wtorek, 17 marca 2020

Nie pomaga się za coś !

Nie pomaga się za coś, albowiem pomoc to akt czysto altruistyczny. Skoro pomogliście komuś, powinniście być z tego węwnetrznie dumni, sami być z siebie dumni, choć bez pysznego "masturbowania" się tym gdzie się da czy pozowania. Skoro pomagacie powinniście wiedzieć, że żyjecie po coś i dla kogoś, nie żyjecie tylko po to, by się nażreć, nakupować i pajacować, a to jest wartością bezcenną i tak drogą, za pieniądze tego nie dostaniesz, natomiast nie powinno się wykorzystywać pomocy do swoich własnych egoistycznych celów, takowa pomoc nie jest pomocą, zaś jest współpracą. Ja dam to, Ty mi ofiarujesz co innego. Pomogę Tobie, jak podzielisz się zyskami. I git, transakcja wiązana, także pozytywne ze swojej natury, jednak nie ma to nic wspólnego z pomocą, albowiem pomoc ze swojej natury, jest bezinteresowna!

Pozdrawiam
Pan Gie. 

Bara Bara - jeśli masz ochotę daj mi jakiś znak!

Dożyliśmy czasów w których ferowana jest wizja człowieka typu "bara bara" - tak trywialnie bym ją nazwał.
Co to znaczy? "Jeśli masz ochotę daj mi jakiś znak", a chętnie z Ciebie skorzystam. Ludzie w dobie współczesności miłość, wzajemny szacunek, zastąpili korzystaniem z siebie i nie musimy tego oglądać tylko poprzez powszechne wyniszczenie wartości nie materialnych co ukazywane jest np. mass mediach, ale także codziennych kontaktach między ludźmi, a owe zjawisko stało się już tak powszechne, że po prostu spowszedniało i wielu już go nie dostrzega.
Tak się składa, że akurat miałem okazję poznać mnóstwo ludzi z przeróżnych kultur, robiłem także mnóstwo rzeczy w życiu i a owe klimaty znam świetnie z autopsji, a nie z kina.
Nikt nie jest idealny, ale uważam, że nie wolno nikomu dać z siebie korzystać bez końca, tudzież gdy znajdzie się coś "atrakcyjniejszego" od nas momentalnie znikną bez zapowiedzi, lecz zarazem jak pasożyt się podłączyli by się do umiejętności twoich. Widzę takich to mnie czyści, z twojej ciężkiej pracy chcieli by mieć korzyści !
Ciesze się jednak, błogosławię bardzo doceniam wszystkich tych, którzy zawsze są ze mną, na dobre i złe, bo jednak jest Was naprawdę dużo. Tacy osobnicy, nawet jak się ze mną nie zgadzają, to zawsze wiedzą co jest dobre a co złe, biorą za swoje słowa odpowiedzialność, a wypowiedziane słowo ma dla nich jakaś wartość.
Ty także patrz czytelniku komu ufasz i zrób sobie test, a wtedy zrozumiesz kto przyjacielem, a kto K.... tylko jest.


Pozdrawiam wszystkich chrześcijan i patriotów
Pan Gie.

Ciekawość naszych czasów

Tak, tak... Wszystko rozumiem, popieram, nie można bagatelizować, ale ... gdzie się obejrzę, zrobię, wejdę, kupie, sprzedam, powiem, napiszę... Tam jest jedno.
Koronawirus i Koronawirus, Koronawirus, aż pospolity człowiek robi się zwykły świrus...
Z drugiej zaś strony, żyjemy w niebezpiecznych i ciekawych czasach. Nie mniej jednak to moja Babcia przeżyła wojnę, rodzice stan wojenny i od dziecka powiadają...
"Co Ty wiesz o życiu moje dziecko, my to dopiero przeżyli, Wy to macie sielankę"...
Teraz jednak to i ja mogę powiedzieć - no właśnie nie, albowiem przynajmniej przeżyjemy skurczybyka Koronawirusa i też będziemy mogli powiedzieć swoim dzieciom -
"Synku, co Ty wiesz o życiu, my to dopiero przeżyli Koronawirusa, ciężkie czasy to kiedyś były"... 
Tak - za parę albo kilkanaście lat, być może, że te dni będą już legendarne, będziemy je wspominać niczym złote lata 90...


Powiedz Stop Panice !

Obserwując ostatnimi czasy ludzi, dochodzę do smutnych, wręcz zatrważąjacych choć też oczywistych wniosków.
Mianowicie: ludzie w chwili zagrożenia stają się bydłem, tam gdzie działa instynkt - wyłącza się mózg i serce, a rosną emocje. Emocje niestety, które są sinusoidą, emocje giętkie niczym trampolina, w dwie strony rozdmuchiwane - dlatego raz słyszymy panikę, robione zapasy, zagładę, teorię spiskowe na poziomie płaskiej ziemi, a innym razem; spokój i wywalone na wszystko, a tym samym totalny brak odpowiedzialności.
I tak pokuszę sie o refleksję - iż, Ci którzy wprowadzają ową panikę, czy te osoby w chwili zagrożenia, nie sprzedały by nas na kostkę masła?
Cóż, gdy tonął Titanic, orkiestra grała do ostatnich chwil na pokładzie spacerowym aby opanować panikę, dzięki czemu dopiero pod koniec ludzie zaczęli się tratowac, biegnąc w kierunku rufy ale ja to się zastanawiam, co nam ludziom się włącza teraz...
Czyż jesteśmy bydłem?
Stadem antylop które tratuja swojego króla, niczym w Królu Lwie jest pokazane?
Dużo się mówi ostatnio o tzw; konfidentach (słownik wyrazów trudnych), zaś Marcin Różalski mówił mi w wywiadzie o tym, iż Konfidentami są Ci, którzy aby chronić swoją dupę - wsypują nas, albowiem boją się odpowiedzialności za swoje czyny.
Lecz zastanówcie się w tym wszystkim, czy Ci którzy teraz najbardziej panikują, w związku z tym wypisują też do mnie (jako "powiedzmy" działacza pewnej partii) różne teorie spiskowe jaki to rząd jest zły i jak nas oszukują, jak oni to wszyscy kłamią itp (oczywiście nie mając do tego merytorycznych podstaw) Ci fachowcy internetowi od wszystkiego którzy ulegają zbiorowej panice, histerii i presji, czy to nie są właśnie dokładnie Ci, którzy w obliczu kłopotu egoistyczne by nas sprzedali, by chronić tylko swoją dupę? Walczyliby ale tylko o siebie, albowiem paniczny strach przyslonił im rozum, oczy, serce i myślenie? Ludzie zacznijcie używać swoich mózgów wreszcie, wyciągać wnioski, bo potem znów bedzie histeria, iż jesteście spanikowanymi idiotami bez własnych rozumów. Pamiętajcie, że dla każdego Koronawirus to jest też test, egzamin człowieczeństwa - kto jest rozsądny, a kto tchórzem tylko jest..

Pozdrawiam wszystkich chrześcijan i patriotów
Pan Gie

poniedziałek, 16 marca 2020

Heroizm pasażerów Titanica. Orkiestra.

Dożyliśmy ciekawych czasów, w których roztrzepienie zachowań ludzkich oraz swoistych "obozów" w społeczeństwie sięgnęło już niemalże zenitu, no ale o tym już wielokrotnie pisałem. O panice też wspominałem, lecz w tym momencie, w czasie epidemii Korona wirusa przywołam inną, tym razem naprawdę już straszną tragedię - czyli dziewiczy rejs Titanica i jego katastrofę...                             
Jak wówczas. tamtej pamiętnej nocy, zachowali się pasażerowie i załoga statku, w jaki sposób swoim postępowaniem w tamtą feralną noc z 14 na 15 kwietnia wpłynęli na rozwój wydarzeń oraz życie swoje i innych? Przeczytajcie...


Zacznę od orkiestry, albowiem orkiestra z Titanica, pod wodzą Hartleya Wallace'a to bez wątpienia jedna z najsłynniejszych orkiestr w historii świata oraz jeden z symbolów owego statku.             
W chwili otarcia z górą lodową grali oni w salonie dla miliarderów, lecz kiedy zarządzono ewakuację, główni muzycy z Titanica stali wraz z pasażerami 1 klasy na tzw: ”wielkich schodach” oczekując dalszych instrukcji. Wszyscy ludzie zmieszani w kamizelkach ratunkowych, po co oni nas tu zebrali? 
Wówczas jeszcze nikt oprócz kapitana i konstruktora statku Tomasa Andwersa nie wiedział, co tak naprawdę się dzieje, po statku krążyły różne opinie - iż stracili łopatę śruby, że to tylko ćwiczenia, albo statek zawadził o wybrzeże Nowej Fundlandii. Jednak losy Titanica właśnie się ważyły, a pod zdezorientowanymi bogaczami z 1 klasy, woda zalewała kotłownie numer 6, kabiny na dziobie, ładownię oraz luki pocztowe, zaś przechył statku był ledwo co odczuwalny, światła paliły się jakby nic. Z perspektywy pasażera 1 klasy, jeszcze nic zapowiadało tragedii, choć pod nimi nieliczni ludzie się już topili, mechanicy debatowali o ratowaniu uszkodzeń - sytuacja Titanica na początku wcale nie była jasna i tak naprawdę do końca tak bardzo oczywista jak to przemawia nam oficjalna historia. Statek co prawda nie był zdolny do ostatecznego uratowania siebie - ale niemal wszystkich ludzi na pokładzie już tak, albowiem przy odrobinie szczęścia mógł doczekać się przypłynięcia Carpathii, gdy był jeszcze na powierzchni. Cóż, dziś możemy tylko gdybać.   
  
Przechodzący z kolejnej inspekcji statku przez owe schody, zszokowany kapitan E. J.Smith poprosił, członków orkiestry czy nie mogli by zagrać na zimnym, odkrytym i za chwilę zatłoczonym pokładzie szalupowym, aby ewakuacja przebiegła sprawnie, a wsiadający do szalup ludzie nie popadali w panikę, tratując się wzajemnie.
Muzycy zgodzili się, prawdopodobnie spodziewając się jednak najgorszego - lecz grając z zimną krwią w służbie pasażerom do samego końca – nikt z członków orkiestry nie próbował się nawet ratować, również w momencie gdy było już wiadome, że żaden statek nie zdąży z pomocą na czas…                                                                                                                     

Poprzez swój „koncert do wieczności”,
 zachowany spokój muzycy z Titanica uratowali setki istnień ludzkich, albowiem ich utwory faktycznie koiły emocje ludzi - bo jak statek może zatonąć, z ludźmi na pokładzie skoro gra orkiestra jakby nigdy nic? O co tu chodzi, zaraz wracamy bo to tylko ćwiczenia? – zapewne tak, albo podobnie myśleli wsiadający do szalup ludzie.                                                                        
Choć istnieją różne opinie z zeznań świadków, to ostatecznie przyjęło się tezę, iż muzycy z Titanica ostatni utwór jaki zagrali dla ludzi (i dla siebie) na coraz bardziej tonącym statku, to „być bliżej Ciebie chce”, własnie wtedy, kiedy szalup już zabrakło, a woda w tempie ekspresowym zalewała kolejne części statku, wkrótce zmywając z powierzchni także i naszych muzycznych bohaterów. 
Wszyscy członkowie orkiestry zginęli w katastrofie, grali ze sobą w owym składzie pierwszy i ostatni raz, lecz swoim heroizmem zapewnili sobie nieśmiertelność i legendarność do końca tego świata, albowiem ze śmierci uczynili prawdziwy romantyzm i symbol zwycięstwa oraz odwagi. Czy byłbyś czytelniku w stanie w taką godnością spojrzeć w oczy śmierci? Cóż, każdy z nas kiedy umrze, ale zginąć w taki sposób, do tego służąc innym, niczym członkowie orkiestry z Titanica - to niesamowite... przeżycie. 

Cześć i chwała bohaterom!
Niektóre pamiątki po orkiestrze z Titanica, zachowały się do dziś, jak słynne skrzypce, Hartleya Wallace, którego ciało notabene wyłowiono w dopiero w maju 1912 roku.  
Jutro zaś, opiszę to, co działo się na dolnych pokładach Titanica gdy ten zaczął tonąć – czyli bohaterstwo tych którzy, także w hierarchii pasażerów byli najniżej jak tylko się da - palaczy i trymerów na statku oraz mechaników i elektryków

Pozdrawiam wszystkich chrześcijan i patriotów.




wtorek, 18 lutego 2020

Znaki końca świata z Biblii

Tak czytam, te wszystkie spływające refleksje oraz przede wszystkim histerie, swoisty wysyp spamu dotyczący klęski żywiołowej w Australii i sam sobie zadaje pytanie: co te wszystkie klęski żywiołowe nam ludziom mówią ? Czy wyciągamy z nich lekcję, refleksje nad sobą?

Cóż, dla chrześcijan te wszystkie epidemie, klęski żywiołowe mogą być wedle Pisma Świętego jakąś zapowiedzią rychłego końca naszej cywilizacji; owszem.
Lecz wydaje mi się, że przede wszystkim, jakimś fatalnym znakiem naszych czasów nawet nie są te klęski żywiołowe po których wielu ludzi tak bardzo ubolewa nad losem zwierząt, lecz ...
Upadek rodziny, albowiem podczas gdy zabija się dzieci nienarodzone w imię "wolności", to coraz częściej, niemalże ubóstwia już się zwierzęta.
Na naszych oczach odwraca się porządek światowy zbudowany na kulturze łacińskiej, przewraca się go do góry nogami totalnie i choć sam uważam się za obrońcę praw zwierząt, to zjawisko ubóstwiania naszych braci mniejszych, czy zrównywania z ludźmi, odbieram jako bardzo niebezpieczne zjawisko.

Jednakże właśnie to Rodzina jest naczyniem uświęcenia, kolebką wartości, swoisty pożar Rodziny współczesny świat wywołuje codziennie ale jakoś histerii z tego powodu nie ma - wręcz przeciwnie w wielu środowiskach, odbywają łuki triumfalne zwanymi "marszami równości".
Pismo Święte mówi nam słowami Jezusa: "Wydawać Was będą nawet rodzice i bracia". Owszem, wydawać Was będą, bo będą wrogami waszej wiary, ale tez w szerszym sensie, mówi to o tym, że to właśnie rodzina zostanie zniszczona, jako nośnik miłości i wartości, rodzina jako naczynie uświęcenia. W takich samych Stanach Zjednoczonych 1/3 dzieci dorasta bez Ojca. Ciekaw jestem w jaki sposób mogą wyobrazić sobie Boga Ojca, jak mogą się modlić modlitwą Ojcze nasz, w jaki sposób nawiążą intymną relację z Bogiem Ojcem...?
I tak oto ponad 70% mężczyzn w więzieniach na świecie to faceci bez Ojca. To rodzina jest podstawą, albowiem wspólnota rodzina to naczynie uświęcenia, wszystko zaczyna się właśnie w rodzinie.

A Prześladowania? Te również realizują się na naszych oczach, także zapowiada je Pismo, jako kolejny ze znaków końca. Czytałem z dobrego naukowego źródła, iż obliczono, że od początku chrześcijaństwa, aż do tej pory zginęło 70 milionów chrześcijan za wiarę, z czego w samym 21 wieku ponad 45 milionów, a liczba ta dalej rośnie !

"Miejscami będą głód i trzęsienia ziemi" - oznajmia nam Pismo, lecz wyraźnie jest napisane - nie na całym świecie, a miejscami. I tak oto gdy w Afryce ludzie nie mają co jeść, klęska głodu jest faktem, to w Europie ludzie "żyją by mieć", a tony jedzenia się masowo wyrzuca. Mamy tu "wspaniały" kontrast epidemii głodu w jednej części globu, z wirusem konsumpcjonizmu w drugiej części. Żyje po to, by mieć i żreć i pozować.
Duchowość w takim świecie, to już zacofanie, wyparta przez materializmy, konsumpcjonizm, pozerstwo czyli nic innego samoubóstwienie, czasy couchów i mocy która Cię wyzwoli i zrobi z Ciebie Boga, na tyle, że nie potrzebujemy już Boga jedynego w Trójcy Świętej.

Znaki na niebie? Upadek katedry Notre Dame, jednego z symbolów Europy zbudowanej na kulturze łacińskiej, opartej na wartościach chrześcijańskich, czyż nie był symboliczny?

Oczywiście, nie zrozumcie mnie źle, nie bagatelizuje klęski w Australii w żadnym wypadku, ale moim zdaniem wpisuje się ona w wielką całość którą widzimy na codzień i nie reagujemy na ten znak, lecz odnoszę wrażenie, że dajemy się nią jedynie mamić i wprowadzać chaos oraz skrajność i histerię jeszcze bardziej. Nie tędy jest ta droga, droga jest tylko w nawróceniu. Tym bardziej jesteśmy atakowani przez siły ciemności; epidemie, choroby, klęski, tym bardziej musimy się zbliżać do światłości by nie być nimi sparaliżowanymi przez strach, zło i wypaczenia, dla chrześcijan tylko w Jezusie Chrystusie jest wybawienie, który jest światłością świata.
___________________




Wszystkiego dobrego w nowym roku!

Znajomki, kolejny rok z Wami na Facebooku he i w życiu przede wszystkim. Tradycyjnie, dziękuje wszystkim tym, którzy byli ze mną w najcięższych chwilach tego roku. To Wy byliście iskierką, która dała mi przetrwać w swoistej ciemności, depresji czy jakiś rozterkach egzystencjalnych.
Rok owy dla mnie może nie najgorszy, lecz daleko by powiedzieć, że dobry. Dużo rozmyślań mi w nim towarzyszyło, dużo zakrętów także tych towarzyskich i "biznesowych" powiedzmy, lecz tak sam siebie wyszedł mi ten test - kto przyjacielem, a kto k.... tylko jest... :) I dobrze się stało, bo zniknęli z mojego życia ludzie, którzy nigdy nie powinni się znaleźć, ale z drugiej strony to też kolejne, cenne doświadczenie.
Nowy rok, niesie za sobą nowe wyzwania. Chcę rzucić palenie, to jest bardzo ważne, trochę schudnąć no i choć nie jestem święty, ale dobry? Powiedzmy he i wiem, co zrobić ze swoim życiem przepięknym, w tym 2020 roku ;)
Życzę każdemu z Was, aby nadchodzący rok był dla Was lepszy niż ten jeszcze trwający, abyście dokonywali właściwych wyborów, kierowali się w życiu prawdą i miłością no i dużo siły w walce z problemami które każdego z Was odwiedzą. Szanujcie się nawzajem bo tak naprawdę wszyscy jesteśmy takimi samymi ludźmi, bez względu na politykę, poglądy czy status materialny. Wszystkiego dobrego w nowym roku dla wszystkich!
Dobrze, że jesteście.
Pan Gie.


Czym jest Korwinizm? Parę słów o JKM i jego ideologi.

Żyjemy w dziwnych czasach, w których ewidentne kłamstwo przedstawiane jest jako prawda objawiona, co więcej: social media to zjawisko tylko poszerzają, czyniąc z niego bezkarne. 
Bez wątpienia doba współczesności wiążę się z proponowaniem ludziom łatwych rozwiązań, a często jedynym argumentem intelektualnym owych pomysłów, jest ich logika.
I owszem, logika jest jednym z argumentów, lecz jej zasady mogą jedynie coś wykluczyć.
To co jest logiczne, wcale nie musi być prawdziwe, a jednym z przykładów którym się posłużę jest choćby filozofia marksistowska. Co prawda logiczna z punktu widzenia materialistycznego, lecz czysto utopijna, nie mająca prawa się w w społeczeństwie zrealizować, albowiem nie uwzględniająca czynnika ludzkiego. Do tego już w swoich rdzennych założeniach filozofia czysto zbrodnicza, albowiem zakładająca np. iż dojście do władzy proletariatu jest możliwe tylko drogą rewolucji. 
Czy umknęło to ówczesnym zafascynowanych komunizmem ludziom ( w latach 1900 powiedzmy) walczącym o prawa ludzi pracy, o swoje prawa?
Cóż, odpowiedź jest raczej złożona, albowiem doły partii komunistycznych, obfitowały w ludzi zubożałych intelektualnie, najczęściej analfabetów. Komuniści jednak na wyższych szczeblach wiedzieli i rozumieli chorą ideologię Marksa, jej okrutne i zbrodnicze głęboko skrywające oblicze. To, co zamierzał zrobić szykowany na następce Lenina - Lew Trocki, zakrawa o apokalipsę, zaś jego konkurent Stalin, to paranoik zabijający nawet najbliższych współpracowników, do dziś ofiary Stalina ciężko nawet oszacować. Nie mniej jednak była to bardzo modna ideologia, w którą początkowo "zwykli ludzie" wierzyli i się fascynowali, ideologia mająca swoich szeregach setki tysięcy "żołnierzy", nacierająca czerwona zaraza która na jakiś czas zapanowała na świecie oficjalnie, choć jej żniwa oraz podstawy ideologiczne forsowane są do dziś przez różne grupy nacisku, niestety.

Minęło ponad 100 lat, ale dziś mamy nowe ideologie które próbują zapanować w naszym kraju jak i na całym świecie, jak np. ta z pod znaku tęczy, bądź pół księżyca, ale w Polsce także skutecznie pustoszy (choć tylko młodym ludziom) w głowach ideologia "super liberalizmu" forsowana przede wszystkim przez Janusza Korwin - Mikkego, który twierdzi, że jego ugrupowanie jest jednym prawicowym ugrupowaniem na świecie!

Pierwszą kwestią jest to, że wbrew tezom lansowanym przez Korwina Mikke, nie istnieje jedna uniwersalna definicja prawicowości. W różnych państwach, w zależności od tradycji politycznych danego kraju, „prawicą” i „lewicą” nazywa się ugrupowania o odmiennym stosunku do gospodarki. Tak oto, we Francji za prawicę uchodzi prospołeczny, z mocnym programem socjalnym Front Narodowy, zaś w Stanach Zjednoczonych przeciwna wydatkom socjalnym Partia Republikańska.
Należy więc zadać sobie podstawowe pytanie - co to jest partia prawicowa ? 
Otóż, moi czytelnicy - jest to partia która odwołuje się tradycji, do tradycji narodowej, do tradycji religijnej. Partia skrajnie liberalna, nie jest wcale partią prawicową, a jest to jedynie pogląd wyznawany przez niewielką cześć anglosaskich teoretyków którzy uważają ze prawica to przede wszystkim wolny rynek. Jednakże, to wcale nie jest jedyna i powszechna teza, nie jest to jedyne przeświadczenie o prawicy wbrew temu co mówi Korwin-Mikke i jego małoletni żołnierze. 
Bardzo wiele prawicowych partii (a nawet zdecydowana większość) i to już 19 wieku, to były partie prospołeczne z mocno rozbudowanymi programami socjalnymi.

Wizja państwa ferowana przez samego Korwina jak i jego młodych żołnierzy, to ideologia która nigdy i nigdzie nie była realizowana, nie ma nic wspólnego z rzeczywistością, została samozwańczo nazwana przez jej członków jedyna „prawicowa” na świecie, zaś pozostała arena polityczna to miejsce walki między partiami wiernymi tej samej, lewicowej, socjalistycznej ideologii. Cóż, takowa wizja, musi prowadzić do absurdu i śmiechu. Mało tego - przyglądając się wypowiedziom Korwin-Mikkego, jego wizja rzeczywistości bliższa jest doktrynom liberalnej lewicy niż poglądom prawicowym. Po pierwsze "Korwin" głosi skrajny super liberalizm i libertarianizm w kwestiach gospodarczych, postulując „prywatyzację wszystkiego” poza sądownictwem, policją, wojskiem i „drobną administracją”. W wizji państwa głoszonej przez Korwin-Mikkego i jego środowiska, każda jednostka powinna być pozostawiona samej sobie, może, musi i powinna się sama przebijać, zaś wspólnotowość narodu i solidaryzm między jego członkami, jeden z podstawowych filarów dla prawicy na całym świecie - zostaje odrzucony. Wspólnota narodowa ma zostać rozbita na egoizmy poszczególnych jednostek. Po drugie, Korwin-Mikke jest darwinistą społecznym, do właśnie darwinizmu społecznego odnosi się jego ideologia, czego nie tylko młodzi żołnierze Korwina nie ukrywają, ale sam bohater mego tekstu. W jego libertariańskim społeczeństwie mają wyginąć osoby, które nie poradzą sobie z brutalną rzeczywistością, co dla lidera partii Korwin, mówiącego często że „im mniej idiotów tym lepiej”, jest zjawiskiem pozytywnym. Powszechnie znany jest również jego stosunek do niepełnosprawnych, obrażanie ludzi pracy i generalnie wszystkich którzy nie popierają jego skrajnych, oderwanych od rzeczywistości poglądów. Nie ma to nic wspólnego z chrześcijańskim miłosierdziem, a przecież właśnie do chrześcijańskiego dziedzictwa poszczególnych krajów oraz całej Europy odwołują się partie prawicowe.

Kończąc owy tekst, zaryzykuję stwierdzenie, iż tak naprawdę ideologia komunistyczna oraz "korwinistyczna" to jedno i to samo. Fronty działania są odwrotne w prawdzie, lecz prowadzą dokładnie do tego samego - społeczeństwa bez klasowego oraz bez tożsamościowego, albowiem ich skuteczność opiera się na założeniu uczciwości sfery zarządzającej. Jedyną różnicą co dzieli owe ideologie to, że komuniźmie było to państwo i partia, zaś w Korwiniźmie są to prywatni przedsiębiorcy, którzy nie skrępowani niczym mają pełna władzę nad swoimi pracownikami, (albo niewolnikami - jak mówi Korwin Mikke) do tego twierdząc ustami swojego lidera, że powszechny wyzysk jest zjawiskiem pozytywnym i naturalnym. Receptą zaś na bezrobocie jest praca ludzi za 3zł na godzinę - to wtedy było nie było bezrobocia, bo zamiast płacić jednemu pracownikowi minimalne 10 zł na godzinę, można to zatrudnić trzech, dając stawkę 3zł na godzinę, gdzie sam Janusz Korwin Mikke za wzór podaje... komunistyczne Chiny, gdzie istnieją przedsiębiorstwa prywatne, a zatem - jego zdaniem - nie są komunistyczne.
Z racji tego, że tekst ten jest i tak wystarczająco długi, podsumowanie i dalsze refleksje na temat ideologi Janusza Korwina Mikkego zostawię dla Was.
Kto ma rozum niech wnioski wyciągnie słuszne.


piątek, 11 października 2019

Okrywamy karty czyli - wywiad rzeka z Patrycją Iwańską - Bęben!


Prezentuję Wam drodzy Czytelnicy pierwszy wywiad z serii "Odkrywamy karty", które od tego czasu na mojej stronie będą się pojawiały cyklicznie co miesiąc. 
Pierwszą moją rozmówczynią jest najmłodsza kandydatka do Sejmu RP z listy PiS, prywatnie zaś moja przyjaciółka - Patrycja Iwańska Bęben!




Witaj Patrycjo, najpierw opowiedz nam, dlaczego zdecydowałaś kandydować do sejmu.


Na początku, chce podziękować za taką możliwość wszystkim którzy się do tego przyczynili. Zdecydowałam się kandydować do sejmu, ponieważ chce pokazać moim rówieśnikom, że młodzi ludzie też są aktywni w polityce, że mając swojego przedstawiciela w postaci Posłanki RP, możemy wspólnie dużo dobrego zrobić, albowiem pragnę działać wspólnie z młodymi osobami na rzecz naszego województwa. Jako przewodnicząca Forum Młodych wiem, ile w nas młodych ludziach jest zapału, chęci do pracy i różnych pomysłów… Pomysłów czasami odchodzącymi od sztywnych schematów. W moim przekonaniu, ludzie młodzi mogą sporo dobrego zrobić, a polityce ogólnopolskiej potrzebny przypływ nowej, młodej siły w szerach sejmowych. Czas na nowe pokolenie, w połączeniu z doświadczeniem oczywiście – a Ja, jako przewodniczącą Forum młodych Pis, współpracuje od dawna z doświadczonymi parlamentarzystami. 
Tak wiec można powiedzieć, że moja kandydatura to połączenie młodości z doświadczeniem. 


Do tej pory, czym się zajmowałaś? Ja to rzecz jasna wiem, albowiem znamy się od lat, lecz moi czytelnicy pragną Cię lepiej poznać, zatem; powiedz kilka słów o sobie.


Z wykształcenia jestem architektem i mam taką przyjemność, że pracuje w zawodzie który jest zarazem moja pasją, a jeżeli chodzi o sprawy związane ściśle z polityką, to od 2016 roku jestem przewodnicząca młodzieżowych struktur Prawa i Sprawiedliwości w naszym województwie. 
Działam także w Radzie Świętokrzyskiego Akademickiego Klubu Myśli Politycznej, przy Uniwersytecie Jana Kochanowskiego w Kielcach.


Na jakich sprawach chciała byś się najbardziej skupić podczas pracy w Parlamencie?


Na pewno pokrewnych z moim wykształceniem: infrastruktura, budownictwo, planowanie przestrzenne. Sprawach na których się znam, a będę mogła swoja wiedzę wykorzystać w działaniach na rzecz naszego województwa. Oprócz tego, jak wspomniałam już wcześniej - ogromne znaczenie dla mnie ma dla też sytuacja ludzi młodych, ich potrzeby i oczekiwania, a z racji tego, że sama jestem jeszcze młodą osobą, to doskonale je znam i rozumiem, a jako poseł RP będę się dalej dodatkowo otwierać na dialog z ludźmi młodymi.


Zatem, czym jest dla Ciebie to wyzwanie którego się podjęłaś - praca w Polskim parlamencie jako Posłanka?  


Swojego rodzaju powołaniem, pasją oraz spełnieniem marzeń. Nie chce jednak mówić o konkretach w tym momencie, albowiem najpierw muszę uzyskać zaufanie wyborców poprzez mandat. To wyborcy zadecydują czy zostanę posłem.


Dlaczego wybrałaś właśnie Prawo i Sprawiedliwość jako ugrupowanie które pragniesz reprezentować?


Do struktur Prawa i Sprawiedliwości dołączyłam jako 18- latka wiec trzeba było by się cofnąć w czasie i zapytać mnie dlaczego to zrobiłam…Natomiast prawda jest taka, że dzięki temu odkryłam swoja drogę życia, o przyjaciołach nie wspominając. Ale tak na poważnie mówiąc - w mojej rodzinie zawsze były wyznawane wartości takie jak patriotyzm, religia, tradycja. Prawo i Sprawiedliwość jako partia przestrzega i je chroni.


No właśnie, dziś jesteś przewodnicząca Forum Młodych w województwie Świętokrzyskim.
Opowiedz więc o działalności Forum Młodych PiS. Kto tworzy nasz team, jak można dołączyć  do nas, oraz jakie działania Forum Młodych ma na swoim koncie.


Jak zawsze wszędzie powtarzam Nasze Forum Młodych to przede wszystkim grupa przyjaciół, każdy kto do nas dołączył pewnie to przyzna. Częściej spotykamy się prywatnie niż na oficjalnych spotkaniach w siedzibie partii. Nasze forum młodych tworzą ludzie w wieku od 16 do 30 lat. Dołączyć do nas jest bardzo łatwo, każdego witamy bardzo serdecznie kto podziela nasze poglądy i ideały. W biurze partii na al. IX wieków w Kielcach niemal zawsze można kogoś z nas znaleźć albo przez nasz fanpage na facebooku gdzie należy wypełnić formularz zgłoszeniowy. Krótka, przyjemna rozmowa „kwalifikacyjna” ze mną jako przewodniczącą i witamy w gronie przyjaciół, bo tym przede wszystkim jest forum młodych Prawa i Sprawiedliwości. Nie mogę jednak pominąć aspektu rozwijania siebie, bo w naszych szeregach znajdują się ludzie którzy cały czas się rozwijają na różnych płaszczyznach i to właśnie Forum młodych jest również dla nas płaszczyzną wzrostu życiowego, nie tylko zaś towarzyskiego. I tak oto, Ja np. jestem architektem, ale w naszych szerach są studenci, uczniowie szkoły średniej, miłośnik wspinaczki górskiej, historyk, a nawet bloger, publicysta czy promotor sportowy jak Ty, Grzesiu.



Jak myślisz, czego najbardziej potrzeba młodym ludziom, aby mogli skutecznie się rozwijać  na wielu płaszczyznach życiowych - tym samym nasz kraj zyskiwał zdolne młode pokolenia, które nie wybierają emigracji albowiem tutaj mogą się rozwijać?  

                                                     

Determinacji w dążeniu do celu. Motywacji i silnej woli, żeby nigdy się nie zniechęcać, nawet jeżeli coś nie wyjdzie. Dopóki walczysz wygrywasz zawsze, więc my młodzi, nigdy nie możemy się poddawać, bo przyszłość należy do nas. Tu jest nasza ojczyzna - Polska i tutaj powinnyśmy żyć godnie i szczęśliwie.


Kilka lat temu wygrałaś prestiżową nagrodę za projekt pt: Rewitalizacja obiektów zlokalizowanych na terenach poprzemysłowych na przykładzie KZWM - SHL w Kielcach w aspekcie wielofunkcyjnego obszaru miejskiego. Uchyl nam rąbka tajemnicy dotyczącego zarówno owej nagrody, jak i twej pasji związanej z architekturą.


Owszem mój projekt został wybrany najlepszym projektem dyplomowym zarówno przez Prezydenta Miasta Kielce, Rektora Politechniki Świętokrzyskiej, oraz Stowarzyszenie Architektów Rzeczypospolitej Polskiej oraz zgłoszony do międzynarodowej nagrody BDA SARP. Tutaj nalezą się podziękowania dla mojego promotora, profesora Lucjana Kamionki który prowadził mnie pod katem tego projektu przez 3 lata studiów. Zrobiliśmy wspólnie kawał dobrej roboty. Architektura to moja pasja bez wątpienia. mogę by opowiadać o niej cały dzień… Ale czy to nie jest niesamowite ze my jako architekci kreujemy przestrzeń która nas otacza?


Kilka lat temu Minister Bartłomiej Sienkiewicz minister z Platformy Obywatelskiej powiedział, że polskie państwo istnieje tylko teoretycznie. Natomiast, obecnie jednak jak Tobie się wydaje;  W jakim miejscu się znajdujemy obecnie jako Polacy - jako naród, państwo i kraj.


Od czterech lat ciągle się rozwijamy dzięki rządom Prawa i Sprawiedliwości, czego nie da się nie zauważyć. Myślę, że mamy silna pozycje na świecie, w Europie i żeby dalej taką pozycję zachować,  społeczeństwo ponownie powinno nas obdarzyć mandatem zaufania. Instytucje państwowe wreszcie zaczynają normalnie funkcjonować, budżet i stan gospodarki odnosi najlepsze notowania od momentu przemiany ustrojowej, dzięki np. nie tylko uszczelnieniu podatku VAT, ale także programom pro społecznym. Bezrobocie zaś, jest najniższe w historii naszego kraju. 
Polskie państwo staje wreszcie silne i stabilne ale żeby na stałe ugruntować swoja pozycje w świecie, potrzebujemy następnej kadencji naszego rządu. Trwałe zmiany wprowadza się latami, a Prawo i Sprawiedliwość przez ostatnie cztery lata rządów zrobiło mnóstwo dobrego, zburzyło stare, nie rzadko pochodzące jeszcze z poprzedniego systemu układy, lecz dzieła swego jeszcze nie skończyło. Przed nami kolejne wyzwania, proszę dla nas o mandat zaufania! :) 

Zejdźmy nieco do spraw nieco luźniejszych - odchodząc już od samej polityki, opowiedz nam jakich ludzi najbardziej cenisz w życiu.


Szczerych i oddanych. Ludzi lojalnych, którzy zawsze wiedzą, co jest dobre, a co złe.  

Jakie wartości w twojej hierarchii osobistej uważasz za najważniejsze i dlaczego?


Poniekąd na owe pytanie odpowiedź mamy u góry, ale w tym miejscu odpowiem, że wartości chrześcijańskie i patriotyczne.

Po za pracą, działalnością społeczną, jak spędzasz czas wolny, jakie masz zainteresowania?


Całe życie uprawiałam sport, głownie to była siatkówka, jednak ze względu na studia, musiałam z tego zajęcia zrezygnować, nie mniej jednak sport dalej mi towarzyszy tylko może w mniejszym stopniu. Lubię np, grać w Squasza, a jakiś czas temu byłam nawet na zawodowej gali sportów walki! :) 


Twoja ulubiona potrawa, film, książka i miejsce na ziemi


Potrawa ? Nie jestem w ogóle wybredna jeżeli chodzi o jedzenie. Lubię wszystko. 
Książka? Wszystkie książki Janusza Leona Wiśniewskiego.                          
Miejsce na ziemi? Każde tam gdzie można się odciąć od codzienności, nieco zwolnic tempa. 

Pytanie wyzwanie: opowiedz nam dobry kawał !


Cóż, Grzesiu, jeśli chodzi o kawały to tak naprawdę chyba, ze względu na moje bardzo wesołe usposobienie codziennie mnie spotyka coś niesamowitego i zabawnego, więc nie znam kawałów, bo mam lepsze sytuacje w życiu na co dzień  Jak to mówią: Śmiech to zdrowie! 

A masz może człowieka, który uchodzi dla Ciebie za wzór, idola, postać która Cię inspirujesz? Opowiedz nam o tym.


Spotkałam w swoim życiu wielu wartościowych i wspaniałych ludzi których można uważać za wzorce do naśladowania. Nie posiadam jednak swego rodzaju idola, postaci na której się wzoruje. Staram się żyć zgodnie ze swoimi przekonaniami i traktować innych tak jakbym ja chciała żeby mnie traktowali. Po prostu być dobrym człowiekiem, kierujący się w życiu zacnymi wartościami. Takie są niewątpliwie wartości chrześcijańskie i patriotyczne, skierowane na życie pełne miłości i empatii z drugim człowiekiem. 

Twoje ulubione powiedzenie, motto życiowe to;


Sukces podejmowanych działań jest mierzony ilością poświęconego im czasu.

Twoja recepta na sukces, to?


Powiem krótko: Determinacja i pracowitość.

Czego chcesz abyśmy Ci życzyli.


 Na pewno zdrowia. W zdrowym ciele, silny duch. A tak po za tym, to żebym zawsze umiała się odnaleźć w sytuacji w jakiej przyjdzie mi się znajdować.

Na koniec czas dla Ciebie na pozdrowienia, podziękowania, oraz kilka słów do twoich wyborców, czytelników mojej strony.


Ze względu ze to ostatnia prosta już przed wyborami, to podziękowania głownie należą się osobom którzy zaangażowali się w moja kampanie, którzy wspierają mnie od samego początku, ale tym także nowo poznanym właśnie dzięki kampanii. Bez Was nie było by tego wywiadu, bez Was bym sobie nie poradziła.
Moi drodzy jak dotarliście do końca to dziękuje Wam. Milo mi bardzo. Nie będę jednak za sobą agitować. Wyborcy zadecydują, a na liście Prawa i Sprawiedliwości są sami dobrzy kandydaci.           Proszę tylko żebyście poszli i zagłosowali. Żebyśmy byli świadomi w jakim państwie chcemy żyć, każdy z nas ma za to odpowiedzialność, poprzez swoja społeczną aktywność, codzienną postawę ale i także głos oddany do urny w dniu wyborów. Dziękuje Ci za wywiad Grzesiu i wszystkich serdecznie pozdrawiam.


                                             (Spot Wyborczy Patrycji Iwańskiej - Bęben)

poniedziałek, 16 września 2019

13 Października zagłosuj na Patrycję Iwańską Bęben!

Kilka dni temu odbyła się konferencja prasowa Patrycja Iwańska-Bęben oraz innych młodych kandydatów z listy PiS do Sejmu.
Patrycja Iwańska Bęben to najmłodsza kandydatka do sejmu ze Świętokrzyskiej listy PiS, przewodnicząca FM PiS - oraz od lat mój przyjaciel, współpracownik w wielu działaniach społecznych.
Znam dobrze Patrycję od wielu, wielu lat, wspólnie naprawdę mnóstwo przeszliśmy: i to nie tylko wspaniałych, pięknych chwil ale także i tych mniej pięknych - co na dobre scementowało znajomość i relację która dojrzewała latami - dlatego jestem pewny na sto procent tego, co o owej kandydatce mówię.
Zatem; co takiego wyróżnia Patrycję? Otóż, jest to młoda osoba - 26 lat dopiero, a już może się pochwalić wieloma sukcesami na wielu płaszczyznach. Osoba bardzo ambitna, zarazem towarzyska i otwarta, która zrozumie każdego człowieka w życiu, z każdej klasy społecznej. Z wykształcenia architekt, nagradzany wielokrotnie za swoje projekty, m.in za wizję rewitalizacji terenów dawnej SHL.
Jeżeli chcieli byście moi drodzy, aby do naszego parlamentu zawitały młode osoby, zagłosujcie na właśnie Patrycję Iwańską Bęben, albowiem właśnie takich ludzi nam potrzeba w Polityce.
Ludzi młodych, ambitnych, ideowych, inteligentnych lecz jednocześnie mających za sobą pewne doświadczenie i sukcesy, niezbędne do skutecznego życia politycznego.
Wiem, co mówię, wierzcie mi i nigdy nie polecił bym kogoś z kim tylko się "lubię" itp. Za swe polecenia biorę pełną odpowiedzialność i autentycznie uważam, że Patrycja Iwańska Bęben jest świetną kandydatką na Posłankę RP, znam Patrycję bardzo dobrze, dlatego ręczę za ową kandydatkę i gwarantuje, że będzie godnie reprezentowała nasz kraj, ludzi młodych jak i cały region świętokrzyski.

Każdy kto mnie szanuje, docenia i moją społeczną aktywność, poglądy i cele, kto oddał by głos na mnie w jakichkolwiek wyborach, głos właściwie gdziekolwiek - przekazuje wszystkie głosy Patrycji Iwańskiej Bęben i generalnie proszę wszystkich znajomych o oddanie głosu na Patrycję.
Jeżeli kiedykolwiek chcieli byście zagłosować na mnie, to póki co proszę zagłosować na "moich" kandydatów.
Patrycja Iwańska Bęben - miejsce 26, lat 26. lista PiS. Więcej informacji niebawem!



piątek, 23 sierpnia 2019

Desperacja utraconej miłości - opowiadanie, cześć 2.

                                                (Pierwsza cześć powieści)
https://myslimlodegopolaka-pangie.blogspot.com/2017/03/desperacja-utraconej-miosci-opowiadanie.html


__________________________________________________________________________

Drugą część opowieści z życia wziętej pt: "desperacja utraconej miłości" moi Czytelnicy, zacznę od faktu, że gdy obraz Czarnej Maddony był zasuwany, byłem jakoś dziwnie spokojny i ufny, choć przede mną teoretycznie szykowała się samotna noc pełna wrażeń - w obcym mieście którego nie znam, w którym nikomu nie ufam, a przede wszystkim - na dworze długo nie wytrzymam z uwagi na arktyczny mróz, którego żadne kurtki zatrzymać nie były w stanie. Muszę przyznać, że mimo tych prognoz napełniła mnie iście wręcz - nieskazitelna ufność w Panu, z perspektywy czasu uważam, że nieprzypadkowa, a co najważniejsze - całkowicie słuszna.
Dlaczego słuszna? Ano dlatego, że na końcu celebracji, jak obraz został już zasunięty, z ogłoszenia "parafialnego" usłyszałem, że właśnie wyjątkowo tym dniu (właściwie to nocy) jedynym terminie w miesiącu, Jasna Góra jest otwarta niemal do bladego świtu!, albowiem swoje czuwanie z modlitwami odbywa wspólnota odnowy w Duchu świętym "Kana" o ile pamięć mnie nie myli. Czyż to przypadek, jak myślicie? 


Ja tam w przypadki nie wierzę, za to już wiedziałem co będę robił tej nocy. 
W istocie, to moje plany się nie zmieniły, bo tego właśnie oczekiwałem, choć bladego pojęcia nie miałem jak by to się miało odbywać. Odpowiedź uzyskałem błyskawicznie, tak - to jest właśnie cudowna noc oraz moc - żywego Ducha Świętego! - budowałem się w wewnętrznie, napełniając optymizmem. Swoistym cudem już trzeba było nazwać, że klasztor akurat tej nocy pozostał otwarty.
Czuwanie zaś odbywało się w salce tuż obok nawy głównej klasztoru. Ludzi sporo w różnym wieku - Ci młodzi i nieco starsi, kapłani domykający ostatnie sprawy przed czuwaniem, a pod ołtarzem nieco jakby pozłacanym - schola z gitarami, fletami i bębnami kontrastująca z widokiem najświętszego sakramentu. 

Przypomniały mi się wówczas czasy oazowe, nasze czuwania podczas rekolekcji oraz uświadomiło mi, że tej nocy zasnąć nie będzie się dało podczas modlitwy. 
Zrozumiałem również w ułamku chwili, że tego tak bardzo chciałem i lepiej trafić nie mogłem!
Wypraszać swe intencje w tym właśnie miejscu, było istnym pokrzepieniem w swej rozpaczy oraz swoistym zaszczytem biorąc pod uwagę, jak ważne to miejsce dla naszego całego Polskiego narodu. 

Bez cienia zawahania szybko zająłem jedno z ostatnich miejsc w kaplicy, na końcu świątyni. Potrzebowałem się totalnie odizolować od reszty uczestników, albowiem dla mnie miała być to modlitwa bardzo osobista. Miała, bo nie minęło z 15 minut czuwania, jak przysiadł się do mnie pewien "nieproszony" koleś...
- Można? - zapytał.
- Proszę bardzo - odpowiedziałem, nie do końca szczerze, bo przecież chciałem się modlić sam.  
Dlaczego wybrał akurat moją ławkę, gdy dookoła było tak dużo wolnych miejsc, pozostanie pytaniem retorycznym. Oczywiście posunąłem się uprzejme, zrobiwszy mojemu nowemu sąsiadowi dostatek miejsca, a wierzcie mi - że swoim wielgaśnym brzuchem potrzebował go naprawdę sporo. 
Był mężczyzną grubo po 40-stce, o nieco ciemnej karnacji, ubrany skromnie, choć schludnie. Biorąc pod uwagę jego wygląd, pomyślałem sobie, że jest cyganem tzn: Romem, który korzystając z okazji nocnego czuwania, zapragnie się zaczaić na moje kosztowności. 
- Jak masz na imię młody człowieku? - zapytał. 
- Grzechu - odparłem
- Jak to Grzechu? Żadnego Grzechu, grzechy zatruwają nas! - opierniczył mnie, choć szeptem bo w tle trwała modlitwa. 
- Rozumiem, że jesteś Grzegorz, tak? 
- Tak jestem Grzegorz.
- Jacek miło mi.     
- No siemasz - odpowiedziałem, ale z wyraźnym zażenowaniem. 

Jacek się jedynie delikatnie uśmiechnął, lecz ja obiecałem sobie, że za plus minus 15 minut, ucieknę z tego miejsca, bo typ ewidentnie wydawał mi się podejrzany i to nie tylko z zachowania ale i wyglądu - przypominał Roma, o których różne opinię słyszałem. 
Jako, że byłem w końcu na czuwaniu, w Kościele, zdawałem sobie jednak sprawę, że mogę się mylić w swych wątpliwościach co jego osoby, więc żeby "uciec" z klasą, miałem wyjść na papierosa, na zewnątrz. Jak wrócę, to zajmę miejsce już inne, najlepiej dla niego niewidoczne...

Minął jednak jakiś czas, tymczasem ja modlę się pogrążony w skupieniu nad najświętszym sakramentem. Czas na czuwaniu mija niczym pociąg ekspresowy, siedzę w klasie "rozpacz", a świat nie jest kolorowy. Jedynie piękna nadzieja, wypełnia mój umysł i tak w "koło macieja". 

Na chwilę się jednak oderwałem. Spojrzałem na zegarek. Minęło już ponad pół godziny, czyli przegapiłem planowaną wcześniej akcje, co wszakże wcale nie oznacza się poddałem. 
Najwyższy czas na realizację; wychodzę, grzecznie oznajmiając memu sąsiadowi, iż idę tylko do ubikacji, bo nie omieszkał zapytać, czy to już koniec moich modlitw. 

- Szybko wracaj, bo zaraz Pan Jezus będzie adorowany osobiście, będziemy klęczeć indywidualnie, kapłan nad nami będzie modlił. Grzesiu, wracaj prędko! - powiedział Jacek, z wyraźną, jakby to ująć - troską. 
 - Spoko, zaraz wrócę, załatwię się, zapale i jestem z powrotem - odpowiedziałem mu, po czym sąsiad się uspokoił.

Opuściłem świątynię, zgodnie z mym planem. Przy okazji, zadzwoniłem do mamy, opowiedziałem o zaistniałej sytuacji i nocnym czuwaniu. Matula nie zdążyła nawet odpowiedzieć mi swego matczynego "uważaj na siebie synu" jak spoglądam - a tu wychodzi Jacek po mnie - tak dobrze myślicie; na dwór za mną się udał, wołając mnie na adorację, bo błogosławieństwo przegapię!
Zatem z mego planu zmiany miejsca wyszły nici, prosto z dworu udałem się pod ołtarz na owe błogosławieństwo. Wróciwszy jednak na miejsce, nie tylko zapomniałem o mej ucieczce od nieco dziwnego sąsiada ale już tego nie potrzebowałem - pokój Boży wypełniał mą duszę...
Notabene, nawet nie wypadało mi od niego w takiej sytuacji uciec.

Podczas modlitw co jakiś czas urządzaliśmy sobie krótkie, cykliczne pogawędki, inicjowane zresztą przez Jacka.

- Oooo Kielc jesteś? No to Scyzoryk tak na Ciebie wołają - pamiętam jak skomentował me pochodzenie. 
Okazało się, że gość ten pochodził z miejscowości Turek w Mazowieckim. 
Jest członkiem wspólnoty Odnowy Duchu świętym, a na owe czuwanie przyjeżdza cyklicznie. Niestety był rozwodnikiem, prowadził też ponoć firmę trudniącą się bezpieczeństwem i higieną pracy. Jego działalność jednak zbankrutowała. Obecnie od kilku miesięcy pracuje na budowie, mieszka zaś z matką.
Podczas naszych rozmów, wzajemnego otwierania się na siebie, me wątpliwości co jego osoby nie tyle co ustały, a się uspokoiły. 
Powiem więcej - polubiłem tego gościa, autentycznie!  

Co do samego czuwania, to przyznam szczerze, że modlitwa w stylu wspólnoty "Kana" nie odpowiadała mi zbytnio, chociaż było wszystko czego chciałem. 
Błogosławieństwo, modlitwy indywidualne, a nawet kosz z intencjami. Nie muszę Was uświadamiać jaką intencję zaniosłem, bo jest to jednoznaczne, iż był to powrót Moniki, aczkolwiek co warto napisać, zawsze dodawałem "jeżeli to niemożliwe żeby wróciła, to przygotujcie mnie do tego. Ty tylko mnie poprowadź, Tobie powierzam mą drogę Panie mój"...
Przede wszystkim chciałem po prostu normalnie funkcjonować. 

Wracając do sposobu prowadzenia adoracji to, co nie zbyt przypadło mi do gustu: śpiewy i sposób wypowiadania modlitw albowiem był on bardzo uwielbiający Pana typu "Panie Ty jesteś najwyższy, Ty jesteś mega zwierciadłem dobroci, wychwalamy Cię ponad wszystko". Jest to naturalnie prawdą dla każdego chrześcijanina, nie mniej jednak wolę modlitwy bardziej z nastawieniem na indywidualną przyjaźń z Bogiem. 
Śpiewy w większości także były w podobnym tonie, inna sprawa, że mało pieśni znałem, z tych które się pojawiły. 

W końcu wskazówka mojego zegarka wskazywała godzinę 4, co oznaczało nieuchronny koniec czuwania. Nie mniej jednak ciemność na dworze dalej trwała co oczywiste, a ziąb o tej porze właśnie doskwierał najmocniej. Odległość do dworca to 2-3 kilometry. Wyszedłem z Kościoła wraz z Jackiem rzecz jasna, który nie omieszkał nie zapytać, co ja teraz pocznę. Odpowiedziałem, prawdę; za kilka godzin mam pociąg do Kielc, na co Jacek odrzekł: 

- Nigdzie nie jedziesz. Jesteś po całonocnym czuwaniu, jeszcze na dworcu zaśniesz i Cię okradną. Zapraszam do siebie.
- To znaczy niby gdzie? - zapytałem.
- Do pobliskiego domu pielgrzyma - odparł    

Cóż, oferta wydawała mi się kusząca, więc po krótkim zastanowieniu, zgodziłem się, no niech będzie...
Jak ma mnie ktoś okraść, to niech zrobi to już ten koleś, niż jakaś obca łajza na dworcu, a z uwagi na wczorajsze pobicie i tak nie będę w stanie się obronić w razie ataku - pomyślałem, niezwłocznie udając z moim nowym poznanym, sympatycznym znajomym, do wspomnianego już domu pielgrzyma.  
Pamiętam niczym dziś, taki szczegół; tuż przed wejściem, zapaliłem sobie jeszcze papierosa, jak mam to w zwyczaju.
Jak to rzadko bywa u osób religijnych; Jacek choć krytykował mój durny nałóg, to zarazem całkowicie go akceptował, co przez wzgląd na moją historię poznanych tzw: osób religijnych, trochę mnie w nim ujęło. Ujęło, bo czułem się całkowicie akceptowany. Nie był to człowiek, pokroju "dewoty", co było dla mnie ważne. 

W owym "motelu" zaś, w pokoju Jacka spoczywał także Adam - młody chłopak, mniej więcej w moim wieku. Wkrótce obudziliśmy go naszymi szeptami, było to około piątej. Krótkie przywitanie, skromny posiłek którym oczywiście poczęstował mnie Jacek, dla Adama był śniadaniem, bo chłopak ten nie zamierzał z powrotem pójść w przysłowiowe "kimono".
Pomimo mego wyczerpania, wyraźnego zmęczenia i niedospania, szybko również z Adamem nawiązałem interakcję i tak od słowa do słowa, a odkryłem co ten młody, zadbany, wydaje mi się, że atrakcyjny dla kobiet z wyglądu chłopak, porabia w domu pielgrzyma.    

Cóż, Adam przeżywał istne piekło, na które co gorsza nie ma żadnego wpływu.
Mianowicie; jego mama jest alkoholiczką, która mieszkając w melinie, robi niegodziwe rzeczy z różnymi bezdomnymi osobami. Śmieci w domu się ponoć przewalały. 
Ojciec nie żyje, a biedny Adam do tej pory mieszkał ze swoimi kobietami w ich domu rodzinnym - które znając jego sytuację, zostawiały go w iście rzeźniczy sposób, znacznie gorszy niż Monika mnie. Jedna po drugiej, z uwagi na brak perspektyw finansowych opuszczały Adama, choć z tego co mówił, jak wyglądał i co prezentował sobą - nie posiadał nałogów typu alkohol czy narkotyki. Powiem więcej - wydawał się bardzo ogarnięty.

Tym oto sposobem Adam już jako młody chłopak, wylądował na bruku i od blisko dwóch miesięcy mieszkał, zresztą nielegalnie - w domu pielgrzyma. 
Jedyne co posiadał to ubranie (bardzo schludne notabene) i dobry telefon, oraz co najważniejsze - ciężką, choć pewną pracę fizyczną, na budowie na której jak mówił, miał solidną pozycję u szefa, który jako jedyny w życiu mu pomagał w życiu - jak przynajmniej wynikało z naszych rozmów.  

Jacek natomiast, choć dyskutował z nami, zarządził jednak w końcu spanie; zostało mi blisko dwie godziny drzemki, albowiem zaplanował on dla nas, jakieś wycieczki i inne pierdoły, wówczas nawet nie wiedziałem jakie - oczy same mi się zamykały do snu w którym to pogrążyłem w jednej chwili. Tylko 2 godziny odpoczynku, po blisko dwóch nocach nie przespanych, awanturze z poprzedniego dnia ale jak mawia polskie, znane porzekadło: lepszy jednak rydz niż nic, prawda?
Po rychłym przebudzeniu czułem się bardziej niewyspany niż przedtem, ale wyjścia nie miałem - Jacek wywierał sporą presję na jakieś zwiedzenie czy coś... 
Dalej nie wiedziałem o co mu chodzi, powiem więcej - lekko mnie nawet drażnił jego pomysł, bo nie w głowie mi były jakieś wyprawy, a odpoczynek, sen! 
Jednak czyż miałem się nim kłócić, albo ich odrzucić? Ten dziwak się uparł na jakieś wycieczki! 

- Pustelnia, świetne miejsce, przed nami dalsze modlitwy, jak już tu jesteś, to wykorzystaj czas na sto procent! - mówił, organizując wyjazd. Choć myślenie przychodziło mi z trudem poprzez zmęczenie, to doszło do mnie, że w sumie to gość ma rację. 
O mej intencji nawet nie wspomnę, ale jaka pustelnia? Mam być pustelnikiem? 
Przecież zasnę i tam, choćby na tym mrozie…
Dla Adama zaś, była to raczej zwyczajna wycieczka, odskocznia od monotonii którą miał zagwarantowaną w swoim "mieszkaniu" czyli domu pielgrzyma, choć sam również nie miał pojęcia gdzie Jacek nas zabiera. Nie był on osobą ani religijną, ani nawet uduchowioną.

Złożyliśmy się na benzynę, oczywiście wyłączając Adama uwagi na jego sytuację i od razu zajechaliśmy do sklepu po jedzenie na wyprawę, na szczęście dla nas, niedziele handlowe wtedy nie obowiązywały.
Warto mi także wspomnieć, iż początkowo nieco przeraziło mnie auto Adama, albowiem był to stary, ze wczesnych lat 90, mocno pordzewiały Opel Corsa. 
Na dworze mróz, jezdnia oszroniona a więc śliska, zatem czy podróżując tym "rzęchem" nic nam się nie stanie? Kolejne wątpliwości nawarstwiały się w moim umyśle.
I jak sami i Wy widzicie Czytelnicy; niepewności dużo, forma też nienajlepsza albowiem wyspać mi się przecież nie dał, ten cały dzień był dla mnie jednym, wielkim znakiem zapytania, a może wręcz pewnego rodzaju niebezpieczeństwem. 
Pewności przecież stu procentowej nie miałem, kim są Ci goście, no bo jak można ją mieć, znając tych ludzi raptem po kilka godzin? Złodzieje i nie takie sztuczki znają, nie mniej jednak już siedziałem na tyłku w jego samochodzie. Co ma być to będzie... 

Podróż, zresztą wcale nie krótka, trwająca z godzinę upłynęła nam na rozmowach głównie o religii. Jacek posiadał dużą wiedzę na te tematy, spierał się, tłumaczył wiele Adamowi, albowiem ten, jako osoba dotychczas nie zgłębiająca tematu miał dużo wątpliwości. 
Adaś zaś, sprawiał wrażenie ciekawego, poszukującego Boga lecz zarazem traktował Jacka jak powiedzmy fanatyka religijnego, chyba nie do końca poważnie w tym temacie? Sam nie wiem. Każdy jednak temat jest dobry do rozmowy, ale ja się chciałem tylko wsłuchiwać, ponieważ po prostu siły nie miałem na wszelką dyskusję. 
Po za tym, jestem osobą wierzącą, poglądy miałem podobne, choć wiedzę nieporównywalnie mniejszą od naszego "kierownika" Jacka, który zbyt długo milczeć mi jednak nie pozwolił i męczył;

- Grzesiu, śpisz? Co nic nie mówisz? - cyklicznie przerywał moje czuwanie.

- A daj, że mu spokój, chłopak jest niewyspany, dziwisz się Grześkowi? - brał mnie w obronę Adam.

- Szkoda, tracić czas na sen, Pan Jezus na nas czeka - odpowiedział Jacek, który choć miał łagodne usposobienie, to tryskał pewnością siebie i taką rzekł bym ufnością. Wiedział co mówi, był pewny każdego zdania jakie wypowiedział, sprawiał wrażenie, że jest głębokiej wiary. 
Ogólnie mówiąc, budził moje zaufanie, Adama mimo wszystko chyba również.

Z każdą minutą poznawałem tego człowieka coraz bardziej, więc warto ten fragment tekstu poświęcić na jego krótką charakterystykę; był to człowiek po przejściach, nawrócony. Mówił o sobie; "jestem wielkim grzesznikiem, piłem dużo - byłem alkoholikiem, awanturowałem się z żoną, źle traktowałem syna". 
W całym tym wszystkim, tej jego religijności, uduchowieniu, nie był jednak takim typowym fanatykiem, nie pozostawał oderwany od rzeczywistości, znał życie z wielu perspektyw.

Ważne było to dla mnie, bo nie pochodził ze środowiska stricte Kościelnego, życie przy Panu Jezusie było jego dobrowolnie wybraną drogą, co przekładało się na to, że w pełni rozumiał moje problemy i rozterki. Wspierał mnie w sytuacji z Moniką, choć delikatnie nawoływał zarazem, do pogodzenia się z rozstaniem. Nie pozwolił nam za to używać wulgaryzmów, a z Adamem mieliśmy takową ochotę...

Miejsce docelowe osiągnięte; naszym oczom ukazała się niewielkich rozmiarów świątynia, poprzedzająca ją kamienna brama, a wokół placu jakieś drewniane, małe domki kryte gontem, nieco przypominające letniskowe. Wokół terenu znajdował się gęsty las, zapamiętałem też jakieś krzaki i jakby... koszary, albo coś na wzór koszar, tylko zimowa aura nie pozwoliła ukazać pełni piękna tego miejsca.

Tak właśnie ówcześnie zapamiętałem to niezwykłe, może nawet nieco dziwne miejsce, do dziś nie jestem przekonany, czy pamięć nieco nie zniekształciła mi obrazu tego miejsca.
Miejsca, którym była, uwaga: Pustelnia w Czatachowej. 

Był to obszar z dala od zgiełku cywilizacji, znany z wielu uzdrowień, które prowadzą księża - pustelnicy. Kapłani którzy dobrowolnie zdecydowali się na pobyt w Czatachowej zrzekli się życia w cywilizacji jaką znamy, a prowadzą życie w ascezie, mieszkając w niemal domkach letniskowych, zdani na obcowanie z przyrodą, żywiący się tylko tym, co sami sobie wyhodują bądź zasieją. Ich dzień oprócz hodowli np. swoich pszczół, wypełnia pełnia ciszy, bo nawet wszelkie rozmowy między pustelnikami są zakazane. 
Czas ich wypełniała tylko praca, medytacja i modlitwa. 
Zaryzykuję nawet refleksję, że wówczas wydawało mi się, że to chyba najprawdziwsza wspólnota Kościoła, albowiem kapłani tam przebywający zrzekli się niemal wszystkiego dla swego powołania. Jedno jest pewne: nie było to zwykłe miejsce. 



My natomiast, weszliśmy do Kościoła. Miał on drewniany, lecz bardzo skromny wystrój, wypełniony wiernymi niemal do ostatniego wolnego miejsca. Zgromadzeni w nim ludzie w różnym wieku, starsi i młodsi, a sięgając pamięcią to moją uwagę zwrócił mężczyzna młody, wysoki, taki bardzo dobrze zbudowany na tyle, że nie chciał bym się z nim zmierzyć fizycznie. Teoretycznie, wizerunek "pompy' nie bardzo pasuje do osoby rozmodlonej ale także i on modlił w takim charakterystycznym skupieniu i ufności, generalnie wszyscy zgromadzeni ludzie pozostawali skoncentrowani na modlitwie, spokojni oraz bardzo uprzejmi, a przede wszystkim rozmodleni. 
Duch Święty wypełniał to miejsce bez dwóch zdań, ciężko było o inne odczucie. Wychodzi kapłan, co oznacza, że Msza święta właśnie się rozpoczyna. 
Ksiądz także sprawiał wrażenie bardzo uduchowionego. Wygłosił piękne kazanie o pokorze, wypowiadając się z charakterystyczną dla niego charyzmą. To jednak, co najbardziej przykuło mą uwagę, to jego wzrok, to skupienie, swoiste wczucie gdy podnosił ciało i krew Jezusa - był to naprawdę „elektryzujący” w swym wyrazie widok, na tyle, że nie potrafię go dokładnie opisać.



Po Mszy mieliśmy modlitwę o uzdrowienie, podczas której ludzie doświadczali upadków w Duchu Świętym. Wówczas, obserwowałem to nieco zdumiony, albowiem nie wiedziałem co to takiego jak "Upadek w Duchu Świętym", wytłumaczyła mi to dopiero jedna wiernych, która gołym okiem zauważyła mój szok.
Co to za sekta? – przechodziła mi myśl i zmieszanie tym co tym, co ukazuje się moim zaspanym oczom.

W końcu jednak nadeszła i kolej na mnie. Kapłan prowadzący, położył ręce na mojej głowie, wówczas ogarnęło mnie jakieś niesamowite uczucie spokoju. 
Mówię Wam, znowu ciężko mi to wytłumaczyć, ale jakoś poczułem się jakiś taki lekki, tak bardzo kochany przez Boga... Wtedy nie myślałem o mojej sytuacji z Moniką, a znów ogarnęło mnie uczucie niesamowitej, nieskazitelnej, czystej ufności w Panu, takiej lekkości, miłości, pięknego poczucia że ktoś mnie kocha...
Niezapomniane do końca życia przeżycie, którego nigdy nie będę w stanie wymazać z pamięci.

Wyjątkowe uczucie ogarnęło także Adama, który nie był w stanie ukryć swego zdumienia. Wyraźnie owa sytuacja wpłynęła na jego postrzeganie wiary, albowiem w samochodzie rozmawialiśmy już tylko o tym niezwykłym dla nas doświadczeniu. 
Jacek zaś, nic nie odczuł podczas modlitwy wstawienniczej i zastanawiał się, czy jest tak zamknięty na łaskę Ducha Świętego? Jednocześnie przyjmował sytuację z pokorą i dalej czekał na znak od Pana Boga. 
Odjeżdzając z Czatachowej, za namową Jacka, zakupiłem jeszcze sól do egzorcyzmów, taka pamiątka na pewno nie zaszkodzi, a może pomoże, odgoni ode mnie jakieś złe moce? 
Cóż, jakby nie było, ową pamiątkę po dzisiejszy dzień noszę w swej torbie.  

Nasza wyprawa z upływem kolejnych godzin przebiegła w kierunku "Szlaków Orlich Gniazd" jak oczywiście kierowca Jacek zarządził. 
Tak sięgając w otchłanie pamięci, to na tuż przed ruinami zamku zapaliliśmy papierosa z Adamem, nucąc kawałek "Gdzieś na szczycie góry wszyscy razem spotkamy się" który dało się usłyszeć telefonicznego radia. 
Wspólnie spożyliśmy wcześniej przygotowane kanapki, klimat jaki nam towarzyszył był naprawdę przedni.
Chodziliśmy po okolicznych górach i dyskutowaliśmy nie tylko o historii która unosiła się między nami oraz średniowiecznymi zamkami, ale i ukradkiem o sporcie, albowiem Adaś śledził zmagania fighterów, podobnie do mnie. 
Jako Częstochowianin, Marcin Najman (bokser pochodzący z Częstochowy) w naszych rozmowach się naturalnie przewijał ale uwaga: Adam przypadkowo wspomniał również o niejakim Kamilu Bazelaku, a byliśmy wówczas w okolicach Zamku w Olsztynie. Krytykował ponoć butę tego zawodnika oraz jego posturę, ja zaś troszkę broniłem Kamila, choć sam znałem go tylko jako Strongmana oraz z jego medialnego konfliktu z Pudzianem i z walki na KSW. 
Adam za to opowiadał o niejakim medialnym sparingu bokserskim Bazelaka, ogólnie drwiąc z jego postawy, a ponoć miał okazje oglądać to na żywo. 
Cóż, jedno jest pewne: na brak tematów nie narzekaliśmy, a atmosfera była wyśmienita. 



Na dworze zapadał już zmrok, zimowa pora witała wieczorne godziny szarówki, co oznacza dla mnie nieuchronny powrót do Kielc, nazajutrz miałem do pracy na 6 rano, bo gdyby nie to, to został bym pewnie na jeszcze jeden dzień w Częstochowie. Autentycznie żal było mi wyjeżdżać.
Towarzysze wyprawy zawieźli mnie jednak na dworzec, nie czekałem w ogóle na pociąg, a wręcz ledwo co na niego zdążyłem i nieco oszołomiony spontanicznym, niezwykłym wieczorem wracałem do domu. Podróż jak podróż, podczas niej sporo się modliłem, lecz gdy byłem już w swoim mieście - Kielcach, odezwała się Monika! 
Czyżby moje modlitwy zdziałały cud? 

"Grzesiek, chce zamknąć pewien etap i zacząć nowy. Pokazałeś mi życie z innej perspektywy, ale teraz gdy już je znam, chce odejść do Pawła"... - brzmiał esemes od Moniki… 
Super się złożyło, modlitwy me zostały wysłuchane, odpowiedź taka jaką oczekiwałem; Poznała nowe życie przy mnie, które wykorzysta teraz u boku Pawełka.... No genialnie, pies ogrodnika! - myślałem rozczarowany, wracając do domu. 

W mieszkaniu z uwagi na esemesa od Moniki, pozostałem nie zbyt radosny rzecz jasna, ale też nie jakoś załamany - w przeciwieństwie do stanu z przed wyjazdu, lecz aby czymś zająć głowę postanowiłem zgłębić temat odwiedzonego zamku w Olsztynie oraz faktycznie przypatrzeć się postawie sportowej owego Bazelaka, polubiłem przy okazji jego profil i dokładnie od tej daty, zacząłem śledzić tego zawodnika w przestrzeni social medialnej. 

Z moimi poznanymi wtedy znajomymi natomiast długo miałem kontakt. 
Jacek mnie wspierał duchowo jeszcze przez jakiś czas, z Adamem kontakt utrzymywałem przez kilka miesięcy, zanim urwał się on przez moje zgubienie telefonu. 
Mam głęboką nadzieję, że jego kłopoty się skończyły i żyje gdzieś w świecie, szczęśliwy ze swoją żoną. Nie mogę także pominąć, jego wkładu w moje refleksje, bo jeśli ja narzekałem na swoją sytuację, to co miał powiedzieć Adaś; którego codzienność wyznaczała tylko piekielnie ciężka praca budowlana, 4 gołe ściany i łóżko, na co on sam, nie miał żadnego wpływu tak naprawdę? 

Nadszedł czas na podsumowanie powieści, a zatem: 
Pytacie się co ma wspólnego owa wyprawa z postacią niejakiego Pana Bazelaka?
Z pieśnią "Gdzieś na szczycie góry?" czy z zamkiem w Olsztynie? 

Otóż; pomimo, iż wyjazd nie sprawił mi teoretycznie docelowego rezultatu, albowiem Monika do mnie nie wróciła, pomimo moich desperackich modlitw, ale prawda jest taka, że tamta noc ukierunkowała moje przyszłe lata życia, nie tylko zaś zapisała się w pamięci jako niezwykła przygoda.  
Do stanu dobrej formy psychicznej, przywróciła mnie docelowo za niedługo poznana grupa; "Banda Świrów", której swoistym "hymnem" był właśnie kawałek Grubsona: 
"Na Szczycie Góry", dokładnie ten sam, który wtedy nuciliśmy na zamku w Olsztynie. 

To właśnie dzięki temu, że wówczas byliśmy na zamkach "Szlaku Orlich Gniazd" zainteresowałem się pobliskim dla mnie zamkiem w Chęcinach, w związku z tym za jakiś czas zacząłem prowadzić jego Fan Page na Facebooku, co jak się okazało zapoczątkowało moją pasję publicystyczną, później zaś mego bloga, a co za tym idzie - koronne pasję trwające po dzisiejszy dzień. 
Od tamtego też czasu, jak już wspomniałem zainteresowałem się postacią Kamila Bazelaka, co wkrótce zaowocowało blisko 5 letnią znajomością, długą przyjaźnią, której wspólne dzieło to zawodowe gale MMA i K1 federacji WLC, które zresztą ruszyły nawet rynek sportów walki w Kielcach, albowiem dostali szansę zawodnicy z mego miasta, którzy mogli by jej nigdy nie dostać. 

Na owy zamek w Olsztynie wróciłem jednak kilka lat później; właśnie wraz z „obgadywanym” wówczas tam Kamilem, już podczas podczas jego obozu Karate, na którym miałem przyjemność uczestniczyć, a Szlak Orlich Gniazd który ówcześnie zwiedzaliśmy, to także szczególne miejsce dla Kamila - wspominał mi o tym wielokrotnie, ba - w tym miejscu dość cudem uniknął śmierci, o czym też publicznie mówił. 
Będąc na tamtym zgrupowaniu byłem z nim w niemal doskonałych relacjach i dokładnie w tamtym miejscu, w którym rozmawiałem z Adamem o Kamilu, przez mój umysł tłoczyły się myśli:
Czy to przypadek, że w tym w miejscu, postanowiłem się przyjrzeć tejże osobie i z tą właśnie nią samą, powróciłem dokładnie w to samo miejsce? 
 "Gosiu, to miejsce jest jakieś niezwykłe, to tutaj wszystko się zaczęło" - powiedziałem do małżonki Kamila, na obozie Karate, spoglądając kątem oka w niebo. 
- Dla nas to też szczególne miejsce, Grzesiu... - odparła. 

Cóż, w dobie teraźniejszości i towarzyszących jej okoliczności można by wiele mówić o tej relacji, zdania byłyby pewnie podzielone, ale ja przez cały czas jej trwania byłem pewny, że Jezus wysłuchawszy modlitw w Częstochowie i Czatachowej chciał mi pokazać nowe perspektywy i doświadczenia  - i tak niewątpliwie się stało, za sprawą pewnych ludzi oraz pasji, wyłączając z tego jakieś "zarazki" - zawodu, awersji, czy też zranienia. 
Jakby nie było, co by też później się nie wydarzyło, ale tego zaprzeczyć po prostu nie mogę i nigdy tego nie zrobię.      


     
Morał z tej historii jest taki, że mimo, iż Bóg nie jest złotą rybką spełniającą życzenia, to dał mi odpowiedź błyskawicznie; Monika nie była dla mnie kobietą przeznaczoną, z czego dziś się naprawdę cieszę i sam rozumiem w 100%, ale owoc tamtej nocy, modlitwy zrozpaczonego Grzesia desperacją utraconej miłości, ten owoc on trwa po dzień dzisiejszy albowiem wyznaczył on moją drogę życia.
Jestem tego pewien na sto procent i będę to głosił na cały świat, że to Maryja wyprosiła u Jezusa, moje nowe inspiracje już na drugi dzień od mych próśb, które nie tylko błyskawicznie ogarnęły moją duszę psychicznie ale i wyznaczyły nowy etap w moim życiu.
Oto także prosiłem modląc się słowami "a jeśli to niemożliwe aby wróciła to ogarnij mnie" i to się właśnie wykonało, choć na minęło sporo czasu zanim to w pełni zauważyłem.

Wy także czytelnicy nigdy nie wątpicie w Bożą łaskę i moc, bo kochający nas Bóg udzieli odpowiedzi zawsze, choć niekoniecznie taką, jaka koniecznie oczekujemy, albowiem Bóg wie lepiej, co jest dla nas lepsze, a ma historia, choć rozpoczęta dość dramatycznie – zgubą Dziadka i pobiciem, to finalnie jest tego idealnym przykładem, w jaki sposób działa Boża miłość, łaska i moc, za którą dziękuję. Otwórzcie się na to i Wy bo skoro taką mameje jaką ja ówcześnie byłem Bóg podniósł, to kogo nie podniesie? 
Na końcu wypada mi napisać, to co Maryja powiedziała kiedyś w Medjugorie: 

Gdybyś wiedział jak bardzo Cię kocham - to płakał byś z radości.           


Pozdrawiam 
Pan Gie