, sprawdzę się w tym miejscu?


Papierosów palę od groma i od jakiegoś pół roku przerzuciłem się na czerwone, czyli te najmocniejsze. Szczerze to nie wyobrażałem sobie dnia bez papierosa w tamtym czasie. Pomysł z "zajaraniem szlugi" po kryjomu także odpadał ze względu na SOM czyli Służbę Ochrony Monaru. Tworzyli ją domownicy oraz absolwenci, odpowiadała ona za kontrolę wszystkich członków społeczności. Podobno zdarzały się kontrole nawet i środku nocy, polegające na sprawdzeniu reakcji żrenic na światło i kontroli oddechu. Dzięki temu było by wiadome, gdybym odważył się zapalić "szlugę".

Poprzez moją pracę jako dejaay przestawiłem się na tryb nocny, tak więc sama egzystencja od wczesnego ranka i płynny sen w nocy był dla mnie nie lada wyzwaniem, nie mam na myśli rannego wstawania, a żywą egzystencję przez cały dzień, bez wspomagacza czyli mocnej herbaty. W domu nigdy nie udawało mi zasnąć o godzinie 22, więc w ośrodku Monaru mi się uda? Na praktykach ma się udać, na których czeka mnie cały dzień ciężkiej pracy, z której zostanę doszczętnie rozliczony... Trzeba powiedzieć, że w tamtym czasie kiedy jechałem na praktyki, traktowałem je jako karę, przyznaję bez bicia.

Pierwszy dzień był najcięższy, albowiem czułem się strasznie nieswojo, proces adaptacji potrzebował czasu. Poprzez kontuzję spowodowaną sierpniowym wypadkiem, mój udział w porannej gimnastyce był wykluczony, co od razu zostało poruszone na porannej społeczności.
- Grzesiek dlaczego nie brałeś udziału w gimnastyce? Musisz brać w niej udział, przebywasz tu na takich samych zasadach jak my! - usłyszałem od jednego z pacjentów. Inny z pacjentów stanął jednak w mojej obronie, podkreślając, iż przyjechałem na praktyki jak by nie było, a nie leczyć się razem ze społecznością, że miałem wypadek i aby społeczność nie popadała w absurd, że nie zostanie zrozumiany fakt iż nie mogę brać udziału w gimnastyce. Opinię tę poparło jeszcze kilka innych osób i temat się zakończył, a ja odetchnąłem z ulgą. No cóż, zdawałem sobie też sprawę, że przebywam w budynku pełnym narkomanów, o niekoniecznie superowych przeżyciach i w związku z tym - nie koniecznie o łatwych charakterach.

Jak pisałem w pierwszej części relacji, irytowało mnie początkowo to, że jadąc na praktyki byłem traktowany jak pacjent. Bo czym zasłużyłem sobie na to, aby ciężko pracować jak reszta społeczności? Mam się uczyć zawodu "resocjalizatora", terapeuty, nie zaś wcielać się w rolę pacjenta - myślałem sobie w duchu i początkowo w mym sercu narastał spory bunt. Oficjalnie wstrzymywałem się jednak od komentarzy, co z moją buntowniczą naturą należy uznać za spory sukces odnośnie pojedynku ze swoimi własnymi słabościami.
Odnośnie mojej pracy w ośrodku, to z reguły pomagałem w kuchni, tzn:obierałem różne warzywa, kroiłem i inne tego typu czynności, choć jednego dnia chciano mnie wciągnąć w brudną i ciężką pracę przy zwierzętach. Ja jednak twardo przystałem na stanowisku, że zostaję w kuchni, choćby nie wiem co i już. Odpuścili... Podczas wykonywania prac kuchennych natomiast, udawało mi się zawiązać ciekawe rozmowy z pacjentami, pomimo faktu, iż rankiem bez pobudzającej mnie herbaty (i ta w formie tradycyjnej była zabroniona w ośrodku) czułem się jak chodzące zombie. I tak podczas pracy poruszaliśmy różne ciekawe wątki, także te dotyczące przeszłości pacjentów - choć wiadomo, osobiście nie wchodziłem w szczegóły. Te jak wychodziły, to sami pacjenci chcieli mi o nich opowiadać, co nie ukrywam - ceniłem. 

W pokoju do którego zostałem przydzielony, trafiłem na wporządku ludzi, szczególnie z jednym z chłopaków wszedłem w mocno bliskie relacje, nadawaliśmy na podobnych falach. Jak to ja, zabrałem ze sobą kilka książek oczywiście, w tym tę Kuby Witka właśnie o problemie narkotykowym oraz... o jego pobycie w ośrodku Monaru. Przyznaję, że mentalnie ta książka przygotowała mnie do tego co zastanę w ośrodku, z bohaterem tej książki czułem się wtedy mocno związany, tak psychicznie związany czytając to, co on opisał w swojej powieści. Inną kwestią jest fakt, że pacjenci nie mieli prawa wiedzieć, jaką książkę zebrałem ze sobą. Ale w każdej wolnej chwili, szczególnie przed snem, po raz kolejny do niej wracałem i czytałem ją po raz "enty" z rzędu. To właśnie ta książka, była moim osobistym terapeutą w ośrodku.

Na społecznościach siedziałem cicho, nie odzywałem się w ogóle (nawet nie wypadało mi) za to z uwagą przysłuchiwałem wypowiedziom terapeutów i pacjentów. Pacjenci mówili często tak mądre rzeczy, że gdybym nie wiedział z kim się znajduję, to nie uwierzył bym, iż to grupa narkomanów. Jeden z terapeutów zaś, osobnik którego spotkałem w dniu przyjazdu, tak często używał wulgaryzmów i zgrywał wielkiego kozaka, że muszę przyznać iż mnie tak strasznie irytował, że nie mogłem go słuchać. Chwała Bogu, że tylko przez kilka godzin przystało mi z nim przebywać, bowiem dyżur miał tylko pierwszego dnia mojego przyjazdu. Warto dodać, że opisywany przeze mnie terapeuta był neofitą - czyli nawróconym narkomanem, który zakończył swoje leczenie kilka ładnych lat temu, w tym samym ośrodku. Wiele to więc tłumaczyło, bo osobiście uważam, że jak by nie było, ale nie wypada jako terapeuta i tym samym lider społeczności, co drugie słowo mówić "kurwa" w agresywnym, pseudo kozackim tonie.



Nagły zwrot.


Drugiego dnia mojego pobytu, w czasie w którym powinna odbywać się praca, społeczność udała się do lasu na grzyby. Zostaliśmy podzieleni w kilka 6-7 osobowych grupek i udaliśmy się w przeciwne strony, muszę przyznać, że jakże pięknego, pobliskiego lasu. Wyprawa wraz z pieszym powrotem do ośrodka trwała kilka godzin, więc podczas tego czasu miałem okazję dłużej porozmawiać z rekowalestentami, oraz podzielić się i swoim świadectwem. Jeden z chłopaków np. opowiedział mi jak zaczynał się jego nałóg narkotykowy, a mianowicie - jako wspomagacz przed ustawkami, bo rzekomo był bojówkarzem jednej ze śląskich ekip kibicowskich. Faktycznie widać było, że siłownia nie jest tu obca. A jednak, zgubiły go narkotyki, co gorsza - zażywane do celów pseudo, ale jednak sportowych!

Każdy z leczących się miał swoją osobną historię, ale często powodem sięgnięcia po narkotyki była pozycja w grupie, poziom "kumatości" - chęć zaimponowania rówieśnikom, brak perspektyw, niezadowolenie z życia, czy poziom demoralizacji. Wiele osób -  i to pragnę podkreślić - zgubiło to, iż nie przeprowadzili żadnej selekcji ludzi których do siebie dopuszczali. Zaczynało się zatem niewinne, albowiem analogicznie jak na każdym poczciwym melanżu alkoholowym. Z biegiem czasu, powielał się ten sam prosty schemat - czyli picie, ćpanie i nic konkretnego po za tym, żadnej rozmowy konstruktywnej, żadnego poziomu generalnie, zero jakiejś dyskusji czy prawdziwej chęci spędzania z kolegami czasu, liczy się tylko "faza" i bezmyślna, hedonistyczna żądza upojenia narkotycznego... Słuchając tych opowieści pacjentów, wyobrażałem sobie siebie samego gdy byłem w ich wieku i dziękowałem Bogu, iż nie pozwolił sięgnąć mi po ten "shit" jakim są narkotyki.

Co ja mogłem przekazać tym chłopakom? Wydaje mi się, że były to słowa które warto by znalazły się w tym tekście. Mianowicie tłumaczyłem pacjentom, że każda pozycja w grupie, ten poziom tzw: "kumatości" - ja to wszystko świetnie rozumiem, bo sam kiedyś miałem bardzo podobne myślenie, ale to wszystko jest czasowe, rozpływa się i nic z tego nie zostaje na dłuższą metę, tak naprawdę. Zdecydowanie zawsze tak jest, bez wyjątku, niech nikt co do tego nie ma wątpliwości. I tak po czasie, gdy wszystko przeminie, wtedy możemy niestety poczuć się niczym, bo jako młodzi ludzie totalnie nie zadbaliśmy o swój odpowiedni rozwój oraz zabezpieczenie. Bo co robić w życiu, czym się zajmować, jeżeli ja nic nie umiem, bo całe życie żyłem na ulicy, ćpając, pijąc i temu spuszczając oklep czy tamtemu? Dawni koledzy albo siedzą po więzieniach i to jest ich dewizą życia, albo skończyli jako żule narkotyczni czy alkoholowi, inni pozakładali swoje rodziny, cześć napewno studiuje - krótko mówiąc "odpulili" z destrukcyjnego klimatu w porę. Wiedząc o czym mówię, pokazywałem tym chłopakom wiele alternatyw, możliwości, tych światełek w tunelu, kilka z nich opierając na swoim własnym życiu i doświadczeniu, przewartościowaniu swojej egzystencji, które co prawda postępowało etapami, ale od pewnego momentu już nigdy się nie zatrzymało i trwa po dzień dzisiejszy. Dziś widzę siebie jak w zwierciadle i dostrzegam, że teraz jestem już innym człowiekiem, wyzwolonym od wielu rzeczy, patrzącym na świat niezależnie, jako wolna istota. Trafiało do nich zdecydowanie i bardzo mnie to cieszyło. Potrafiłem zauważyć, że pacjenci czuli, że wiem o czym mówię. Ja zaś, pragnąłem z całego serca ukazać im tę iskierkę, punkt zaczepienia, ukryty sens, że dzięki tym rozterkom które przeżyli, mogą iść do przodu jako ludzie, że to one umacniają i budują sukces w człowieku, są wręcz głównym budulcem sukcesu w życiu, dzięki nim możemy poznać Siebie. Przykładów na to co mówię jest bardzo wiele, ja wspominałem o Tomku Adamku który w porę uciekł z destrukcyjnego klimatu, Arturze Szpilce czy Jakubie Błaszczykowskim który także nie miał łatwej drogi w młodości. Oczywiście trzeba też umieć wyciągnąć odpowiednie wnioski z przeszłości, bez tego ciężko jest ruszyć na przód.
Czułem, że pacjentów chwytają za serca moje słowa, a moja posługa w ośrodku Monaru, od tego czasu nabrała nowy, ten właściwy już kształt. Tak - wycieczka do lasu na grzybki, to właśnie był moment przełomowy dla mnie, jeśli chodzi o moje monarowskie praktyki studenckie.

Konsekwencja czy hipokryzja?


Bodajże trzeciego dnia mojego pobytu, jeden z pacjentów został wysłany, a w zasadzie to wyrzucony do domu. Wyglądało to dość brutalnie muszę przyznać, wzbudziło to we mnie duże pokłady współczucia dla niego. Miał on wśród społeczności spapraną opinię, jako osoba która wiecznie ściemnia oraz opiernicza się w pracach. Ja z boku to jednak widziałem inaczej, a być może u źródła jego opieszałości jest anemia, bądź chora tarczyca? Ciężko mi powiedzieć, ale słowa jakie padały na społecznościach pod jego adresem, były tak chamskie i brutalne, że sądzę iż to przesada i to gruba ze strony kadry terapeutycznej, że na to pozwolili. Wyobraźcie sobie czytelnicy, że jeden z pacjentów powiedział wprost do tejże osoby -"wypierdalaj stąd i nie interesuje mnie to, co będzie się z Tobą działo, spierdalaj i nie wracaj!". Biorąc pod uwagę hasła z jakimi utożsamia się społeczność, przekaz, czy choćby filozofie monarowską to moim zdaniem była to ogromna hipokryzja niektórych pacjentów, na domiar złego - także terapeutów. Ukazało mi to, pewną jednak utopię która występuje w tego typu ośrodkach, pewne rozdwojenie postaw u części pacjentów że tak to nazwę, albo niestety poddanie się procesowi manipulacji, nie zaś autentycznemu leczeniu. Bo ile wartości i znaczenia miały np. słowa wypowiadane na rannej społeczności "Dobrze, że jesteś?" skoro, tak chamskie zwroty padały do drugiego pacjenta, jaki by on nie był, co gorsza z przyzwoleniem kadry terapeutycznej? Budzi to moje kontrowersje. Tak więc zaraz po głosowaniu o pozostaniu bądź nie w społeczności Monarowskiej (większość, choć nie wszyscy była za wydaleniem) zapytano głównego bohatera, jak się odniesie do tego wszystkiego co jest na jego temat mówione. "No co, nie chcą mnie tu..." - odpowiedział z wyraźnym smutkiem na twarzy. I tylko tyle? - zapytał terapeuta. A co mam więcej powiedzieć? - W takim razie do góry i pakuj się - stanowczo odrzekł terapeuta. Wydalony pacjent wyszedł bez słowa ze społeczności na górę pakować walizki, a przez parę chwil w społeczności zapadła niezręczna cisza. - Okej, przechodzimy dalej - przerwał ciszę lider społeczności i jakby nigdy nic i zaczęły być omawiane pozostałe kwestie w społeczności. Gdy "wydaleniec" pakował się, kilka pacjentów towarzyszyło mu w jego ostatniej drodze w tym ośrodku, albowiem żaden pacjent nie może zostać sam, wszyscy członkowie społeczności muszą mieć na Siebie oko. Komfortu to nie przystwarzało, tymbardziej w takich okolicznościach...Później, czasami był jeszcze poruszany jego temat, i co najważniejsze oraz jednak radujące moją duszę - kilka osób jednak miało gula, że został on wydalony i to w takich okolicznościach. Ja osobiście mam nadzieję, że u tego wyrzuconego pacjenta wszystko ułożyło się dobrze i że poradził sobie ze wszystkimi swoimi problemami. Z całego serca życzę mu powodzenia w życiu, choć prawdopodobnie nigdy go już nie spotkam na swojej drodze.

Kontrowersji jak się później okazało także z tym wydalonym pacjentem, było o wiele więcej, ale by tekst nie był zbyt długi, wiec teraz na tym poprzestanę. O reszcie przeczytacie w 3 części mojej relacji, czyli o innych kontrowersjach, o tym jak rozwinęła się moja rola, o tajnikach leczenia w ośrodku, oraz krótkie świadectwo z pobytu także się znajdzie. Zapraszam Serdecznie Was już teraz, do przeczytania 3 części relacji z pobytu w ośrodku Monaru ;)

Pozdrawiam wszystkich chrześcijan i patriotów.

niedziela, 6 listopada 2016

Uzależnienia, zniewolenia, Stowarzyszenie MONAR czyli teoria wyzwolenia.

Uzależnienia - wydaje mi się że w obecnych czasach każdy je posiada, mniej lub bardziej szkodliwe. Wszystkie są niebezpieczne jak się przekroczy magiczną granicę rozsądku, a jak wiadomo uzależnić się można od wszystkiego. Od substancji psychoaktywnych, takich jak alkohol czy narkotyki, po drugą osobę, internet, zakupy, a nawet od samego siebie - także można się uzależnić. Człowiekowi wydaje się, że dzięki nałogowi ucieknie od otaczającego świata, problemów ale tak naprawdę tylko bardziej się pogłębia w kłopoty, które się nawarstwiają bo nie są rozwiązywane. Tym oto schematem rozterek przybywa coraz więcej i niestety ucieczek w postaci nałogu także albowiem często idzie to w parze. Nie rzadko bywa, że człowiek bardzo wiele straci nim spostrzeże, że jest więźniem swoich własnych słabości. Wtedy zrozumie, że to już nie on jest panem własnego życia, tylko jakaś martwa substancja, czynność czy choćby toksyczna osoba, bez której nie może żyć... I tak sobie dumam, że biorąc pod uwagę możliwości jakie my ludzie posiadamy - intelekt, możliwości rozwoju, współczesne warunki - co za tym idzie tysiące alternatyw na życie, zdaje mi się to wręcz śmiesznie, jak dajemy przejąc kierownice nad naszym życiem danemu nałogowi, który staje się dyktatorem naszego życia. Wydaje się zabawne, a przecież sam mam swoje zniewolenia...Eh wszystko to jest dziwne i ciężkie. Jestem jednak pewny, że to My ludzie tworzymy swoje własne ciężkie więzienie, także poprzez swoje sztywne schematy i ograniczenia które istnieją - ale tylko w naszych głowach, bo ze swojej natury jesteśmy istotami wolnymi, z drogą swobodnego wyboru. No cóż, w końcu uzależnienie to choroba duszy i ciała, oraz napewno jeden z "bożków" tego świata...


Moje filozoficzne rozważania na temat zniewoleń ludzkich powoli jednak dobiegają końca bo znowu się rozpiszę, przejdę więc Drodzy Czytelnicy do relacji i odczuć z pobytu w ośrodku leczenia terapii, rehabilitacji uzależnień dla dzieci i młodzieży stowarzyszenie "MONAR". Dobrowolnie wybrałem to właśnie miejsce na odbycie praktyki studenckiej ciągłej, przebywałem tam jako praktykant we wrześniu przez całe 5 dni, mieszkając razem z pacjentami ośrodka jako student Resocjalizacji. W związku z pobytem w tym ośrodku nawiedziło mnie wiele refleksji oraz wniosków z którymi chciałem się z Wami podzielić. W tej części wpisu napiszę dlaczego zdecydowałem się właśnie tam odbyć soje praktyki oraz jak wygląda leczenie w ośrodku i jaka jest jego specyfika.

Stowarzyszenie Monar, to organizacja (jedna z największych tego typu na świecie!) zajmująca się terapią uzależnień, głównie narkotykowych ale także przeciwdziałania bezdomności, oraz szerzeniem pomocy dla osób samotnych i opuszczonych. Ja zaś znajdowałem się w ośrodku leczenia uzależnień narkotykowych. Młodzi ludzie odbywają leczenie w ośrodku, odwyk na zasadzie terapii, tworząc swoją własną społeczność. Znajdują się tam osoby które mają nakaz sądowy, jak i również tacy którzy dobrowolnie poddali się leczeniu. Są z różnych rejonów Polski, z różnych kultur (nie rzadko przestępczych) często wzajemnie się wykluczających w realnej rzeczywistości. Ludzi odbywających odwyk dzielić może wiele. Wszyscy jednak przeszli piekło związane z narkotykami i nie tylko z nimi, używkami które swego czasu rujnowały im życie...

Dlaczego wybrałem właśnie to miejsce na praktykę, a nie inne może to bardziej "wygodne"? Mogłem wszakże praktykę ciągłą odbyć w zakładach karnych, kieleckim areszcie śledczym, młodzieżowym ośrodku wychowawczym czyli tzw "poprawczaku", czy w szkole (miałem propozycję ze swojej szkoły średniej) przyglądając się pracy pedagoga szkolnego oraz prowadząc zajęcia. Moja dobra koleżanka za to, kierowniczka jednej z kieleckich świetlic środowiskowych zapewniała mi teoretycznie bardzo atrakcyjne warunki odbywania praktyk w jej świetlicy. Ja jednak znając specyfikę praktyk studenckich w tym zawodzie, chciałem jednak coś z nich konstruktywnego wynieść, tak na całe życie, coś znacznie więcej niż tylko wpis w indeksie. Nie bez znaczenia była także walka ze swoimi własnymi słabościami, choć oczywiście nie narkotykowymi bo tych nigdy nie zażywałem. Za wybraniem tego miejsca przemawiało wiele plusów owszem, ale zarazem odwodziło również sporo minusów, generalnie sporo ryzykowałem wybierając właśnie MONAR na miejsce praktyk, choć przecież do odważnych świat należy! I wyznam Wam, iż po ich odbyciu zdecydowanie nie żałuje swojego wyboru. Łatwo nie było, ale wybór ten to strzał w dziesiątkę!


Przyjeżdzając do ośrodka lekko spóźniony ok 8 rano (po drodze jadąc samochodem sporo błądziłem jakby mogło być inaczej...) zawitałem od razu na tzw. poranną społeczność czyli zebranie wszystkich pacjentów. W specjalnej do tego wyznaczonej sali terapeutycznej, wszyscy pacjenci (ponad 20 w tym kilka kobiet, pacjenci w wieku od 16 do 28 lat ) wraz z terapeutą (liderem) odbywającym dyżur zbierali się w kółku i np. wyznaczali sobie obowiązki związane z obecnym i następnym dniem, odmawiali tzw: filozofię czyli inaczej nazywając przysięgę Monarowską, czy wyznaczona dzień wcześniej osoba (również na porannej społeczności) czytała zgromadzone przez Siebie wiadomości że świata i kraju. Koniec rannej społeczności przypadał na zabawę grupową i słowa "Dobrze, że jesteś" wraz z uściskiem dłoni przez wszystkich członków społeczności. Ja natomiast przedstawiłem się całej społeczności, opowiedziałem trochę o Sobie oraz dlaczego się znajduję w tym miejscu. Chwilę później padło pytanie od lidera:"Czy społeczność przyjmuję Grzegorza? Kto jest przeciw?" Nikt jednak nie podniósł ręki i od tego czasu byłem jednym z nich, choć przecież odbywałem tylko praktyki...


                                                                           (Filozofia Monar-u)

Na wstępie musiałem oddać terapeutce swój telefon komórkowy (mogłem z niego skorzystać jedynie godzinę dziennie w wyznaczonej porze i nie na oczach pacjentów) oraz papierosy albowiem na terenie ośrodka obowiązywał bezwzględny zakaz palenia, samo wyjście po za teren z papierosami groziło wysłaniem mnie do domu. Wiedziałem co prawda, że tak będzie - no ale z początkiem się trochę poirytowałem, przecież nie jestem tutaj pacjentem, a praktykantem! Warto dodać, że koszulkę z napisem "Full good of beer" którą miałem na sobie przyjeżdzając, także musiałem bezzwłocznie zmienić, ponieważ takie treści na terenie ośrodka są stanowczo niedozwolone. Niestety moja koszulka wywołała mocne oburzenie społeczności i już na samym wstępie dostałem za nią reprymendę. Nie miałem wyjścia, zasady które panowały w ośrodku musiałem bezwzględnie przyjąć, a były one bardzo surowe. Nie tylko oficjalna rozmowa typowo o swoim nałogu była niedozwolona ale także o np. o Hip Hopie, kibicowaniu, czy o dawnych "akcjach" pacjentów tych na pograniczu prawa oczywiście. O totalnej abstynencji seksualnej nawet nie wspominając. Miało to na celu nie nakręcanie się wzajemnie do dawnego stylu życia który przybliżał, przypominał narkomańskie życie i treści i co za tym idzie - burzył terapię. Rozumiałem to doskonale, aczkolwiek przyplatało to wiele dość trudnych dla mnie sytuacji, szczególnie na początku mojego pobytu w ośrodku. Poprostu nie wiedziałem za bardzo jak nawiązać kontakt z pacjentami, aby nie naruszyć panujących zasad i tym samym nie podrażnić ich terapii.

Pacjenci leczyli się nawzajem i mimo, że było sporo osób z nakazem sądowym to każdy leczył się dobrowolnie i świadomie. Co było dla mnie piękne - nikt nie chciał jechać do domu, każdy chciał sobie pomóc i odbywać wcale przecież nie łatwą terapię. Wszyscy sobie pomagali, opiekowali wzajemnie, rozmawiali o swoich słabościach jak i zachowaniu w ośrodku. O wszelkim "kozaczeniu" nie było mowy, delikwent taki zaraz by wyjechał z ośrodka, skarcony i wyrzucony przez całą grupę.

W społeczności natomiast obowiązywała ścisła hierarchia. Jej członkowie dzielili się na trzy główne grupy. Nowicjuszy, domowników i absolwentów. Każda z grup miała określone obowiązki i przywileje, nowicjusze jak się można domyśleć tych drugich miały bardzo mało. Jeśli nowicjusz dobrze się sprawował po upływie ponad dwóch miesięcy mógł ubiegać się o przyjęcie do grona domowników. Absolwenci byli natomiast weteranami przy końcu leczenia w ośrodku, już po jego oficjalnym zakończeniu które oficjalnie miało trwać rok (niektórzy decydowali się jednak zostać na dłużej). Koniec leczenia w ośrodku nie powodował jednak zakończenie go definitywnego, albowiem - w następnym etapie leczenia pacjenci dostawali hostel w pewnym mieście na rok za symboliczne 100zł miesięcznie i sprawdzali się jak sobie poradzą w społeczeństwie. Na ich głowie od tego czasu było znalezienie pracy, utrzymanie i najważniejsze - trzeźwość. Co kilka dni mieli też spotkania z przydzielonym terapeutą.

Społeczność była zdecydowanie z przewagą mężczyzn, w ośrodku było tylko sześć dziewczyn, na dwudziestu mężczyzn. Odnośnie zażywanych narkotyków to bywało wszystko, niemal wszystkie kolory tęczy określonych substancji. Od marihuany, po amfetaminę, kokainę, heroinę, po klej a był i chłopak który zażywał mieszankę leków. Dzień zaczynał się charakterystyczną pobudką o siódmej rano (wyznaczony pacjent chodził po pokojach i swoim donośnym głosem charakterystycznie oznajmiał "czas wstawać za pół godziny poranna gimnastyka!" wraz z dzwonkiem). Następnie szybki prysznic i właśnie wspomniana wcześniej poranna gimnastyka na podwórzu, prowadzona przez jednego z wyznaczonych danego dnia pacjentów. W dalszej kolejności śniadanie i społeczność poranna podczas której jak już wspomniałem - każdy dostawał swój przydział pracy. Praca trwała od 8.30 do godziny 13. Było to np. sprzątanie budynku, skwerka, całego terenu ośrodka, prace w ogródku, pomoc w kuchni, oraz praca przy zwierzętach hodowlanych które społeczność miała do dyspozycji (kury, kaczki, kozy, króliki i pies). Oczywiście społeczność zarządzała wszystkim sama. Wybierany był kierownik kuchni, kierownik pracy, osoba zajmująca się określonymi zwierzętami itp. Terapeuci sprawowali tylko niewidzialną pieczę nad działaniem, organizacją pracy społeczności. Wszystkie konflikty rozwiązywane były jednak pod ich okiem na społecznościach.


I tak właśnie, o 13 był obiad, a zaraz po nim zebranie czyli tzw: społeczność popołudniowa, na której pacjenci oceniali swoją pracę, ew. zarzuty w stosunku do zaniedbań poszczególnych członków społeczności, oraz oceniali swoją postawę w ośrodku, dzielili się refleksjami, wymierzali sobie kary za nadużycia czy zaniedbania np.podczas pracy. Przykładowo, gdy dany pacjent usiadł w czasie pracy choćby na chwilkę i ktoś go przyłapał niemal zawsze to skutkowało karą. Cóż "ni ma lekko"... Pacjenci upominali siebie wzajemnie i poruszali to potem na społecznościach. Najczęstszą karą była praca całodniowa od 8.30 do 21, którą następnie społeczność oceniała czy została wykonana poprawnie. Jeśli grupa oceniła ją negatywnie, wówczas dochodził dodatkowy dzień całodniowej pracy, bywało nawet tak, że dana osoba musiała odrabiać nawet całe tygodnie... Zebrania pacjentów czyli Społeczności bywały czasami bardzo burzliwe i długotrwałe, dyskusje były dla niektórych pacjentów bardzo bolesne, dla innych natomiast przyjemne i przynoszące chlubę, jak dany pacjent pochwalił drugiego za godną postawę. Tylko na społeczności można było przeklinać, ze względu na emocjonalny charakter wulgaryzmów. I muszę przyznać, że wtedy przekleństw padało ich w brud, także ze strony terapeutów. Następnie, po popołudniowej społeczności był czas na sport (obowiązkowy dla każdego) oraz różnego rodzaju zajęcia, grupy wsparcia poszczególnych grup takich jak nowicjusze, domownicy i absolwenci. Wieczorem kolacja, wspólne oglądanie telewizji na świetlicy które zaczynało się wiadomościami o 19 i ustalony wcześniej program czy film (rzecz jasna taki gdzie nie miało prawa być ukazane nawet picie alkoholu). Pod koniec dnia, około 21 - społeczność wieczorna (często również burzliwa), gdzie jednak odbywały się czasy przeprosin i podziękowań za dany dzień w stosunku do poszczególnych pacjentów, oraz wyznania kiedy się czuło empatię i do kogo. I po tym punkcie programu określony czas na mycie i bezwzględna cisza nocna. Odbywały się też zajęcia okazjonalne raz w tygodniu takie jak siłownia, sauna, karaoke, czy czytanie książek. Tak więc jak widzicie Drodzy Czytelnicy czas był maksymalnie wypełniony, zawsze coś się działo i miało to swoje ogromne zalety w leczeniu, ale o tym napiszę w drugiej części mojej relacji, w tej opisałem Wam mniej więcej specyfikę działania ośrodka MONAR- owskiego.  

W drugiej części przeczytacie moją subiektywną analizę terapii MONAR-owskiej, oraz wiele ciekawych opowieści z poszczególnych dni pobytu w ośrodku, które sądzę, że dadzą sporo każdemu do myślenia zanim zdecyduje się na zapalenie "jointa".W drugiej części relacji znajdzie się również miejsce na moje świadectwo z pobytu w ośrodku. To wszystko przeczytacie już niebawem, zapraszam wszystkich  już teraz, a tymczasem żegnam się z Wami drodzy Czytelnicy, tradycyjnie pozdrawiając...

Wszystkich chrześcijan i patriotów.
Pan Gie.


    

środa, 26 października 2016

Opozycja totalna, feministki, "Polskie media" czyli... KOD na głupotę!

Jak wiecie Drodzy Czytelnicy, niedawno mieliśmy do czynienia z głośnym szumem medialnym odnośnie aborcji, odbył się tzw: czarny protest skierowany przeciw władzy PiS oczywiście, no bo jakby mogło być inaczej. Kiedy zdawało się, że szum aborcyjny mamy już za sobą, wtedy zorganizowano jednak kolejny protest środowisk feministycznych, tym razem już pod domem Jarosława Kaczyńskiego, kolejny protest tylko dlatego, że PiS zapowiedziało ochronę życia poczętego choć narazie w bardzo ogólnikowych słowach. W minioną niedzielę również miał miejsce protest środowisk feministycznych, środowisk które rozjuszyły się tak mocno po ostatnich hucpach, że nie mogą wystać w miejscu, muszą krytykować PiS cały czas, atakować jednak bardzo nie wiedząc już co dokładnie. Swojego bezzasadnego hejtu, ataku na rząd nie mogą zatrzymać, wygląda na to iż feministki zastąpiły swoje podniecenie seksualne na bezzasadny atak na rząd.

Każdy kto obserwuje scenę polityczną i ma o niej jakiekolwiek pojęcie ten wie, że z kwestią aborcyjną oberwało się Prawu i Sprawiedliwości jednak za darmo. Ustawa zakazująca aborcji która była rozpatrywana w sejmie to projekt obywatelski, nie zaś rządowy, projekt obywatelski organizacji PRO- LIFE który Prawo i Sprawiedliwość odrzuciło, a w samym klubie parlamentarnym tejże partii zdania na temat tego projektu ustawy są podzielone. Dlaczego więc całą swoją nieuzasadnioną złość "feminazistki" wraz z KOD-em wybeczały na środowisko PiS, zaciekle atakując w niewybredny sposób samego Jarosława Kaczyńskiego? Żeby odpowiedzieć na to pytanie, cofnijmy się w czasie do roku 2007, do ówczesnej kampanii parlamentarnej.

Co jest w tym jednak najbardziej absurdalne i śmieszne to jest to, że "półmózgi" z KOD twierdzą, że zagrożona jest demokracja, strajkując bez żadnego oporu niemal od początku rządów PiS. Logika iście kodowska ;)

Kampania nienawiści przeciw PiS.

Pamiętacie słynną, legendarną już debatę Donalda Tuska z Jarosławem Kaczyńskim? Mówi się, że to ona zadecydowała o ostatecznym zwycięstwie Platformy Obywatelskiej w 2007 roku. Tusk wtedy rozbił nieprzygotowanego i podchorowanego Kaczyńskiego. To, na co jednak chciał bym zwrócić uwagę to fakt, jak zachowywała się tego dnia publiczność w studiu, ta zaproszona przez Platformę Obywatelską. Ci agresywnie przerywali premierowi niczym małpy w klatkach, buczeli, dogryzali, używali chamskich określeń i epitetów. Skutecznie wybijało to z rytmu prezesa PiS. Niestety ale tego wieczora Jarosław prowadził debatę nie tylko z Tuskiem, ale także z publicznością Platformy, on sam kontra banda agresywnych, chamskich, bezczelnych hien (bo jak ich inaczej nazwać?) na czele z Donaldem Tuskiem. Dla człowieka oglądającego debatę bezstronnie jak ja wtedy, było to nie do przyjęcia, ta atmosfera jaka wtedy w studiu panowała, wielkie odium nienawiści z jakim Jarosław musiał się wtedy zmierzyć, bo gospodarz programu zareagować nie raczył. To był pierwszy raz kiedy zauważyłem, jak bardzo środowisko PiS pod przewodnictwem Jarosława Kaczyńskiego jest zwalczane, ośmieszane przez swoich oponentów jak się tylko da, niszczone także przez większość mainstreamu medialnego. Powiedzmy sobie jasno, że w zasadzie wszyscy płynący w głównym, promowanym przez świat zachodni nurcie, atakują bezpardonowo PiS tak, jak jest to możliwe, a pseudo lider polskiej opozycji pan Grzegorz Schetyna zapowiedział tuż po wyborach, że jego partia czyli Platforma dla PiS będzie opozycją totalną.


Przez ostatnie dziesięciolecie niebotyczna fala nienawiści, ośmieszania środowiska PiS przybierała różne formy, swoiste stroje, różne rodzaje masek. Przypomnijcie sobie np. walkę o krzyż na krakowskim przedmieściu w 2010r, zaraz po katastrofie smoleńskiej. Wtedy to używano np. prowokacji poprzez osobę upośledzonego Andrzeja Hadacza (w rzeczywistości sfanatyzowanego wyborcę PO) stygmatyzując wyborców PiS jako nawiedzonych fanatyków oderwanych od rzeczywistości, więc co by środowisko PiS nie powiedziało, ale nie należy tego uznać za poważne. Do ówczesnego konfliktu dołączyły się całej maści środowiska antyklerykalne, z tłumnymi okrzykami tłumu typu: ”Chcemy Barabasza!” precz z chrześcijaństwem itp, ale dla głównej opozycji wobec PiS na rękę było dalsze podgrzewanie atmosfery, konfliktu aby skutecznie atakować, dyskredytować, ośmieszać, poprostu niszczyć swojego śmiertelnego wroga czyli Jarosława Kaczyńskiego. Nie będę pisał innych przykładów które pokazują takie działania, ponieważ tekst ten nie doczekał by się końca. Ale zadaje Wam pytanie Drodzy Czytelnicy:

Kuba Wojewódzki - autorytet medialnego meinstreamu. 


Czy to przypadek, że niemal wszystkie Telewizje komercyjne są przeciwko PiS? Czy to przypadek, że jednym z bohaterów głównego Talk Show nie tylko w TVN, ale w ogóle w Polsce jest znany lewak, ateista Kuba Wojewódzki? Jakich gości zaprasza on do swojego programu, co na każdym roku podkreśla? Zaproszenie "polskiego Geebelsa", czyli propagandzistę zbrodniczego PRL-u Jana Urbana było tylko igłą w stogu siana.

A co Kuba na każdym kroku podkreśla? Otóż szanowni państwo, jest to ateizm, anty katolicyzm, swój skrajnie wrogi stosunek do patriotyzmu, wartości narodowych, Kubuś drwi z tego bardzo często, jawnie wprost, nie kryjąc się. Pamiętacie np. jak antenie swojego programu Jakub włożył symbole narodowe do repliki psich odchodów? Oczywiście to tylko był symbol, ale może on Wam ukaże co ten człowiek ma naprawdę w głowie, jaki on ma stosunek do swojego własnego kraju i narodu? Przypominam także, że głośna była także afera ze znieważeniem Biblii przez jego osobę. Wynika z tego, że mamy do czynienia nie tylko z ateistą, ale z człowiekiem walczącym z systemem chrześcijańskich wartości, można rzecz, że z Bogiem w wydaniu chrześcijańskim. Prości ludzie nie przywiązują jednak do tego uwagi, z racji tego, że Kuba jest osobą bądź co bądź - inteligentną, potrafi w ciekawy i wydawać by się mogło, że atrakcyjny, zabawny sposób przeprowadzić rozmowę ze swoim gościem. Przyznaję, iż ja sam lubię obejrzeć czasami jego program, jednak jestem świadomy tego, co jest w nim promowane. Nie zmienia to faktu, iż przekaz i propaganda jaki Kuba przedstawia w swoim programie przez lata spustoszyła i dalej pustoszy umysły wielu Polaków, którzy z sympatii do Wojewódzkiego zaczynają posługiwać podobnym albo takim samym systemem wartości jaki on promuje, a w sumie to antywartości. Współcześni ludzie, przyjmą to co jest przyjemne i atrakcyjne, miłe dla oka i umysłu, nie przywiązując niestety uwagi do sedna przekazu. Pamiętam jak niegdyś moja znajoma, oderwana od telewizora i rzeczywistości przedstawianej przez TVN, zafascynowana Kubą i jego programem, mówiła mi, że poszła by na wybory popierając Palikota - dziwiąc się jednak, iż ten wprowadził "dziwne" osoby do sejmu, takie jak Grodzka czy Biedroń.  No cóż, wybór, logika i polityczna świadomość godna programu "Kuba Wojewódzki Show" który przecież również oficjalnie popierał Palikota ;).

Patriotyzmy w Polsacie to coś okropnego.


W innej to popularnej telewizji jaką jest Polsat promowane autorytety nie są wcale "lepsze". Pierwszy przykład z brzegu - Elżbieta Zapędowska - jurorka w jednym z programów muzycznych w Polsacie powiedziała do chłopaka biorącego udział w programie:  "Jakieś bogoojczyźniane, takie patriotyzmy - to jest coś okropnego. Nie idź tą drogą!" wtórował jej śmiech Sztaby drugiego z jurorów oraz skrzywiona Kora, która wydusiła z siebie jedynie: "No prawie, że umarłam" . Oczywiście werdykt jurorski był jednoznaczny – za zaśpiewanie „Bogobojnych patriotyzmów” cała czwórka jurorów programu, była na „NIE”. Inne demoralizujące przykłady degeneratów promowanych przez największe w Polsce stacje telewizyjne można mnożyć, napiszę tylko niektóre. I tak oto Michał Piróg znany gej żydowskiego pochodzenia, manifestujący na każdym roku swoją odmienność, jest ekspertem programu związanego z modą w TVN. Akurat to gej będzie wywierał wpływ na lansowane "trendy" modnego, zarówno w wydaniu kobiecym jak i męskim. No pięknie,  ale czy to przypadek? Z kolei Prof. Magdalena Środa, która udziela swoich przemyśleń na antenie wspomnianej stacji jaką jest TVN, wypowiada się jako ekspertka od Kościoła, Watykanu, modelu rodziny, seksu, legalizacji aborcji i in vitro, krytyce PIS i całej prawicy, "nowoczesnego patriotyzmu", straszy wszechobecnym faszyzmem, homofobią, nacjonalizmem, kulturą patriarchalną przez którą kobiety są zniewolone, czy społeczeństw plemiennych. Madzia Środa to dopiero jest geniuszem i autorytetem od wszystkiego! Jeszcze to inny przykład to Kazimiera Sztuka kolejna ultralewicowa aktywistka feministyczna lobbująca za aborcją, homoseksualizmem, czy agresywnym antyklerykalizmem. Władysław Bartoszewski ma być ikoną wolnej Polski? Poczytajcie na jego temat a potem odpowiedzcie sobie - kim on naprawdę był, czy chcemy mieć taką ikonę naszego kraju ?!
                             (Artykuł ukazujący prawdziwe oblicze Władysława Bartoszewskiego)
                                  http://www.kamilbazelak.pl/kim-byl-wladyslaw-bartoszewski/


Żądni krwi i głowy Prezesa PiS.

Prawo i Sprawiedliwość od lat jest na celowniku przez europejski mainstream oraz antypolskie media, ponieważ jest władzą niewygodną dla potężnych grup nacisku, rzekł bym wręcz, że PiS jest wrogi tzw: środowiskom proeuropejskim, które mają już zaplanowany ścisły plan na odpowiedni model człowieka i świata. Wartości patriotyczne w Europie opluwane są dlatego, by złamać ducha wspólnoty narodowej, zniszczyć model tradycyjnej rodziny w celu podzielenia ludzi, usunąć ograniczenia moralne które wynikają z tego co chrześcijanie rozumieją pod pojęciem - dobra i zła. Gdy to się stanie grupy nacisku będą chciały jak najszybciej utworzyć jeden wielki – na początku europejski, a potem światowy naród wraz ze światowym rządem. 

Osobiście nie twierdzę także, że PiS jest środowiskiem świętym, idealnym, bez skazy. Środowisko to popełniło pewne błędy zdaniem niektórych prawicowców, ale kto ich nie popełnia? "Kto jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci kamień". Krytykować PiS można jak się chce, ale przynajmniej do momentu gdy prezesem jest Jarosław Kaczyński żaden trzeźwo myślący człowiek nie powie, że PiS jest po tej nie właściwej stronie barykady, pomimo błędów, czy wad. Choć i błędy w polityce, to jest także pojęcie bardzo względne.


Natomiast poprzednia władza w Polsce czyli Platforma Obywatelska była na usługach Brukseli, trzeba to sobie jasno powiedzieć, stąd Donald Tusk został wynagrodzony stanowiskiem Przewodniczącego rady Europy. Oczywiście są i środowiska jeszcze bardziej radykalne niż Platforma w swoich programach, poczynaniach na rzecz (jak to ładnie jest nazywane) "zjednoczonej Europy" ale te w chwili obecnej nie mają żadnych szans na władzę w Polsce, więc przeciwnicy prawicy i PiS razem łączą się, jednoczą w imię obalenia rządów, wykorzystując każdą okazję by podgrzewać atmosferę i byle jakiego powodu wyjść na ulicę, robiąc kolejny szum medialny. Krzykacze sądzą, że to zmęczy ludzi postronnych, co za tym idzie społeczny bunt przeciw władzy PiS będzie narastał. Udało się to zrobić już podczas kampanii 2007 roku poprzez agresywną mowę nienawiści wobec PiS i ta sztuka propagandowo-manipulacyjna powiodła się niemal w 100%, jej plony trwały wiele lat, a właściwie to trwają do dziś. Pamiętacie hasła wyborcze polityków Platformy? Np: "Zgoda buduje, niezgoda rujnuje". Ludzie Platformy często odwoływali się właśnie do spokoju i harmonii, czego w rządach PiS rzeczywiście brakowało, ale to poprzez afery które co rusz wychodziły na światło dzienne i ukazywały skalę korupcji na szczeblach władzy. Teraz robi się bardzo podobnie, wywołując kolejne absurdalne manifestacje, do tego oskarżając Jarosława Kaczyńskiego o podział Polaków. Ruszcie głowami Drodzy Czytelnicy i odpowiedzcie na pytanie: kto Polaków naprawdę dzieli, wyprowadza ludzi na ulicę, manipuluje, straszy autorytarnymi rządami, podgrzewa atmosferę tworząc wielki chaos?

W tym celu powstał Komitet obrony demokracji, który poprzez swoją zarejestrowaną działalność przeczy samemu sobie w prawdzie, ale jest za to skutecznym łącznikiem wszystkich środowisk którym władza PiS jest nie na rękę. Są to - tak bardzo uprzywilejowani dzięki Lechowi Wałęsie (i ten ogłaszał wielokrotnie ogólnopolską rewoltę przeciw PiS) postkomuniści w Polsce i wszelkie środowiska lewacko- liberalne, establishment poprzedniego systemu który zarzuca obecnej władzy demontaż układu który dotychczas obowiązywał, układu społeczno - politycznego gdzie to oni byli na przodującej, bardzo uprzywilejowanej pozycji, robiąc co chcąc, w dodatku bezkarnie. W tym momencie wali im się grunt pod nogami, więc próbują przeciwdziałać, a skuteczna prowokacja, podsycanie nastrojów to opracowana strategia. Nienawiść do prawicy ubierają jednak w szaty obrony o demokrację, co najbardziej absurdalne tworząc zwykłe plagiaty patriotycznych marszów, porównując rząd PiS do czasów PRL. Meinstremowe media takie jak Gazeta Wyborcza czy TVN czy Polsat wtórują takim działaniom, ale zadajmy im pytania - od kiedy TVN jest tak bardzo antykomunistyczny? Czy jego dziennikarze zapomnieli o korzeniach swojej stacji? :D Pozwólcie, że odpowiedź o jej korzeniach zostawię na końcu felietonu.
Kolejne pytanie - Gazeta Wyborcza to w jaki to sposób powstała? Stworzył ją "okrągły stół" w ramach porozumienia, jako, że postkomuna będzie miała swoje medium pod przykrywką opozycji, swoją prasę w nowej rzeczywistości, zresztą naczelny tejże gazety - Adam Michnik czynnie brał udział w obradach okrągłego stołu. I ten człowiek teraz nawołuje wprost do obalenia rządów PiS, porównując go do PRL-u ?!   

Także lista celebrytów z różnych dziedzin którzy zaangażowali się w działalność KOD jako wręcz oficerowie tej organizacji nie jest mała. Artur Barciś bardziej znany jako Tadeusz Norek z Miodowych Lat ośmiela się wyjść jednak z kanałów i protestować przeciw władzy, Przemysław Saleta - nawet tak odważny bokser uciekł do Tajlandii przed dyktaturą PiS, za to Zbigniew Hołdys na Twiterze ogłasza stan podwyższonej gotowości. Znany z ostrej retoryki wobec prawicy - dziennikarz Tomasz Lis nie może darować wyrzucenia z publicznej telewizji, więc wykrzykuje na cały głos swoje żale, tygodnik "Do Rzeczy" natomiast okrzyknął Krystynę Jandę ciotką antypisowskiej rewolucji. To tylko niektóre nazwiska, jest ich znacznie więcej, bo o tych którzy kiedyś tworzyli zaplecze tego środowiska czy tworzyli rząd PiS jak Kazimierz Marcinkiewicz jako premier, czy o niegdyś wielkim przywódcy Prawicy Narodowej i koalicjancie Jarosława Kaczyńskiego - Romanie Giertychu na marszach KOD szkoda się rozwijać, są oni dziś wiernymi kodowcami. Jak widać demon wdziera się także w środowisko PiS i próbuje niszczyć je od środka. Bo jak inaczej nazwać, takie osoby jak Michał Kamiński, Joanna Kluzik Rostkowska, czy Radosław Sikorski? Środowisku KOD-u to jednak nie przeszkadza, pisowska przeszłość w budowaniu swoich nowych medialnych twarzy, kolejnych oficerów swojej działalności, ważne jest tylko by jak najwięcej ludzi jednoczyło się przeciw PiS, mniej ważne nawet jakich i z jaką przeszłością. Tam liczy się tylko "antypisowość", wszystko zaakceptują oprócz PiS i Jarosława Kaczyńskiego...


Jak to możemy nazwać Drodzy Czytelnicy? Niczym innym jak bezsilnym, desperackim krzykiem rozpaczy oderwanych od koryta świń, nie mogących się pogodzić z demokratycznym wyborem Polaków. 
Teraz nie będzie już dotacji na lewicowe pseudo dzieła Artyści bo kultura to nie kurewstwo, a przedsiębiorcy nie będą już robili co chcieli z pracownikami, pozbawiono ich bowiem maszynek do kręcenia pieniędzy, dane o komunistycznych działaczach, współpracownikach SB wyjdą w końcu na światło dzienne jak słynne teczki Wałęsy, a dla polityków skończyła się era świętych krów jak np. w przypadku afery związanej reprywatyzacją w Warszawie. Poczekajmy jednak jeszcze troszkę, a powychodzą kolejne afery, winni staną przed zreformowanymi sędziami i prokuratorami. Tak dygnitarze – bójcie się bo era niewiniątek się skończyła!


O co w tym wszystkim naprawdę chodzi?


Główna walka jednak toczy się o ten model człowieka o którym pisałem wcześniej i napiszę więcej - to jest walka, bój globalny, na śmierć i życie o każdą jedną duszę ludzką bez wyjątku. Krwawa, bolesna, bezpardonowa walka toczona od setek lat - bitwa między dobrem a złem, złem które zawsze kryję się pod pozorem dobra. Zastanawialiście się moi czytelnicy, jaki to jest ten model człowieka, którego grupy nacisku takie jak np. loże masońskie, chcą na dobre ukształtować, stworzyć, wyprodukować? Otóż jest to człowiek pozbawiony jakiejkolwiek moralności moi czytelnicy, człowiek - egoista totalny, myślący jedynie o swojej wygodzie i przyjemnościach, pyszny pseudo tolerancyjny konsument, który zasłaniając się psuedotolerancją nie reaguje na jawne zło które obok niego występuje. Gdyby jednak ktoś zdecydował się zareagować, to przez to iż każdy kroczy sam, singlizacja społeczeństwa dalej postępuje - człowiek taki zaraz zostanie zepchnięty na faszystę, oszołoma, fanatyka, tego z którym nie należy się liczyć. Dzieje się to już na naszych oczach. Dlatego przeciwnicy zjednoczonej prawicy chcą zatrzymać proces budzenia Polaków, zniszczyć naturalny model rodziny, eliminować słabszych jeszcze przed narodzinami, zastopować proces uzdrawiania edukacji, budzenia świadomości narodowej, patriotycznej, zadeptać pamięć o prawdziwych narodowych bohaterach, całkowicie usunąć kręgosłup moralny z człowieka, co najgorsze zasłaniając się demokracją i tolerancją! Wtedy rządy oligarchii będą wreszcie niemal perfekcyjnie skuteczne, a z Polska zniknie z mapy świata na rzecz jednego, wielkiego, tak bardzo podzielonego na równych i równiejszych, europejskiego kraju federacyjnego, który wedle proroctw będzie miejscem globalnych rządów Antychrysta - diabelskiego potomka przebywającego na ziemi.

Jak widzicie, minęło już ponad 10 lat, a przeciwnikom nie udało się jednak dopaść, zniszczyć politycznie PiS i Jarosława Kaczyńskiego. Nie umieją przez tyle lat poradzić sobie z nim jednym, a co dopiero z całą partią, a przede wszystkim całą prawicą w Polsce. Trochę nas jest, więc łatwo mieć nie będą, albowiem My nigdy się nie poddamy, a zaplecze jakim dysponujemy także jest zacne, a nie tylko tak bardzo liczne. Oprócz środowiska PiS, Marian Kowalski, Grzegorz Braun, czy Robert Winnicki, Marek Jurek, czy publicyści: Michał i Jacek Karnowscy, Rafał Ziemkiewicz, czy Jan Pospieszalski. Czym by były jednak te zaplecza, jak gdyby nie było by Was, czyli ludzi, wyborców, działaczy którzy prawicę popierają, wspierają - narodową, patriotyczną prawice która cały czas jest w większości w Polsce. Walka cały czas trwa i wygramy nią - jeśli nigdy się nie poddamy, Dobro zawsze zwycięża!

_________________________________________________________________________________

Poniżej przedstawiam Wam pochodzenie naszych "polskich" meinstremowych mediów.

TVN - stacja telewizyjna koncernu ITI utworzonego i sponsorowanego przez władzę PRL w celach propagandowych. Pierwszym prezesem oraz właścicielem był Mariusz Walter, członek PZPR, dziennikarz TVP w czasach PRL, rekomendowany przez Jerzego Urbana do zespołu propagandowego PRL. W zespole tym odpowiadał za propagandę zomowską i "czarną" -antysolidarnościową. Obecnie stanowisko wiceprezesa obejmuje syn. Mariusz Walter jest współwłaścicielem holdingu ITI, jeden z najbogatszych polaków. 

Polsat - ogólnopolska telewizja komercyjna, właściciel Zygmunt Solorz-Żak (pseudonim Zeg). Były agent SB. Współpracował z Departamentem I MSW PRL, jeden z najbogatszych polaków. 

Superstacja - stacja telewizyjna, informacyjno-rozrywkowa. 100% udziałów należy do spółki "Ster", której właścicielem jest Zygmunt Solorz-Żak. 

TV4 - stacja telewizyjna, należąca do holdingu "Polskie Media", większość udziałów należy do telewizji Polsat i w mniejszej części TVN. 
Dyrektorem programowym jest Adam Stefianik, łączący tą funkcję z prezesurą Superstacji. 

Agora S.A - spółka akcyjna, prowadząca działalność medialną. Właściciel "Gazety Wyborczej", bezpłatnych dzienników, kilkunastu magazynów "kolorowych", 29 rozgłośni radiowych (Radio Złote Przeboje etc.), gazety metro i wielu innych. Redaktorem naczelnym gazety wyborczej jest Adam Michnik - socjalista, działacz opozycji w PRL. Popierany wielokrotnie przez Tadeusza Mazowieckiego (premiera rządu PRL), zasiadał przy obradach Okrągłego Stołu zgodnie z którymi powstała "Gazeta Wyborcza". Pochodzi z żydowskiej, komunistycznej rodziny, wielokrotnie okarżany o kolaboranctwo z komunistami. 

Fakt - dziennik, należący do niemieckiego koncernu medialnego "Axel Springer AG" otwarcie popierającego działania syjonistycznego Izraela. W gazetach koncernu wielokrotnie obozy koncentracyjne były nazywanie "Polskimi",a sam właściciel koncernu to bliski przyjaciel kanclerz Niemiec Angeli Merkel.

Neewsweek - tygodnik, wydawany przez niemiecki koncern Axel Springer Polska, pod redakcją naczelną Tomasza Lisa.

Polityka - tygodnik, utworzony na polecenie Sekretariatu Centralnego PZPR. Stanowił organ PZPR. Redaktorem naczelnym jest Jerzy Baczyński. Członek "Komisji Trójstronnej", "Solidarność", były pracownik "Życie Warszawy".

No to jak narazie tylko tyle tytułów, reszty możecie się domyśleć.

Źródło: http://nwonews.pl/artykul,2834,polskie-media-w-czyich-rekach

_________________________________________________________________________________

Pozdrawiam wszystkich chrześcijan i patriotów.